Do czego jest potrzebny Rakietom Royce White?

Sytuacja na linii Rockets – White nadal nie ulega zmianie. Drużyna nie ma zamiaru go przywrócić do pierwszego zespołu, a sam zawodnik nie chce słyszeć o grze w NBDL. Nastał zatem impas, którego końca jak na razie nie widać. Jak może się zakończyć cała sytuacja? Czy są jakiekolwiek szansę na pozytywne rozwiązanie owego problemu oraz jak takowe wyglądać powinno? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w swoim artykule …

Przypomnijmy, że Royce White obraził się na cały zespół i sztab szkoleniowy po tym jak został oddelegowany do gry w NBDL. Najwidoczniej w jego oczach była to kara gorsza niż zsyłka do kołchozów na Syberii. W odczuciu wielkiego ostratyzmu jaki go spotkał postanowił odmówić treningów. Innymi słowy mówiąc zasygnalizował, że albo gram w NBA, albo mnie więcej tu nie zobaczycie.

Jeżeli przedstawimy całą sytuację w taki oto dość uszczuplony sposób nie poznamy jednak całej prawdy. Każdy kij ma dwa końce i zazwyczaj obie strony mają rację. Tak też jest i w tym przypadku. Być może dla fanów Rakiet nie jest to dobra informacja, bo sam fakt, że White ma prawo odczuwać lekki dyskomfort w całym tym zamieszaniu jest jasnym sygnałem, iż konsensus będzie niezwykle trudny do osiągnięcia.

Zacznijmy jednak od początku. Jak zapewne wielu z Was wie przypadek White’a nie jest zwykły. Jest to gracz o dość trudnej psychice, a raczej bardziej skomplikowanej w odróżnieniu od innych graczy (tak nawet od Rona Artesta aka Metta World Peace’a). Cierpi on bowiem na zaburzenia obsesyjno – kompulsyjne. W skrócie mówiąc jest to choroba psychiczna polegająca na zaburzeniach lękowych występujących w postaci natrętnych myśli wywołujących u chorych strach, niepokój, lęk. Jedną z form zapobiegania lub bardziej walki z nią jest ciągłe powtarzanie nowych (wywołujących ten strach) sytuacji, w których chory się znajduje w celu oswojenia się z nimi, a co za tym idzie wywołanie psychicznej akceptacji nowych zdarzeń. Pochodną tego wszystkiego jest paniczny lęk przed lataniem, który w przypadku Royce jest najdobitniejszym objawem schorzenia.

Przytoczenie dokładnego opisu choroby, która mu doskwiera jest niezwykle ważne. Obrazuje bowiem z jak delikatną sprawą mamy do czynienia. Przyznam się, że słysząc o przypadku White’a przed sezonem, kiedy to zamiast trenować z zespołem spędzał czas na kozetce u psychiatry od razu na myśl przyszedł mi przypadek Leona Smitha.

Otóż w 1999 roku Dallas Mavericks wybrali w drafcie chłopaka pochodzącego z ubogiej dzielnicy Chicago.  Był nim właśnie wspomniany powyżej Smith. Nie miał on jednak zbyt udanego dzieciństwa. W wieku 5 lat został oddany do domu dziecka, gdyż jego rodzice najzwyczajniej go zaniedbywali. Po ośmiu latach pobytu w musiał opuścić dom dziecka, bowiem był już zbyt dojrzałym nastolatkiem i tym samym został przeniesiony do następnego. Wszystkie te zdarzenia odbiły się prawdziwą traumą na resztę życia dla niego. Sam poproszony o opisanie swego dzieciństwa Smith mówi tak:

” If my own mother could give me up or whatever, if my own mother could give me up, what would these people do to me? I really don’t have any good memories. All I have is bad memories that lead to nightmares.”

Jaki to wszystko ma związek z dzisiejszym problemem Royce White’a? Już wyjaśniam …

Smith trafił do NBA prosto ze szkoły średniej. Jego ogromny talent zaprocentował wybraniem go przez Mavs. Włodarze z Dallas znakomicie zdawali sobie sprawę z trudnego charakteru gracza oraz znali jego historię. Nie uznawał on żadnych autorytetów bo takich nigdy nie miał. Dostając przepustkę do gry na parkietach NBA widział się w roli innych graczy, którzy trafili tam prosto z liceum, takich jak Kevin Garnett czy Kobe Bryant. Niestety Smith nigdy nie zadebiutował w barwach Mavericks. Już na pierwszym treningu odmówił wykonywania ćwiczeń i tym samym Don Nelson postanowił go ukarać. Oddelegowano go do indywidualnych treningów pod okiem Kiki Vandeweghe. Jednocześnie Nelson oświadczył, że Smith póki co nie jest gotowy mentalnie do gry w zawodowej drużynie i nie widzi go w zespole. Tutaj pojawił się konflikt interesów, ponieważ nowy właściciel Mark Cuban bardzo Leona w zespole chciał posiadać. Poirytowany całą sytuacją gracz nie wytrzymał całego zamieszania. Do tego doszły jeszcze sprawy osobiste (rozstanie z narzeczoną) i zakończyło się na próbie samobójstwa. Zawiodła dość krucha psychika …

Wybaczcie, że zanudzam Was tak długim opisem perypetii Smitha, ale w obliczu sytuacji z Royce White’em ma ona niemal identyczne podłoże. Jednocześnie pozwoli ona nam lepiej zrozumieć wszystkie aspekty oraz dokonać bardziej obiektywnej oceny.

Incydent na treningu ze Smithem i Nelsonem miał miejsce przed zakontraktowaniem gracza. Kolejność chronologiczna ma bardzo duże znaczenie, ponieważ widząc jakie problemy stwarza ten gracz Mavs zdecydowali się podpisać z nim kontrakt w późniejszym czasie. Pomimo wyraźnej niechęci do młodego gracza Nelson zgodził się na zakontraktowanie go. Podpisali z nim kontrakt na 3 lata wart 1,47 mln USD. Czemu? Powód jest bardzo prosty, a wręcz banalny. Smitha bardzo chcieli także L.A Lakers i gdyby Mavs zrezygnowali z niego to Jeziorowcy zaprosiliby go do siebie.  Wiedział o tym Cuban i wywarł nacisk na Nelsona, a raczej postawił go w sytuacji bez wyjścia. Wynikiem tego był paradoks podpisania kontraktu z zawodnikiem, którego nie chciał trener. Wiadome więc było, że póki Nelson jest na ławce Smith tam nie zagra. Gracz o tak skomplikowanej psychice nie wytrzymał tej sytuacji i kolejnymi wyczynami zaprzepaścił swoja karierę. Podsumowując egoizm Mavs, którzy bardziej podpisali z nim umowę dlatego, że nie chcieli by grał w innym zespole doprowadził do tragedii. Być może gdzie indziej jego talent rozwinął by się inaczej. To też tylko gdybanie, ale szansa tej drugiej opcji była o wiele większa.

I właśnie tutaj dochodzimy do sedna sprawy z White’m. Dlaczego Rockets właściwie go wybrali? Doskonale wiedzieli o jego kłopotach, bo ujawniały się one już w college’u.  Przypomnę, że mieli trzy wysokie numery, które zamienili na Jeremy Lamba, Terrence’a Jonesa oraz właśnie bohatera mojego artykułu. Każdy wiedział, że cała trójka ma posłużyć jako część wymiany za jakiegoś gracza pokroju All-Star. Początkowo miał to być Dwight Howard, a następnie wspominano o  Andrew Bynumie. Biorąc pod uwagę wiedzę na temat dolegliwości White’a czemu zatem wybrali właśnie jego wiedząc, że nie zagwarantują mu stabilizacji jakiej on potrzebuje, aby rozwinąć swoja karierę. Sam pomysł, aby mieć trzy numery draftu w drugiej dziesiątce powstał na bazie wizji oddania ich, ponieważ wielkich gwiazd w Rockets nie było.

Po drugie Kevin McHale to nie Rick Adelman i zbyt wielu szans debiutantom nie daję. Wyjątkiem jest Chandler Parson, który wykorzystał swoją szanse po trzęsieniu ziemi w Houston wobec słabego startu ubiegłorocznych rozgrywek. McHale jest zwolennikiem powolnego dojrzewania graczy. Na potwierdzenie tej tezy mam dwa przykłady.  Pierwszy to fakt, że ani Jones, ani Motiejunas, ani Machado wielkiej roli w zespole nie odgrywają. W sumie zagrali może ze 30 minut w tym sezonie razem wzięci!!! Drugi to Marcus Morris, który po swoistym niebycie w minionych rozgrywkach zaczyna błyszczeć dopiero w drugim roku kariery.  Miesiące upokorzeń polegających na grze w NBDL czy siedzeniu na ławce rezerwowych przez 48 minut meczu w jego przypadku zdały egzamin. Uszlachetniły go, a nie było to łatwe, bo jego brat Markieff zaliczał całkiem udany sezon w Phoenix Suns.

Podobna droga w przypadku White’a nie przejdzie. Nie z jego psychiką. Nie trzeba być biegłym psychiatrą, żeby to stwierdzić na sto procent. Właśnie tutaj leży wina po stronie Rockets. Być może najpierw należało mu dać krótką szansę gry, żeby sam zrozumiał, że nie jest gotowy. W ten sposób mógłby się oswoić z myślą, że musi jeszcze trochę zapracować na dostąpienie zaszczytu gry w NBA.

Myślę, że w przypadku Rakiet wystąpił podobny grzech pychy jak trzynaście lat wcześniej w Dallas. Górę wziął własny interes. Royce White był bowiem jednym z najciekawszych graczy w tegorocznym drafcie. Z pewnością miałby wyższy numer naboru, być może nawet w pierwszej dziesiątce, gdyby nie jego powszechnie znane problemy. Mimo to władze Rockets wybrały go.  I tutaj jeszcze raz podkreślę – nie sądzę, że dla niego samego była to dobra decyzja. Może lepiej jakby trafił do zespołu, który nie miał najmniejszego zamiaru oddawać swojego pierwszoroczniaka w najbliższym czasie. To byłaby najbardziej komfortowa sytuacja. Tymczasem absolwent uczelni Iowa znalazł się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Wielu graczy o bardziej ustabilizowanej psychice nie godziło się na taką niepewną przyszłość. Najlepszym przykładem jest Lamar Odom, który po plotkach mówiących o jego wymianie natychmiast zażyczył sobie transferu do innej drużyny, bo w Lakers poczuł się niechciany.  Górę wzięła ambicja gracza, a czemu zatem White ma nie posiadać sportowej ambicji?

Podobnie jak Smith, który był gwiazdą w koszykówce na poziomie szkół średnich, tak White był czołową postacią ligi NCAA. Nagle znalazł się w nowej dla siebie sytuacji. Poczuł się niechciany. Na uniwersytecie pomimo zaburzeń potrafił prezentować się jako wyróżniający zawodnik. Czemu zatem jego choroba ma być przeszkodą w grze w pierwszej drużynie Rockets? Takie o to pytania pojawiają się w głowie samego zawodnika. Jeżeli dodamy dodatkowe fobię, które są wypadkową jego nieustabilizowanej psychiki zrozumiemy w jakim punkcie znalazł się gracz.

Pora jednak zadać kolejne pytanie, niezwykle ważne dla obiektywnej oceny całej sytuacji. Czy Rockets na pewno nie chcą mu pomóc? Do podpisania kontraktu potrzebna jest zgoda obu stron. Tym samym parafując umowę musiał sobie zdawać sprawę z tego, że spadają na niego pewne obowiązki oraz konsekwencję.

Nikt nie będzie go traktował jak świętej krowy tylko dlatego, że jest chory. Być może jest to brutalne stwierdzenie, ale niezwykle prawdziwe. Każdy wie, że NBA to także biznes. Jeżeli pomimo braku przygotowania dostałby szansę gry to odbyłoby się to kosztem innego zawodnika. Jak zatem czułby się ten drugi … Rockets muszą dbać o całą drużynę. Nikt nie może być promowany kosztem kolegi z zespołu. Podejrzewam, że gdyby to Morris padł ofiarą „oswajania” Royce’a on też mógłby wywołać konflikt . Przecież pracował tak ciężko bo wiedział jak to jest być tym graczem z głębokich rezerw. Zacisnął zęby i walczył o swoje.  Nie obrażał się na nikogo, co czyni obecnie debiutant z Iowa.  Houston Rockets mają na celu przede wszystkim grać jak najlepiej w koszykówkę i wygrywać meczę, a kluczem do tego jest sportowa rywalizacja. Jeśli nie jesteś do niej gotowy na 100% to stwarzamy Ci szansę, żebyś się dostosował, ale na to jest potrzebny czas. To wydaje się być oczywiste i sam zawodnik też musi to zrozumieć. Niestety najpierw musi dotrzeć sobie właśnie tą regułę, a dopiero później walczyć o swoje pod względem sportowym. To pokazuje jak trudny jest to proces w tym przypadku.

Nie można zarzucić Rakietom braku chęci pomocy zawodnikowi. Trzeba przyznać, że otoczyli White’a należytą opieką i stworzyli mu warunki do właściwego toku przygotowań pod kątem indywidualnym, których niewątpliwe on potrzebuje. On jednak musi najpierw to sam zrozumieć. To w głównej mierze rola lekarzy, którzy się nim obecnie zajmują, aby mu to jak najszybciej uprzytomnić. Sam zawodnik szybciej popadnie w kolejne fobię, co nie jest jego winą. On się nie pogniewał na wszystkich ma ma takie widzimisie. To jest po prostu pochodna jego dolegliwości.

Tutaj należy ukazać tą właściwą drogę, którą Rockets i sam White powinni pójść. Zespół z Houston powinien traktować zawodnika jako długoletnią inwestycję. Cała trudność  polega na tym, że muszą znaleźć sposób na to, żeby sam zawodnik mógł odczuć ten fakt. Musi wiedzieć, że jest potrzebny tej drużynie. Rockets mają za zadanie wskazanie mu właściwego kierunku, co jednak jest o wiele bardziej żmudnym zadaniem niż w przypadku zwykłego gracza. Obie strony zdają sobie sprawę z ogromnego talentu jaki posiada koszykarz. Genezą konfliktu jest sposób w jaki ma być on wykorzystany. Sam gracz chciałby grać od zaraz, a Rockets wiedzą, że muszą najpierw przygotować go mentalnie do bycia zawodowcem.

Daryl Morey zdaje sobie z tego doskonale sprawę o czym świadczą jego słowa dotyczące zawodnika:

„Royce was someone who played every game at Iowa State, played it well. So even with his issues, he showed that he is very functional. We knew going in that potentially there could be issues and right now obviously things are bumpy at this point, I’d say, but you know it takes a little time for him to get going at the various stops he’s had in his career to this point. We’re trying to work things through with Royce, and hopeful that we can. That’s sort of the current state.”

Im dłużej obie strony będą tkwiły w impasie tym gorzej dla samego zawodnika. Rakiety mogą w końcu się wycofać się z chęci pomocy graczowi jeżeli niesubordynacja będzie się przedłużała w nieskończoność. Dallas w styczniu 2000 roku rozwiązali kontrakt z Leonem Smithem. Nie wyszło mu to na dobre i kariery w NBA nie zrobił. Jeżeli zespół z Houston dojdzie do wniosku, że nie będzie miał korzyści zwyczajnie zrezygnuje. Zawsze na jego miejsce może trafić inny zawodnik, który będzie lepiej pasował do drużyny. Jednocześnie NBA to ogromny rynek, a cały spór nie zwiększa wartości samego gracza w opinii innych managerów.

Zatem kończąc krótkim podsumowaniem bardziej w interesie samego gracza jest podporządkowanie się regułom i powrót do treningów. Burmuszenie się będzie najgorszym z wyjść z całego zamieszania i nie uczyni go lepszym koszykarzem. Rockets chcą mu pomóc i cały czas wyciągają rękę w stronę zawodnika. Z tym, że on sam musi zrozumieć jak ciężką drogę musi przejść zanim się znajdzie w wymarzonym miejscu, a następnie znaleźć sposób motywacji na osiągnięcie zamierzonego celu. Bez tego przepadnie w niebyt. Choroba nie może być jego usprawiedliwieniem. To właśnie musi sobie uprzytomnić najszybciej.

Z drugiej strony jeśli wszystko zakończy się fiaskiem to będzie to także ogromna porażka dla całej organizacji Rockets. Jeśli na uczelni Iowa potrafili trafić do głowy zawodnika to tym bardziej powinien poradzić sobie z tym zawodowy klub NBA. Także w ich interesie jest jak najszybsza asymilacja gracza w nowym otoczeniu.

Jak się to wszystko zakończy? Czas pokaże …

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

2 komentarze

  1. Geo pisze:

    Dawno nie czytałem tak świetnego artykułu, brawo Paweł!

  2. Mac pisze:

    Bardzo mocno trzymam kciuki za White’a, a artykuł świetnie się czyta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *