Jazzmani nadal niepokonani w Energy Solution Arena

W połowie lat 90-tych rywalizacja pomiędzy Utah Jazz i Houston Rockets wyłaniała finalistę NBA z Konferencji Zachodniej. Dziś ranga tych spotkań nie jest już tak znaczącą dla układu sił w lidze, a obie ekipy nie należą do czołówki. Dzisiejszej nocy w Salt Lake City lepsi okazali się Jazzmani, którzy prowadzeni przez Al’a Jeffersona wygrali 102-91.

W zespole z Houston już przed samym spotkaniem wiele emocji wzbudzał stan zdrowia Jamesa Hardena. Narzekający na wirusowe zapalenie dróg oddechowych gwiazdor z Teksasu wystąpił jedynie w pierwszych dwóch kwartach, spędzając w sumie około 17 minut na parkiecie. Choroba jednak okazała się silniejsza od ambicji Hardena bowiem w starciu z Jazz nie był on zupełnie sobą. Zdobył łącznie sześć punktów (1 na 6 z gry) grając tylko w I połowie meczu. Na kwarty numer III i IV na parkiecie się już nie pojawił.

Zmuszeni do radzenia sobie bez swojej głównej siły ofensywnej Rakiety wyraźnie ustępowały przeciwnikom. Omer Asik niemiłosiernie blokowany na początku meczu w późniejszej fazie spotkania nawet nie patrzył w stronę kosza, gdy był w posiadaniu piłki. Zupełnie pozwolił także zdominować strefę podkoszową Al’owi Jeffersonowi, który tego dnia wydawał się być graczem z zupełnie innej planety w porównaniu do środkowego znad Bosforu.

Rockets byli równorzędnym rywalem dla zespołu ze stanu Utah tylko przez pierwsze dwanaście minut. Potem już wyraźnie rosła przewaga Jazzmanów. Na początki II kwarty gospodarze zaliczyli serię 13-0, dzięki czemu właśnie odskoczyli rywalom na wynik 42-26. Bardzo efektowne akcję składające się z licznych alley-oop’ów oraz dużej ilości punktów ze strefy podkoszowej były głównymi atutami podopiecznych Tyrona Corbina.

Zdezorientowani zmasowaną ofensywą przeciwników gracze z Houston zupełnie nie radzili sobie w obronie, a osłabieni bardzo słabą dyspozycją swojej strzelby numer jeden kompletnie nie istnieli w ataku. Pojedyncze przebłyski nie dawały nawet najmniejszych nadziei na nawiązanie równorzędnej walki. Oznaczało to, że drużyna z krainy słonych jezior miała absolutnie mecz pod ciągłą kontrolą.

Dobra gra na obwodzie Randy Foye oraz liczne wejścia pod kosz Gordona Hayworda w drugiej połowie meczu dobijały już zupełnie bezradnych oponentów. W końcowej fazie meczu jedyną osobą, która starała się jeszcze nawiązać walkę byli: Terrence Jones, który rozgrywał swój drugi mecz w karierze na parkietach NBA oraz Greg Smith. Ich starania jednak były niewystarczające i Rockets ponieśli trzecią porażkę z rzędu.

W zespole Jazz najlepszy na boisku był wspomniany Al Jefferson. Dzięki 14 zdobytym punktom oraz 16 zbiórkom zaliczył double-double. Takim samym dorobkiem punktowym co środkowy Jazzmanów może pochwalić się także Randy Foye. W jego przypadku należy wspomnieć o bardzo dobrej grze na dystansie o czym świadczą cztery celne trójki na siedem prób. Bardzo dobrze spisał się także rezerwowy rozgrywający – Jamaal Tinsley, który asystował aż 11 razy przebywając na parkiecie jedynie przez dwadzieścia minut gry.

W drużynie gości najskuteczniejszy był Patrick Patterson, którego łupem padło 19 pkt, ale należy tez krytycznie spojrzeć na jego walkę na tablicach. Od zawodnika wychodzącego w pierwszej piątce na pozycji numer „4” oczekuje się trochę więcej niż tylko jedna zbiórka. Postacią numer jeden w szeregach Rockets był Chandler Parsons, który po raz kolejny zaliczył w tym sezonie double-double. Biały skrzydłowy zaliczył 11 oczek oraz 10 zbiórek. Dobrze zaprezentował się także debiutant – Terrence Jones. Był autorem dwunastu punktów, a także ośmiu punktów. Właśnie takimi występami jak dzisiejszy czy bardzo dobry mecz w jego wykonaniu daje podstawy do zadania pytania czemu trenerzy Rakiet czekali aż 10 meczów, aby pozwolić mu zagrać w oficjalnym meczu w sezonie.

Dzięki wygranej 102-91 nad Houston Rockets zespół Jazz przedłużył serię zwycięstw we własnej hali do czterech. Podopieczni Corbina wygrali zresztą wszystkie rozgrywane dotąd mecze w Energy Solution Arena w obecnym sezonie.  Okazja do polepszenia tego rekordu nadarzy się już w piątek, kiedy to do Salt Lake City przyjedzie ekipa Sacramento Kings.  Rakiety natomiast będą starały się przerwać inną passę – od trzech spotkań nie zaznali smaku wygranej, a kolejny mecz nie będzie wcale łatwy. W środę do Toyota Center przyjadą Chicago Bulls.

HOUSTON ROCKETS (4-7) – UTAH JAZZ (6-6) 91-102

(26-29, 18-32, 26-24, 21-17)

P. Patterson 19 pkt, J. Lin 13 pkt, T. Jones oraz M. Morris po 12 pkt – G. Hayword 15 pkt, A. Jefferson oraz R. Foye po 14 pkt,  Marvin Williams 12 pkt

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *