Requiem dla Raptors

4 zwycięstwa i 18 porażek – oto bilans drużyny, która według przedsezonowych przewidywań miała przynajmniej podjąć walkę o 8 miejsce w konferencji. Mamy 11 grudnia 2012 i do loterii draftowej jeszcze pół roku, ale jeśli nic się nie zmieni Raptors mogą być jednym z jej głównych faworytów.

Przyczyn tak fatalnej sytuacji w Toronto jest tak wiele, że na dobrą sprawę nie wiem od czego zacząć. Bo jak to możliwe, że drużyna wyraźnie wzmocniona względem poprzedniego sezonu notuje tak dramatyczny regres? Ten sezon jest już prawie stracony. Prawie, bo by powiedzieć na pewno radzę wam zaczekać przynajmniej do końca najbliższej serii spotkań we własnej hali.

Konstrukcja terminarza dla Raptors w tym sezonie jest dość specyficzna. Spośród 22 rozegranych do tej pory spotkań Dinozaury aż 15 rozegrały na wyjeździe. W przeciągu następnych 15 pojedynków u siebie zagrają za to aż 11-krotnie. Skupmy się jednak przede wszystkim na tym co za nami.

Tak jak powiedziałem zespół Dwane’a Casey’a rozegrał dotychczas 22 spotkania. Bilans u siebie: 3-4, bilans na wyjeździe: 1-14. Jeśli spojrzymy na to z kim wygrali to krótko ujmując – szału nie ma. Minnesota bez Love’a i Rubio, Indiana bez Grangera (jedyne wyjazdowe zwycięstwo), przeciętni Magic i pogrążeni w kryzysie Suns. Z drugiej strony porażki z Sacramento, Charlotte, Detroit czy choćby ta wczorajsza z Portland bez Batuma i Matthewsa. Jednym zdaniem – gorzej być nie może.

Nic, zupełnie nic nie zapowiadało tego na starcie sezonu. W przedsezonowym okresie Raptors dosłownie dominowali wygrywając 5 z 6 spotkań. Takie spotkania faktycznie mówią niewiele, ale jeśli ktoś gra w nich tak dobrze są to solidne podstawy do tego by zachowywać co najmniej umiarkowany optymizm. Pamiętam jeszcze jak przed pierwszym starciem sezonu regularnego z Indianą komentatorzy wspominali o tym, że większość zespołów, które zanotowały taki bilans w preseasonie później znajdowało się w fazie play offs (wybaczcie, ale niestety nie pamiętam dokładnie przywołanej liczby procentowej).

Sam pierwszy mecz choć zakończył się wynikiem rozczarowującym nie wyglądał tak źle. Gdyby nie fenomenalna 4 kwarta Davida Westa i błąd Calderona w defensywie przy kluczowej akcji George’a Hilla dającej 2-punktowe zwycięstwo Indianie zobaczylibyśmy w najgorszym wypadku dogrywkę. Styl? Poza bardzo słabą skutecznością też specjalnie nie raził.

Później przyszła porażka z Brooklyn Nets na otwarcie Barclays Center – po ambitnej walce w 4 kwarcie, a następnie łatwe zwycięstwo z Timberwolves. Na tym jednak pozytywy zaczęły się kończyć. 4 porażka z rzędu w meczu z trzema dogrywkami przeciwko Jazz była tylko kwintesencją nieporadności ekipy z Toronto. Kto wie czy kluczowymi dla psychiki zawodników starciami nie były te przegrane 1 punktem z Charlotte i Detroit. O ile z Bobcats sędzia nie odgwizdał faulu na DeRozanie w ostatnich sekundach do czego przyznała się nawet sama NBA, o tyle z Pistons wytłumaczeń już nie było.

Ostatnie 5 spotkań (co za tym idzie 5 porażek w 5 wyjazdowych meczach) doprowadziło do tego, że dziś gorszym bilansem legitymują się już tylko Wizards. 131-99 z Jazz było upokorzeniem, 10-25 w 4 kwarcie wyrównanego meczu z Clippers wstydem, a wczorajsze lanie z rąk Sashy Pavlovica i Nolana Smitha kompromitacją. Do tego ostatniego meczu jeszcze wrócę.

To tyle jeśli chodzi o dotychczasowe „dokonania” kanadyjskiego rodzynka w tym sezonie. Pora wskazać przyczyny.

W sezonie 2010-2011 (za panowania Jay’a Triano) Toronto pozwalało rzucać rywalom na skuteczności 48% średnio 105 punktów na mecz – TOP 5 ligi, oczywiście od końca. Przyjście Dwane’a Casey’a zupełnie odmieniło oblicze zespołu po bronionej stronie parkietu. Statystyki z poprzedniego roku klasyfikowały obronę Raptors wśród 10 najlepszych w NBA (FG rywala 43,5%, średnio 94 punkty tracone). To wszystko przy składzie złożonym z przeciętnych obrońców, bez szczególnych specjalistów w tej dziedzinie (poza nieodżałowanym Jamesem Johnsonem oddanym do Kings za parę kaloszy). Kto wie czy gdyby nie słaby bilans Casey nie byłby wówczas poważnym kandydatem do nagrody Trenera Roku.

Wydawało się, że po dodaniu solidnych obwodowych obrońców – Lowry’ego i Fieldsa może być jeszcze lepiej. Czemu więc nastąpił taki regres (FG rywala 46%, średnio 103 punkty na mecz – 4 najgorsza obrona ligi)? Przecież rok temu Casey nie miał nawet pełnego obozu przygotowawczego by wpoić drużynie nowe zasady. Co więcej w preseasonie obrona nie była żadnym problemem.

Bryan Colangelo, który podczas meczu z Clippers przyszedł na stanowisko komentatorskie Matta Devlina i Jacka Armstronga (jakkolwiek w klasyfikacji komentatorów dałbym Raptors pewną przewagę własnego parkietu w playoffach) by podzielić się swoimi przemyśleniami. Wspominał coś o tym, że zespół nie jest jeszcze przystosowany do gry z młodym Jonasem Valanciunasem, który nie odnajduje się jeszcze do końca w nowych okolicznościach. Być może coś w tym jest. Valanciunas o ile ma potencjał by ze swoim zasięgiem stać się postrachem pod własnym koszem często męczy się w bezpośrednich starciach z silniejszymi centrami i zbyt rzadko pomaga w obronie kolegom z zespołu. Oczywiście nie mam zamiaru o nic go obwiniać. To oczywiste, że właściwie każdy młody center z Europy potrzebuje czasu by wpasować się do stylu gry NBA. Według mnie problem nie tkwi w grze jednego gracza, a zwyczajnie całej formacji.

Obiecałem wcześniej, że wrócę do tematu wczorajszego meczu z Portland. Miałem (niestety?) tą wątpliwą przyjemność usiąść sobie o 4 nad ranem przed monitorem i obejrzeć te 38 cegieł z dystansu (łącznie). Jak pewnie już wiecie 20 z nich należało do Smug przy czym żaden z ich rzutów za 3 nie znalazł drogi do kosza. Tylko czy była to zasługa obrony Raptors, czy raczej tragicznej formy strzeleckiej Trail Blazers. Osobiście odniosłem wrażenie, że problem tkwił raczej w dłoniach gospodarzy. Czy można inaczej niż totalną klęską nazwać mecz przegrany z ekipą, która pudłuje wszystkie z 20 swoich rzutów za 3? (tak w ogóle kto pozwolił Claverowi oddać w tym meczu 12 rzutów?) Jak widać nawet statystyczne oznaki dobrej obrony to czasem za mało.

Największą odpowiedzialność za niepowodzenia w 1 fazie sezonu ponosi Andrea Bargnani. Włoch gra po prostu beznadziejnie. Zła selekcja rzutowa, mało wymuszanych fauli, tragiczna skuteczność i… 4 zbiórki na mecz (?!). Bargnani jest w tym sezonie lepszy w obronie niż w ataku. Tak, tutaj akurat nie ironizuję. W obronie 1v1 pod koszem Il Mago spisuje się naprawdę przyzwoicie. Ciężko odkleić od siebie łatkę słabego obrońcy kiedy jest się białym 7-footerem, rzucającym za 3 i zbierającym 4 piłki na mecz, ale Włoch wcale nie jest w obronie taką dziurą jak wielu uważa. Już w zeszłym roku Casey wpłynął pozytywnie na jego postawę w tym elemencie (co być może jest w tym najistotniejsze, nie musi już grać na centrze).

Wracając do tych smutniejszych spraw przywołam mecz ze Spurs. Przegrany po 2 dogrywkach niestety tylko i wyłącznie z winy lidera Raptors. Toronto zagrało wówczas jedno z lepszych spotkań w tym sezonie. Rewelacyjnie spisywał się z ławki zmiennik byłego numeru 1 draftu – Ed Davis. Do dziś zastanawiam się dlaczego odkąd Ed opuścił boisko w 4 kwarcie (21 minut – 15 punktów, 14 zbiórek) tak już się na nim nie pojawił, kiedy kolejne cegły Bargnaniego (2 na 19 z gry, 0-7 z dystansu) wbijały kolejne gwoździe do trumny z logiem kanadyjskiego zespołu.

Colangelo zamyka spekulacje dotyczące ewentualnej wymiany. Nie mają one sensu zwłaszcza teraz kiedy nie jest do końca jasny stan zdrowia Włocha (wczoraj upadł na łokieć w meczu z Portland i nie wrócił na parkiet). Fakty są jednak takie: gdyby Bargnani rzucał 20 punktów na mecz ze skutecznością 45% Raptors mieliby gwarancję pewnej jakości w ataku. Kiedy do zdobywania 16 punktów na mecz potrzebuje on średnio 15 rzutów zespół przeciętny w ataku jest zwyczajnie uziemiony.

W ostatnich dniach ciężkie chwile przeżywa też Kyle Lowry. Sytuacja rozgrywającego przypomina trochę tą z poprzedniego sezonu kiedy to po fantastycznym starcie szybko złapała go kontuzja, a on zgubił rytm. Nie jest oczywiście tak dramatycznie, bo Jose Calderon nie będzie Goranem Dragicem v.2, ale 5 na 21 celnych rzutów z gry w ostatnich 3 spotkaniach zespołowi na pewno nie pomogło. Kiedy zarówno Bargnani jak i Lowry grają źle szanse na zwycięstwa maleją właściwie do 0 dlatego tak ważne jest to by sztab albo jak najszybciej doprowadził ich do odpowiedniej formy albo znalazł sposób na zwiększenie ich efektywności na boisku.

I spośród trójki postaci wiodących Raptors na najrówniej i najskuteczniej grającego wyrasta DeMar DeRozan. 23-latek rozgrywa swój najlepszy sezon w karierze. Jak do tej pory tylko dwukrotnie nie udało mu się przekroczyć bariery 10 punktów w meczu. Widać, że DeMar cały czas ostro pracuje nad swoim rozwojem. Poprawił rzut za 3 (choć nadal nie ma rewelacji to progres trzeba odnotować jak najbardziej na +), agresywniej zbiera i czuje się zdecydowanie pewniej w półdystansie. Wszystko to grając pod presją nowego 38 milionowego kontraktu.

Następnym graczem, który trafia pod lupę jest Jonas Valanciunas. Wspomniałem już wcześniej o jego problemach więc byłoby nie fair gdybym całkowicie pominął pozytywne aspekty w jego grze. Kiedy go oceniacie pamiętajcie o najważniejszym – ten chłopak ma dopiero 20 lat i nauka gry za oceanem zajmie mu jeszcze dużo czasu. Ale kiedy już przyzwyczai się do tempa gry, zrozumie to jak powinien funkcjonować w obronie, dorzuci trochę kilogramów to za 3 czy 4 lata może być jednym z najlepszych centrów w NBA. I biorę za te słowa pelną odpowiedzialność. Ofensywna gra JV będzie dojrzewać. Czasem mam wrażenie, że partnerzy na boisku po prostu jeszcze nie ufają mu na tyle by on sam mógł poczuć się pewnie i częściej podejmować próby atakowania obręczy. Jego skuteczność spod samego kosza wynosi na dzień dzisiejszy 70%. Skuteczność jumpshotów dla kontrastu 35%. Kiedy dopracuje rzut z półdystansu, kiedy będzie w stanie regularnie trafiać z 5 czy 6 metra powinien stwarzać zdecydowanie więcej problemów rywalom. Na tablicach jest agresywny, próbuje walczyć pod koszem przeciwnika. Do tego dobrze biega, szybko przemieszcza się z połowy na połowę. Na dzień dzisiejszy w najgorszym wypadku widzę go w All-Rookie 2nd Team.

Czy przyczyna porażek może być upatrywana w ławce rezerwowych? Odpowiedziałbym stanowczo na nie. Jose Calderon to według mnie jeden z najlepszych zmienników na pozycji numer 1, Amir Johnson i Ed Davis wnoszą do gry wielkie zasoby energii i świetnie walczą na tablicach. W obliczu ostatnich kontuzji ze składu wypadli Fields i Anderson czyli dwóch istotnych zadaniowców. Nie jest to większym problemem przy posiadaniu Linasa Kleizy czy od niedawna Mickaela Pietrusa. Głębia jest całkiem spora jak na zespół z końca stawki i nawet kontuzja startera (Fields) nie powinna być za bardzo odczuwalna przy graczach prezentujących podobny poziom w rezerwie.

Finalnie dochodzimy do momentu, w którym na plakat trzeba zabrać coacha. Jeśli do końca stycznia sytuacja nie ulegnie poprawie to kto wie czy Casey nie straci gruntu pod nogami. Nie nazwałbym tego potencjalnym trzęsieniem ziemi, ale jeśli DC straciłby posadę to Raptors czekałaby kolejna reorganizacja i żmudne przygotowania (poprzez tankowanie) do kolejnej próby. No i przede wszystkim kto miałby przejąć pałeczkę? Osobiście jestem zwolennikiem aktualnego trenera. Fakt, popełnił w tym sezonie kilka błędów i sytuacja, w której się znalazł go przerosła, ale jest w tej organizacji dopiero rok i skoro dotychczas sprawdzał się świetnie należy dać mu trochę czasu i liczyć, że rzuty jego zawodników po prostu zaczną wpadać częściej.

8 komentarzy

  1. Mac pisze:

    Brakuje mi takiego Toronto jak za czasów T-Maca, Cartera czy nawet Bosha

  2. Szuwarek pisze:

    Dobry wpis. Terminarz jest moim zdaniem bardzo niekorzystny. Młody zespół, który buduje dopiero pewność siebie, idzie pod wiatr. Każda wygrana ma znaczenie, a to właśnie dostaje się we własnej hali. Nawet Wizards w końcu się przełamali. Zobaczcie, że w domu mają 3-1! Podejrzewam, że gdyby wygrali ze 2-3 spotkania więcej inaczej wyglądałoby wszystko. Taki terminarz mogłaby przetrwać wyjątkowo doświadczona drużyna, Spurs, Heat, OKC, ale Rapotrsom praktycznie zabrano w ten sposób sezon. 7-12 wygląda słabo, a 8-11 już całkiem przyzwoicie. Jest o co walczyć. Dokładnie taki bilans oni mieliby szanse mieć, gdyby terminarz był sprawiedliwy i mieliby te 5 meczy więcej u siebie. Dla mnie pokazuje to po raz kolejny, że w NBA są równi i równiejsi. Zatankowanie po raz kolejny nic nie da, bo w drafcie nie ma jakichś wielkich prospektów poza wątpliwym dla mnie Norlensem Noelem i chyba jedynym wartym tankowania – Muhammadem. Wylosowanie jednak nr 1 jest jednak loterią (Bobki coś o tym wiedzą). Po prostu Casey musi ułożyć drużynę i walczyć o każdy mecz. Jak wygrają 2-3 mecze z rzędu, wróci pewność siebie i może od tego momentu bilans 50% jest w ich zasięgu.

  3. Taha20 pisze:

    3-4 maja u siebie..

  4. Adrian89 pisze:

    Faulowany z Bobcats był Bargniani- z tego co pamiętam- krążą historie że to właśnie dlatego nie było faulu bo Bargniani w tym sezonie pod formą jest.

    A Colangelo poszedł nawet dalej nawet nie wiem czy to nie było właśnie kiedy poszedł do komentatorów- powiedział że teraz słabo im idzie bo mieli za wysoki pick w drafcie- ergo powinni bardziej tankować. – geniusz.

    Szuwarek ty serio z niesprawiedliwością terminarza? Denver miało gorzej i nikt nie plakał tylko grają. Przecież wiadomo że w końcu to wyjdzie na 0.

    A artykuł świetnie się czyta – jednym tchem wczoraj przeczytałem.

    • Szuwarek pisze:

      Serio, serio. Denver też ma do dupy kalendarz. Jak można dopuścić takie dysproporcje, że jedna drużyna ma 6 meczy u siebie i 16 na wyjeździe? To ma wpływ na wyniki i podcina skrzydła słabszym drużynom. Lepsze, jak Denver potrafią sobie poradzić

  5. Finley pisze:

    Niestety, jedno z większych rozczarowań dla mnie. Wzmocnieni z przyzwoitą ławką rezerwowych byli tym zespołem, który miał namieszać na Wschodzie. Byłem wielkim fanem Raptors jaki budował bardzo wysoko ceniony przez mnie Casey. Już w poprzednim sezonie były genialne mecze. Przekleństwem Raptors są 4 kwarte, w poprzednim sezonie byli zdecydowanie najgorsi w close game i to samo jest tutaj. Szczęścia im również nie sprzyja, nieodgwizdany faul na DeRozanie czy niewspomniany przez Ciebie BB Al Jefersona co było jego pierwszą trafioną trójką na parkietach NBA. Jeszcze kilka meczów przegrali frajersko jak Detroit czy Szóstki. Szkoda, liczyłem że oni i GSW będą mieszać. Wojownicy mimo braku Boguta spisują się doskonale, natomiast Raptors to zaraz po Lakers największe rozczarowanie sezonu.

  6. Adrian89 pisze:

    Podbijam ten faul był na Bargnianim- a faulował Kidd-Gilchrist

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *