Wspomnienie Reggie Lewisa

31 marca 1991 roku. W Boston Garden miejscowi Celtics podejmują zespół Chicago Bulls. Byki prowadzone przez Michaela Jordana będącego w szczytowej formie. Byki, które za niecałe trzy miesiące zdobędą mistrzostwo NBA i rozpoczną dynastię, która pozwoli obrosnąć im w legendę. Sam Michael Jordan stanie się w oczach niemal wszystkich ekspertów prawdziwym bogiem koszykówki. Ten mecz jednak zostanie zapamiętany nie ze względu na niesamowite zagrania MJ’a, ale z powodu gry jednego z jego oponentów. To mecz, w którym jeden człowiek zablokował czterokrotnie rzuty Jordana w jednym meczu. Tym kimś był Reggie Lewis.

Nikt inny w całej karierze Michaela Jordana nie dokonał wcześniej czegoś takiego. Nikt w całym koszykarskim życiu nigdy nie upokorzył go tak bardzo (oczywiście w sensie czysto sportowym). Każdy kto gra w koszykówkę dobrze wie jak w aspekcie ambicjonalnym taki blok zachodzi za skórę osobie zablokowanej. Doświadczenie to było tym bardziej bolesne dla Michaela, że wszystkie zablokowane rzuty przez Lewisa były rzutami z dystansu. Jedno jest pewne – znając podejście Jordana do rywalizacji tamten mecz z pewnością pozostanie mu w pamięci podobnie jak wszystkim kibicom Celtów, którzy widzieli to spotkanie, a sam Reggie Lewis pozostanie na długo w ich sercach nie tylko ze względu na to wydarzenie.

Samo spotkanie miało zresztą niesamowity przebieg. Do wyłonienia zwycięzcy potrzebne były, aż dwie dogrywki. Na parkiecie w barwach Celtów grali m.in Larry Bird czy Robert Parish.  U boku Jordana w trykocie Bulls wystąpili Scottie Pippen czy też Horace Grant. Ostatecznie to gospodarze wygrali 135 – 132. Reggie Lewis rzucił w nim 25 pkt, a grający na przeciw niego Jordan 37. Jednak to gracz z numerem 35 został bohaterem całego starcia. Potwierdził tym samym, że w przyszłości będzie godnym następcą kończących swe kariery i wspomnianym przeze mnie wcześniej legendom Celtów.

Reggie Lewis urodził się 21 listopada 1967 roku w Baltimore w stanie Maryland. W szkole średniej – Dunbar High School występował z takimi graczami jak: Tyrone Muggsy Bouges, David Wingate znany z późniejszych występów w Charlotte Hornets czy Seattle Supersonics czy też Reggie Williams, który na parkietach NBA grał m.in w Denver Nuggets. Z takim młodymi graczami liceum Dunbar w danym okresie urosła w pewnym sensie do miana legendy wygrywając na swoim poziomie wszystkie mecze.

Następnie swoją karierę kontynuował na Uniwersytecie Northeastern w Bostonie, gdzie spędził cztery lata studiów, aby następnie przystąpić do draftu NBA w 1987 roku. Tutaj został wybrany przez Boston Celtics z numerem 22. W tym samym roku do NBA trafił jego przyjaciel ze szkoły średniej – Muggsy Bouges wybrany z dwunastką przez Washington Bullets.

Pierwszy sezon nie był szczególnie udany dla Lewisa. Ciężko mu było przebić się do składu Celtów, którzy mieli w drużynie takie gwiazdy jak Bird, McHale, Parish Dennis Johnson, a na ławce dodatkowo Danny Ainge’a czy Jim’a Paxona. Hierarchia w drużynie była z góry ustalona i 22-letni debiutant musiał cierpliwie czekać na swoją szansę. Okres był tym bardziej nieprzychylny dla młodego zawodnika, że Celtowie grali bardzo dobrze. Zakończyli rozgrywki dopiero w finale Konferencji Wschodniej przegrywając z Detroit Pistons 2-4.W swoim pierwszym sezonie w NBA Lewis zagrał w ledwie 49 meczach notując średnio 4,5 pkt. W Play-off dostał szansę gry w 12 spotkaniach, gdzie średnio rzucał 2,3 pkt.

Dopiero kolejne rozgrywki w sezonie 1988-89 stały się przełomowe w jego karierze. W obliczu kontuzji Larry Birda wskoczył do pierwszej piątki zespołu prowadzonego przez Jimmy Rodgersa i chociaż sam sezon był mało udany dla samej drużyny to okazał się krokiem milowym dla Lewisa. Celtowie wygrali w sezonie regularnym 42 mecze i już w I rundzie Play-off łatwo przegrali w serii best of 5 drużynie Pistons w trzech meczach. Lewis w drugim sezonie w Bostonie diametralnie poprawił swoje średnie kończąc sezon z 18.5 zdobywanymi punktami na mecz.

Kolejne sezony były coraz lepsze, a jego rola w drużynie byłą coraz bardziej znacząca. Starzejące legendy powoli chyliły się ku zakończeniu kariery, a jego gwiazda świeciła coraz jaśniej.  James Worthy – gwiazdor Los Angeles Lakers nazywał go ofensywną maszyną. Trudno się nie zgodzić z tą opinią bowiem miał niesamowity ciąg na kosz. W dwutakcie był niemal nie do powstrzymania. Szybki i atletycznie zbudowany bardzo dobrze prezentował się zarówno w grze z kontry jak i w twardej fizycznej grze z rywalami. Co ciekawe jak na ówczesne standardy graczy na pozycji 2-3 był bardzo słabym strzelcem z dystansu. Rzuty za trzy punkty były jego piętą achillesową. Trafiał je w przeciągu całej kariery z ledwie 20% skutecznością. Sam zawodnik zdawał sobie sprawę z własnej słabości i unikał raczej gry na dystansie, a szczególnie za linią 7,24. Preferował grę blisko kosza, co mu wychodziło o wiele lepiej i właśnie tutaj był najbardziej niebezpieczny w ofensywie dla rywali. W 1992 roku wystąpił w meczu gwiazd rozgrywanym w Orlando, gdzie zdobył 7 punktów i udowodnił swoją przynależność do najlepszych graczy ligi ówczesnego okresu.

Ciekawie zapowiadająca się kariera została złamana przez tragiczne zdarzenie. Na jednym z treningów już po zakończeniu sezonu 1992-93 Reggie nagle upadł. Po natychmiastowym przewiezieniu do szpitala nie udało się go uratować. Atak serca, którego doznał okazał się bezpośrednią przyczyną śmierci. Na dolegliwości kardiologiczne narzekał już w trakcie  końcówki sezonu i rywalizacji w play-off przeciw Charlotte Hornets. W amerykańskich mediach rozgorzała dyskusja na temat badań wyczynowych sportowców. Cierpiał on na wrodzoną wadę serca, której nie wykryto na czas. Nie on pierwszy był ofiarą problemów z sercem, która nie została zdiagnozowana przez sztab medyczny. Siedem lat przed Lewisem na arytmię serca zmarł Len Bias. Chłopak urodzony i wychowany podobnie jak Lewis w Maryland, który został wybrany przez Boston z numerem drugim draftu 1986 nigdy niestety nie dostał szansy gry w NBA. Zmarł bowiem kilka dni po tym jak został wybrany. W przypadku Biasa przyczyną arytmii serca okazała się kokaina a dokładnie jej używanie. Podobne wnioski próbowała forsować amerykańska prasa w odniesieniu do Reggie Lewisa. Takową tezę w jednym z artykułów postawił „The Wall Street Journal” w 1993 roku, co spotkało się z oburzeniem rodziny Lewisa, a cała sprawa trafiła do sadu.

Po autopsji wykazano wadę serca jak przyczynę śmierci i absolutnie wykluczono wcześniejsze stosowanie jakichkolwiek narkotyków przez tragicznie zmarłego gracza.

 Niedawno drużyna z Bostonu miała kolejnego gracza, który zmagał się z problemami z sercem. Biorąc pod uwagę tragiczne przypadki Len’a Biasa czy Reggie Lewisa nie trudno zrozumieć czemu włodarzom z Bostonu tak zależało na powrocie Jeff’a Greena właśnie w barwach Celtów. Pomijając wszystkie aspekty sportowe zostali oni w przeciągu ostatnich 30 lat bardzo doświadczeni tracąc wielkie postacie koszykarskiego świata. Jak na ironię Green także pochodzi ze stanu Maryland i także to Celtowie wybrali go w drafcie. Unikając jednak jakichkolwiek teorii spiskowych (chociaż Green ukończył tą samą szkołę średnią co Len Bias) sprawa powrotu do zdrowia Jeffa Greena patrząc przez pryzmat tragicznych śmierci Biasa czy Lewisa była i jest nadal swoistym katharsis, bowiem cały czas będzie pojawiać się pytanie, czy na pewno nie można było uniknąć tych smutnych zdarzeń …

Koszulka z numerem 35 została zastrzeżona przez Celtów i zawisła pod kopułą ich hali. Cała ceremonia odbyła się 25 marca 1995 roku. Co ciekawe Reggie Lewis jest jedynym graczem spośród wszystkich zawodników, których klub z Bostonu zastrzegł numer  na zawsze, który nigdy nie zdobył mistrzostwa NBA. Jego numer #35 został także zastrzeżony na  uniwersytecie Northeastern, którego był absolwentem.

Oczywiście problemy zdrowotne, a szczególnie tak groźne jak kłopoty z sercem to nie tylko domena graczy Celtów o czym pisał już kiedyś Mateusz Babarz w artykule „Serce gracza„. Nie mniej jednak jest to olbrzymi kłopot w całym zawodowym sporcie, którego efekty są nieraz tragiczne … a gra toczy się o ludzkie życie.

Na koniec filmowe wspomnienie Reggie Lewisa w kompilacji jego zagrań:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=nQTFpXgEVw0 &w=585]

 

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

4 komentarze

  1. Marian 44 pisze:

    mała poprawka. Reggie Lewis urodził się w 1965r a nie ’67 jak w tekście

  2. hq pisze:

    z calym szacunkiem dla Lewisa to jednak najbardziej ‚szkoda’, ze Bias nie postawil nigdy nogi na parkiecie nba, dzis to on bylby legenda wieksza niz Jordan.

  3. goandrewgo pisze:

    Czy Bias byłby legendą nie wiadomo. Dużo było takich kozaków w koledżach którzy potem w NBA się nie rozkręcili. Bias myślę że byłby czołowym graczem lat ’90 ale do Jordana nie da się porównać żadnego gracza który kiedykolwiek grał w NBA, a co dopiero takiego który nigdy w NBA nie zagrał…

    • hq pisze:

      nie mozna stanowczo mowic,ze napewno niebylby legenda, Jordana stardom na potrzeby promowania ligi stworzył Stern wiec moglby byc to rownie dobrze Bias, bo boiskowe predyspozycje mial ponadprzecietne moze nawet lepsze niz MJ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *