Najstarsi debiutanci w historii NBA

Autor: Paweł Panasiuk

Sezon 2012/2013, 35-letni Pablo Prigioni debiutuje w NBA, w barwach New York Knicks. 35-letni debiutant? Czy najstarszy w historii NBA? Czy można go w ogóle traktować jako debiutanta? Postaram się dzisiaj odpowiedzieć na te pytania.

Pozwoliłem sobie podzielić debiutantów na trzy kategorie.

Pierwsza kategoria

Cofnijmy się do lat 40-tych. Od 1946 roku, czyli powołania BAA (później po połączeniu z NBL, w 1949, nazwę zmieniono na NBA) duży odsetek graczy dołączających do NBA miał za sobą kilkuletnie doświadczenie w przeróżnych „profesjonalnych” ligach w USA. W dodatku jak inaczej nazwać debiutujących w nowopowstałej lidzie jak nie debiutanci?!

Zaczniemy od Nata Hickey’a, który jako trener postanowił wspomóc swoją drużynę i zdecydował się wziąć udział w jednym meczu podczas sezonu 1947-48…w wieku 45 lat i 363 dni! Oddał sześć rzutów, niestety wszystkie spudłował. Popełnił też pięć fauli. Na koniec zdobył dwa punkty dzięki rzutom osobistym. Rok wcześniej, dwa mecze dla Washington Capitols rozegrał Ben Goldfaden, 33 lata.

Nat Hickey (z lewej), źródło: Google Images

Zapytacie – no dobra, a co z zawodnikami, którzy grali regularnie? Charlie Shipp, 35 lat, zadebiutował dla Waterloo Hawks w sezonie 1949-50. Hal Tidrick przywdział barwy Indianapolis Jets w 1948-49 w wieku 33 lat.

Druga kategoria

Lata 70-te. Połączenie ABA i NBA. Wielu graczy, pomimo kilku sezonów w ABA (która poziomem prawie dorównywała NBA, choć nie traktowano jej na tyle poważnie co NBA) zadebiutowało w „nowej” NBA – np. Julius Erving, Moses Malone. Najstarszym z nich był all-star Steve „Snapper” Jones, 34 lata, który zagrał swój pierwszy mecz w 1975 roku dla Denver Rockets. Co ciekawe, nigdy w jego karierze, czy to w ABA czy w NBA, nie otrzymał faulu technicznego.

Trzecia kategoria

To piękne stwierdzenie sprawdza się, jeśli chodzi o kolejną grupę debiutantów, tych spoza USA, szczególnie przez ostatnie 15 lat. Pomimo tego, że większość z nich grała zawodowo w koszykówkę przed zadebiutowaniem w NBA, wciąż traktuje się ich jako rookies.

Antoine Rigaudeau, źródło: Sports Illustrated

Do tego sezonu, mianem najstarszego debiutanta spoza USA mógł poszczycić się Francuz Antoine Rigaudeau, 31 lat. Swój pierwszy mecz zagrał w 2003 roku w barwach Dallas Mavericks. Oprócz niego można wymienić też Fabricio Oberto, 31 lat, San Antonio Spurs oraz Jorge Garbajosa, 30 lat, Toronto Raptors.

Grzechem byłoby zapomnieć o Arvydasie Sabonisie, który na początku kariery grał w reprezentacji ZSRR, potem Litwy. W 1985 został wybrany, w 4 rundzie draftu NBA, przez Atlantę Hawks, jednak wybór anulowano ze względu na młody wiek zawodnika. Rok później Sabonis spróbował sił jeszcze raz i ponownie został wybrany, z numerem 24, w 1 rundzie, przez Portland Trailblazers. Także i tym razem nie mógł rozpocząć kariery za oceanem – powodem była zła sytuacja polityczna pomiędzy ZSRR i USA (zimna wojna). Ta sztuka udała mu się w końcu w 1995 roku kiedy zadebiutował, w wieku 31, lat w NBA, a pod koniec sezonu nominowany był do nagrody Debiutanta Roku (miał wtedy 32 lata!).

W tym sezonie barwy Knicks reprezentuje debiutant, który ma za sobą występy w drużynach ligowych z Argentyny i Hiszpanii. Urodzony w 1977 roku – Pablo Prigioni. Na zawodowstwo przeszedł w 1995, a więc po 17 latach trafił do NBA, w wieku 35 lat!

Biorąc pod uwagę wszystkie, wymienione przeze mnie, kategorie debiutantów trudno powiedzieć kogo tak naprawdę można określić mianem rookie? Czy tych, którzy grali wcześniej w innych ligach w USA, czyli NBL, ABA, NBPL i PBLA ale nigdy nie zagrali meczu w tzw. major league – NBA? A może tych, którzy nie grali w żadnej z amerykańskich lig, pomimo tego, że grali zawodowo np. w Europie czy Ameryce Południowej? A może musi to być gracz, który ma za sobą tylko grę w high school i ewentualnie college’u? Jakie jest Wasze zdanie?

Zanim odpowiecie – przeczytajcie jeszcze historię kolejnego debiutanta.

Kiedy miał 11 lat, Horace Jenkins (ur. 1974) powiedział mamie, że będzie grał w NBA. Droga, którą obrał była trochę dłuższa niż to zazwyczaj bywa.

Najpierw sportem numer jeden był dla niego football. Potem, w wieku 10 lat, zainteresował się koszykówką. W liceum wchodził z ławki i zdobywał mierne 5 punktów w meczu. W college’u zdobywał średnio ponad 18 punktów na mecz będąc już w pierwszej piątce.

Na drugim roku musiał rzucić studia na rzecz syna, którego wychowywał pracując jako elektryk.

Ciężko porzucić swoje marzenia ale mój syn jest w tym momencie najważniejszy.

Kilka lat później powrócił do koszykówki. Zaczął grać w miejscowej lidze w Newark, gdzie zobaczył go Jose Rebimbas, trener Pioneers, z New Jersey. W ciągu trzech następnych sezonów Jenkins poprowadził Pioneers do dwóch Final Four, zdobywając przy tym trzy nagrody National Player of the Year (Division III).

W 2001, pomimo prognoz na pewny wybór w pierwszej rundzie draftu, Jenkins nie został wybrany w ogóle.

To był jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu…Przecież zrobiłem wszystko co powinienem… Może to test od Boga…

Przeprowadza się do Włoch, żeby zagrać w Aironi Novara. Potem dla Virtusu Roma. W 2003 podbija Grecję, gdzie rzuca po 20 punktów na mecz dla AEK Ateny. Tam zauważa go Joe Dumars, który przyjechał oglądać inny „prospect” – Adreasa Glyniadakisa.

W każdej akcji widzę tego gościa – jest superszybki, atakuje kosz, rzuca dużo punktów!

W lecie 2004 roku Jenkins dostaje zaproszenie od Pistons na rozgrywki w Summer League. Jego średnie to 8.2 pkt i 2.8 as. To wystarcza, żeby zagwarantować mu kontrakt na rok, 385 tys. dolarów.

Kiedy agent zadzwonił do mnie z tą wiadomością musiałem się zatrzymać na środku autostrady…Po prostu potrzebowałem chwili na to, żeby ochłonąć.

Początek sezonu, Horace rzuca średnio 3.7 pkt w 7.8 min. gry. „Jest coraz lepszy” – chwali go Billups.

Horace Jenkins, źródło: Sports Illustrated

Niestety w okolicach gwiazdki Jenkins ląduje na liście kontuzjowanych z najpopularniejszym orzeczeniem lekarzy w NBA – back spasms. 2 miesiące później słyszy plotki o tym, że ma być wysłany do Chicago Bulls. Później wielokrotnie, na przemian, wraca do gry i ląduje na liście kontuzjowanych.

Do NBA już nie wróci.

W 2005 podpisuje kontrakt z Hapoel Jerusalem, rok później z Efes Pilsen SK. Następne lata to powrót do Hapoel i znów do Włoch, tym razem do Climamio Bologna.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=XkYz6o9273k&w=585]

Horace Jenkins musiał czekać 11 lat, żeby dostać się do NBA. Widział mistrzowski baner, który wieszali Detroit Pistons na początku sezonu. Widział też Malice at the Palace. Widział jak Pistons kolejny raz dochodzą do finału.

Co by było gdyby nie musiał poświęcić czterech lat na rodzinę? Czterech lat swojego prime’u. Czterech lat, które ugruntowałyby jego pozycję w świecie koszykówki. Jedno jest pewne. On nie żałuje ani jednej decyzji z tym związanej. Jego marzenie, choć trwało krótko, spełniło się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *