Grypa nie zatrzymała Byków. Boozer i Gibson dają popis w Orlando.

Bez Joakima Noaha i Vladimira Radmanovića (grypa dopadła obu graczy) oraz z ciągle pauzującym Derrickiem Rosem zagrali w Amway Center podopieczni Toma Thibodeau. Miejsce na środku zajął najlepszy rezerwowy Chicago, Taj Gibson i jak się na koniec okazało, krótka ławka rezerwowych nie zaszkodziła Bykom w odniesieniu wyjazdowej wygranej. Dla Gibsona był to pierwszy start w sezonie.

Po znakomitym występie przeciwko Heat Nikoli Vucevića, i przy absencji Noaha, można było mieć wątpliwości czy Bulls będą na tyle mocni by zatrzymać grającego najlepszy sezon w NBA Serba. Vucević znów pokazał, że powoli staje się pewnym punktem drużyny, a podkoszowa luka, przy słabo grającym w L.A. Dwight’cie Howardzie, z meczu na mecz jest skuteczniej łatana przez byłego gracza Sixers.

Pierwsza kwarta, bardzo wyrównana i grana na styku, pokazała nam ,że spotkanie obu drużyn będzie należało do tych zaciętych (29-28 dla gości). Na pierwszy plan wysuwał się Boozer, zdobywca 13 oczek w pierwszych 12 minutach.

Druga odsłona to już 6 z rzędu oczek Gibsona i dwa wielkie trafienia za trzy punkty Robinsona. Aaron Afflalo i Jameer Nelson próbowali trzymać dystans do przeciwka, ale kolejne punkty Booza i w końcu trafienia Hinricha dały gościom bezpieczną przewagę (54-46).

Najlepsi w spotkaniu:

Carlos Boozer z najlepszym w sezonie występie na poziomie 31 oczek i 11 zbiórkami. Booz trafił 13 z 22 rzutów z gry. Świetnym w swoim podkoszowym graniu, znów okazał się być Taj Gibson. Byczy energizer też złapał dublet, a 21 oczek zdobył na wybornej skuteczności (8-12). W dorobku zapisał on też 11zb.

Nikola Vucević mimo 20pkt i 12zb nie był już tak kluczowym graczem jak przeciwko Miami Heat. Serb jeszcze częściej był ogrywany pod własnym koszem, przez świetnie dysponowany front court gości.Tym razem na pierwszy plan wysunął się Jameer Nelson, autor 6 trzypunktowych trafień. Rozgrywający Orlando wyrównał w tym meczu swój rekord kariery, 32 punkty.

Kluczowa statystyka:

Na pierwszym planie rysuje się liczba strat Magii, 12, dwukrotnie wyższa od strat piłki Byków. Również dzięki duetowi Boozer-Gibson, Chicago zdobyło więcej oczek w pomalowanym (42-32). O dziwo goście również lepiej prezentowali się w rzutach za trzy punkty i wykorzystali niedyspozycję JJ Reddicka. Bulls trafili 5 z 12 prób, natomiast Magic 9 z 24 (41-37%).

Najbardziej zawiedli:

Przede wszystkim JJ Reddick, który był daleki od osiągnięcia celu i przy swoich 8 oddanych, trzy punktowych próbach, tylko raz trafił do kosza rywala. Po stronie przeciwników znów – jak w meczu z Bobcats – swoją celnością nie popisywali się obwodowi. Kirk Hinrich trafił 2 z 9 prób, natomiast Nate Robinson 2 z 7. Nie wiadomo czemu też coach Thibodeau na siłę przywrócił do wyjściowego składu Ripa Hamiltona (2/6), skoro znacznie gorzej i również drugi mecz z rzędu, po wejściu z ławki radzi sobie Włoch Belinelli (1/3). Do niedawna jeszcze Marco bywał najlepszym strzelcem drużyny a teraz tak dziwnie poszedł w odstawkę?

Najważniejsze momenty meczu:

Trzecia kwarta, w której to po bardzo udanej drugiej odsłonie do ataku włączył się mocniej Luol Deng (8 oczek i w sumie 23) była zdecydowanie grana pod dyktando gości. Na 4 minuty przed upływem odsłony, przyjezdni prowadzili już 18 punktami. Kolejne trafienia Boozera i Gibsona tylko kontrolowały dwucyfrową przewagę teamu z Wietrznego Miasta. Jeszcze w czwartej kwarcie wynik próbowali ratować Nelson i Vucević, ale najbliższy dystans do siebie, na który pozwolili goście to 2 oczka.

Ciekawostki:

Vucević i Gibson grali w jednej drużynie uczelnianej, pod Timem Floydem (ex coach Bulls również) – dla USC. Serb zebrał swoją pierwszą piłkę w meczu pod koniec drugiej kwarty. Byki wygrały po raz 7 w ostatnich 8 potyczkach z Magic. Orlando z kolei notuje najgorszą serię – 7 przegranych – od lutego 2006 roku.

Podsumowanie:

Magic cały czas nie mogą liczyć na swoich wszystkich graczy. Wcześniej z problemami zdrowotnymi walczył Hedo Turkoglu (0-3 z gry) a teraz Jacques Vaughn zmuszony jest do grania bez Big Baby, Glena Davisa. Byki z kolei zdecydowanie lepiej wyglądały niż w sylwestrowej konfrontacji przeciwko Bobcats. Mimo stale nie najwyższej formy Kirka Hinricha i Nate’a Robisona, a dzięki dobrej postawie swoich front courts odnieśli 17 wygraną w sezonie i ruszyli w pogoń za liderującą w Central Division, Indianą Pacers. Magic przegrali po raz 20 w sezonie i z każdym dniem tracą więcej do czołowej ósemki Wschodu.

 

Wynik: Orlando Magic – Chicago Bulls 94:96

Najlepsi strzelcy: J. Nelson 32, N. Vucevic 20, A. Afflalo 19 – C. Boozer 31, L. Deng 23, T. Gibson 21.

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

3 komentarze

  1. ronin23 pisze:

    Mecz nawet fajny do oglądania,Boozer i Taj niemiłośiernie ogrywali Serba.Co mnie najbardziej denerwowało to komentatorzy tego spotkania,liczyli każdą zbiórke Nikoli Vucevića jakby to było dla kogoś ważne i co chwile wracali do jego świetnego występu przeciwko Heat.

    • Wojtek Żuławiński pisze:

      Magic przegrali właśnie siódmy mecz z rzędu, to najgorsza trwająca seria w NBA :D Vucevic to mimo wszystko jeden z niewielu jasnych punktów drużyny, dlatego po tak dobrym występie z Heat robi się z niego drugiego Dwighta :)

  2. cynik pisze:

    Wreszcie Taj zagrał jakiś dobry mecz na miarę swoich mozliwości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *