Strzeleckie popisy O.J Mayo i Jamesa Hardena w Toyota Center

Prawdziwy strzelecki festiwal urządzili sobie wczoraj O.J Mayo i James Harden. Gracz z Dallas zdobył 40 pkt, a jego rywal z Houston o jeden punkt mniej. W samym meczu lepsi okazali się Mavs, którzy pokonali Houston Rockets 116-109 przerywając ich serię sześciu kolejnych zwycięstw na własnym parkiecie.

Na ławkę trenerską Rockets powrócił Kevin McHale, który w ostatnim czasie przeżył tragedię rodzinną związaną ze śmiercią córki. Przed spotkaniem wszyscy gracze Mavs złożyli trenerowi kondolencję z powodu ogromnej straty jaką poniósł.

Gdybyśmy mieli zobrazować przebieg samego meczu w postaci wykresu to otrzymalibyśmy sinusoidę. Pierwsza kwarta to absolutne panowanie na parkiecie gości, którzy od wyniku 8-6 zaliczyli run 11-0, a samą kwartę wygrali różnicą 15 pkt. Szalał O.J Mayo, który rzucił w tym czasie 16 pkt dla swojego zespołu.

Kolejna kwarta to przebudzenie Rockets i prawdziwy popis z ich strony rzutów za trzy punkty. Od wyniku 43-31 dla Mavs do 48-43 wszystkie ich punkty zostały zdobyte rzutami z za lini 7,24. Bardzo dobrze wyglądał James Harden, który wyraźnie notuje wzrost formy w ostatnich spotkaniach. Na cztery minuty przed końcem II kwarty po punktach Hardena z rzutów wolnych gospodarze doprowadzili do remisu po 54, a do przerwy prowadzili różnicą trzech punktów.

Następna kwarta to dość wyrównany pojedynek z lekkim wskazaniem na podopiecznych McHale’a.  Zadecydował o tym dobry początek, kiedy to trójki Jeremy Lina i Hardena pozwoliły odskoczyć na dystans bliski 10 pkt. W kolejnym etapie gry obserwowaliśmy zacięty pojedynek, który pozwalał wnioskować, że wszystko rozstrzygnie się w czwartej kwarcie meczu.

Tutaj dzieła zniszczenia dopełnił jednak O.J Mayo, który w decydującej odsłonie był najważniejszym ogniwem w ofensywie drużyny przyjezdnej.  Przy wyniku 109-107 dla Mavs jego trójka dała 5 pkt przewagi na rywalami i w obliczu niecelnego rzutu Carlosa Delfino w kolejnej akcji Rockets pozwoliła bezpiecznie dowieźć ten wynik do końcowej syreny. W ostatecznym rozrachunku Dallas pokonują Houston 116-109 i wygrywają po raz 10 w tym sezonie.

Wczoraj we wspólnej rozmowie przed tym meczem  mój redakcyjny kolega – Wojtek Żuławiński powiedział, że Rockets muszą uważać na Mayo i jego trójki bo jak się rozstrzela to będzie po meczu. Wojtek chyba powinien obstawiać u buckmahera, bo jego scenariusz idealnie się spełnił. Mayo rzucił 40 pkt, a na 9 prób rzutów za trzy trafił sześć razy. W sumie zanotował skuteczność 15-26. Do swego dorobku dorzucił jeszcze 8 zbiórek i był głównym bohaterem zespołu.

Z drugiej strony rewelacyjnie sprawował się James Harden. Gwiazdor z Houston dziś zaliczył 39 oczek (10-17 z gry w tym 4-9 za 3 pkt).  Oddał tyle samo rzutów trzypunktowych co Mayo, ale przestrzelił dwa więcej od swego przeciwnika. Forma tego gracza zaczyna przypominać jego dyspozycję z początku sezonu, chociaż nie wiem czy to dobrze. Znacznie lepiej zespół Rakiet prezentował się, kiedy Harden rzucał w granicach 20-25 pkt, a ofensywa byłą rozłożona na większą ilość graczy. Wówczas, co zdaje się być najważniejsze, wygrywali i to z dość silnymi rywalami.

Mavs poza świetną skutecznością Mayo wygrali walkę na atakowanej tablicy, gdzie zebrali o siedem piłek więcej. Znowu dość słabo jak na poziom, do którego nas przyzwyczaił spisał się Omer Asik. Niedawny trzeci zbierający ligi zaliczył dziś tylko 7 zbiórek. Tym bardziej to dziwne, że w przeciwnej ekipie nie było nikogo kto w szczególnym stopniu zdominowałby walkę na „desce”. Najlepszym zbierającym wśród Mavs był wspomniany Mayo, a z graczy podkoszowych najwięcej, bo 7 zbiórek miał Chris Kaman.

Kaman zresztą zagrał także bardzo dobre zawody, które zakończył jako drugi strzelec zespołu z dorobkiem 20 pkt. Tym bardziej warte jest to podkreślenia, bo na parkiecie spędził niewiele ponad 18 minut. Fakt ten pokazuje jak bardzo przyczynił się do pierwszej wyjazdowej wygranej swojej drużyny w tym sezonie.

Dla Rakiet był to drugi z serii derbowych meczy. Kolejny już w poniedziałek we własnej hali przeciw Spurs. Gracze Dallas Mavericks następny mecz zagrają u siebie z Sacramento Kings.

DALLAS MAVERICKS (10-10) – HOUSTON ROCKETS (9-10) 116-109

(39-24, 24-42, 21-23, 32-20)

Mayo 40 pkt, C. Kaman 20 pkt, D. Collison oraz V. Carter po 12 pkt – J. Harden 39 pkt, C. Parsons 18 pkt, T. Douglas 13 pkt.

 

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

1 Odpowiedź

  1. Taha20 pisze:

    Mavs oczywiscie juz nie jest tak silna ekipa jak niegdys, ale coach Carlisle pokazuje jak znakomitym jest trenerem. Bez Mariona i kontuzjowanym Kamanem wydawalo sie ze Houston przejedzie sie po nich. Gdy po swietnym starcie ze strony Mavs gospodarze zaczeli przejmowac inicjatywe, znow pewnym wydawalo sie gladkie zwyciestwo gospodarzy. Nic bardziej mylnego. Ten coach potrafi zapanowac nad Mayo, sam przed sezonem twierdzilem ze to tragiczny ruch ze strony Mavs, widac jednak jak nie trafil pod skrzydla jakiegos t*pego murzyna to i taki OY jest do ogarniecia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *