Suns w Chicago przerwali serię porażek

Phoenix Suns w końcu wygrali, pokonując w Chicago Bulls 97-81. Drużyna Marcina Gortata przerwała serię pięciu porażek z rzędu, a Polak zanotował 8 punktów i 10 zbiórek. Dla Suns była to wygrana numer 2000 w historii klubu.

suns

Dla obu drużyn sobotnie spotkanie było meczem back-to-back i niestety miało to swoje odzwierciedlenie w poziomie. Bulls poza dobrym początkiem, kiedy skutecznie dzielili się piłką, odstawali zdecydowanie od ścigających pierwsze zwycięstwo od pięciu meczów Suns. Gospodarze grali na ciężkich nogach, po trudnym meczu poprzedniej nocy z Knicks w Nowym Jorku.

Alvin Gentry mógł wreszcie się po cichu uśmiechnąć po końcowej syrenie,  kiedy jego team pierwszy raz od 27 listopada schodził, jako wygrany z parkietu w meczu wyjazdowym. Szczęście Suns polegała tym razem na tym, że Bulls poprzedniej nocy walczyli do końca z Knicks, podczas gdy oni sami już od połowy trzeciej kwarty mogli odpoczywać, gdy Nets powiększali przewagę.

Do pierwszej piątki Suns powrócił chwilowo Shannon Brown, który zastąpił w niej narzekającego na uraz nadgarstka Jareda Dudleya. Jak się okazało, kłopoty zdrowotne Dudleya okazały się zbawieniem zespołu z Arizony, ponieważ umożliwiły dłuższy występ Michaela Beasley’a. Pewnie kilka osób po przeczytaniu poprzedniego zdania złapało się za głowę i zastanowiło nad zasobami wiedzy o Suns autora tego tekstu. Okazuje się jednak, że B-Easy, który w dotychczasowych sześciu tegorocznych meczach spędził w sumie na parkiecie 24 minuty, rozegrał prawdopodobnie najlepsze spotkanie w tym sezonie. Trafił pierwsze sześć rzutów z gry w pierwszej połowie, którą Suns wygrali 49-42, a w sumie przebywając na parkiecie 21 minut, zaliczył 20 punktów (10-14 z gry) i 6 zbiórek. Oczywiście stracił swoje pięć piłek, ale nie było to tak odczuwalne przy dobrej dyspozycji rzutowej.

Bulls przegrali już 10. mecz na własnym boisku w sezonie, trafiając zaledwie 36.4% rzutów z gry. Podopieczni Toma Thibodeau nie zagrażali Suns ofensywnie zarówno na dystansie, ponieważ pierwsze trafienie z dystansu zaliczyli dopiero, gdy Nate Robinson (7 pkt, 6 ast, 2-8 z gry) trafił na sześć minut przed końcem meczu przy już rozstrzygniętym wyniku, ani spod kosza,mimo skutecznej walki na atakowanej desce.  Marcin Gortat odpuszczał sporo piłek pod własnym koszem, Bulls mieli aż 18 zbiórek w ataku, ale zamienili je na tylko 20 punktów drugiej szansy, ponieważ zbyt często spod samego kosza fatalnie pudłowali Carlos Boozer i Joakim Noah. Grający świetnie w styczniu Boozer zanotował 15 punktów i 10 zbiórek, ale do uzyskania swojego dorobku potrzebował oddać aż 14 rzutów, a na dodatek wprowadzał nerwową atmosferę w zespole, kłócąc się z sędziami, za co zresztą słusznie został ukarany przewinieniem technicznym.

Noah miał 10 punktów, 13 zbiórek z czego 7 w ataku, ale trafił tylko 4 z 13 rzutów, pudłując kilka czystych jumperów z piątego metra. Zespół Bulls nie potrafił skorzystać z aż 18 strat Suns, co po części było pewnie także spowodowane zmęczeniem, które przełożyło się na tylko cztery punkty z kontrataków.

Luis Scola rzucił 14 ze swoich 22 punktów w pierwszej połowie i razem z Beasleyem trzymali korzystny wynik dla Suns. Argentyńczyk odegrał także ważną rolę w trzeciej odsłonie, która była momentem przełomowym meczu. Ostatnie porażki „Slońc” byłby głównie spowodowane fatalną postawą właśnie w drugich połowach. Tym razem zawodnicy Alvina Gentry’ego przełamali tę niemoc, uzyskując 10-punktowe prowadzenie już na samym początku trzeciej ćwiartki po trafieniu Gortata. Bulls od tego momentu nie byli już w stanie nawiązać wyrównanej walki, zwłaszcza, że mający udaną pierwszą połowę Richard Hamilton przestał trafiać swoje rzuty po zasłonach, a zastępujący go po zejściu Marco Belinelli także nie miał dnia i spudłował 9 z 12 prób.

Podtrzymujący wysoką skuteczność Suns, już po trzech minutach ostatniej kwarty prowadzili 84-65, co ostatecznie zniechęciło gospodarzy, których w końcówce sędziowie ukarali jeszcze dwoma „dachami”, kiedy z decyzjami arbitrów nie mogli się zgodzić Robinson i Thibodeau.

Goran Dragic rozdał 8 asyst, ale trafił tylko 2 z 8 rzutów z gry, kolejny raz podejmując złe decyzje rzutowe. Skutecznie zastąpił go Sebastian Telfair, który mimo 4 strat, zanotował najwyższy w zespole wskaźnik +16, ponieważ przebywał na parkiecie w momencie, kiedy Suns uzyskiwali największą przewagę, do której zresztą znacznie się przyczynił, trafiając m.in. ważną trójkę na koniec trzeciej kwarty.

Gortat przebywał na parkiecie 38 minut, notując w tym czasie 8 punktów, 10 zbiórek, 3 asysty i 2 bloki oraz +12. Polski środkowy oddał tylko 4 rzuty z gry i właśnie za zbyt małą aktywność w ofensywie oraz kilka oddanych zbiórek pod własnym koszem mógłby otrzymać naganę. Zwycięzców się jednak nie sądzi.

Pozytywem na przyszłość dla Suns jest aż 47 punktów zdobytych przez rezerwowych, w czym główny udział miał Beasley. Dobrą zmianę dał także Markieff Morris notując 7 punktów, 4 bloki i 3 zbiórki. Szkoda tylko, że gracze z ławki Suns tak rzadko przypominają o sobie…

Kolejny raz defensywną klasę udowodnił P.J. Tucker, zatrzymując Luola Denga, który dzień wcześniej rzucił 33 punkty Knicks, na 13 punktach z 16 rzutów. Praca nóg skrzydłowego Suns robi wielkie wrażenie i prawdę mówiąc, właśnie obok Denga wygląda na jedną z najlepszych w lidze.

Suns wracają teraz na zachodnie wybrzeże, gdzie czeka ich seria ciężkich pojedynków z Thunder, Clippers, Lakers, Spurs i dwukrotnie z Mavs, z krótką przerwą na pojedynki przeciwko Bucks i Kings. Kolejne tygodnie mogą być ponownie smutne dla fanów „Słońc”. Coś mi się wydaje, że Alvin gentry może nie przetrwać tej serii.

Z kolei Bulls już w poniedziałek jadą do Atlanty na pojedynek z tamtejszymi Hawks.

Piotr Gładczak

Miłośnik NBA od prawie 20 lat. Tropiciel ciekawostek statystycznych i wielbiciel NBA lat 90-tych. Nauczyciel WF i właściciel firmy gomaster.pl.

5 komentarzy

  1. GPRbyNBA pisze:

    Patałachy
    Najpierw Charlotte a teraz Phoenix. Jak można przegrac z najgorszymi i to u siebie.
    Jak można przegrać z drużyną która nie umie bronić.
    Jakim prawem drużyna która jest w czołówce broniących daje rzucić 97okt drużynie która jest tak słaba w ataku. I jak może przegrać z nimi w zbiórkach
    Rozumiem że można przegrać z dobrymi rywalami, albo nawet ze średniakami ale z najgorszymi?

    • Sadevrian pisze:

      Przecież na tym polega piękno sportu. Jakby tacy Miami czy Okc wygrywali zawsze z teoretycznie słabszymi to kto by oglądał takie mecze?

  2. Marcin 23 pisze:

    I psu w doope poszło wywalenie Gentrego, a było już chyba blisko, ale po takim zwycięstwie raczej to nie nastąpi.

  3. saturn pisze:

    Ja mam wrażenie, że Chicago celowo odpuszcza pewne mecze, żeby wejść do gry z 6 lub 7 numerkiem do PO i trafić na NY albo Indianę, z którymi im ewidentnie lepiej idzie. Dlatego nie walczą o rekord. Mecze, które mają znaczenie grają na poziomie (jak z NY) żeby wzmocnić morale zespołu, a nieistotne odpuszczają. Jak inaczej wytłumaczyć przegrane z zespołami z dołu tabeli. Że to niby wpadki?

    Tibs chyba odpuszcza zespołowi czekając na powrót Derricka. Wtedy będą pracować nad formą.

    • woy9 pisze:

      nie jesteś sam z takim myśleniem. Przeciwko Knicks i przeciwko Pacers mają niezły bilans. z NYK są już 3-0. A co będzie jak wróci Rose? ;-) Mecz z Nowym Jorkiem a z Phoenix to były całkiem dwa inne widowiska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *