Słońca zgasły w trzeciej kwarcie – Magic wygrywają po raz drugi!

Słońca zgasły w trzeciej kwarcie i… nie zaświeciły już do końca. Magic znokautowali rywala w drugiej połowie 69:38 i wygrali cały mecz 115:94 – mimo, że jeszcze na początku trzeciej odsłony Suns prowadzili nawet kilkunastoma punktami. Po niezłym początku przygasł Luis Scola (24-7-4), do którego i tak trudno mieć większe pretensje. Niezły mecz rozegrał ostatecznie Gortat (14 pkt., 7/12, 11 zb., 4 bl.), ale zbyt rzadko otrzymywał podania od partnerów. W ataku Suns w drugiej połowie widać było straszliwy chaos, gospodarzom zaś wychodziło niemal wszystko. 9/11 za trzy, 16/19 z wolnych i Big Baby grający jak lider drużyny (22-8-5). Ostre strzelanie urządzili sobie też Afflalo, Vucević, Moore i Reddick (razem 79 pkt.). Tylko 19 pkt. zdobyła ławka Suns, a jedynym graczem gości, który skończył mecz na plusie, był… Jermaine O’Neal, który wyróżnił się ponadto… trafieniem wszystkich czterech rzutów wolnych.

Phoenix są tym samym w tarapatach, tym bardziej, że już dzisiejszej nocy grają z Heat, Magic zaś nadspodziewanie dobrze weszli w sezon i we wtorkowym meczu z Bulls powalczą o trzecią wygraną.

Kiedy po pierwszej kwarcie efektownie i skutecznie grający w ataku Suns prowadzili w Amway Arena 33:26, a dobre zawody rozgrywali Luis Scola (11-4-3) i Marcin Gortat (6 pkt., 4 zb., 2 bl.) wydawało się, że najbardziej emocjonującym momentem wieczoru będzie oczekiwanie na założenie siatki do jednego z koszy między pierwszą, a drugą kwartą po tym, jak zerwał ją przy próbie wsadu… jeden z amerykańskich żołnierzy, których kilkuset zasiadło na trybunach. Z tego też powodu druga kwarta wystartowała z dwunastominutowym opóźnieniem, ale na graczach Suns nie zrobiło to większego wrażenia.
W drugiej kwarcie kontynuowali powiększanie przewagi i do przerwy prowadzili dziesięcioma punktami (56:46). Nic nie zapowiadało katastrofy także na początku trzeciej odsłony, kiedy to Suns trafili 5 z pierwszych 6 rzutów i prowadzili nawet 14 punktami. Wówczas na parkiecie zaczęły dziać się rzeczy niepojęte. Jak za dotknięciem magicznej różdżki (w końcu nazwa ekipy z Orlando zobowiązuje…) gospodarze włączyli najwyższy bieg i ruszyli do ataku. W ciągu kolejnych 12 minut dosłownie zmiażdżyli ekipę z Phoenix 37:9 wychodząc na początku czwartej kwarty na 17-punktowe prowadzenie. Gospodarzom w tym czasie wychodziło niemal wszystko – z dystansu rzucali z nieprawdopodobną skutecznością, nie myląc się w żadnej z pierwszych siedmiu prób, a w całym meczu trafiając aż 9 z 11 trójek (82%).
W tym czasie zupełnie przestała funkcjonować ofensywa gości – Suns trafili ledwie 5 z 28 rzutów (18%!), podejmując fatalne decyzje rzutowe i tracąc piłkę w prostych sytuacjach. Zniknął gdzieś Scola, niewykorzystywany był Gortat, absurdalne decyzje podejmował Beasley, a niewiele do gry wnosili zmiennicy, natomiast po drugiej stronie parkietu w rola lidera ekipy z Orlando coraz lepiej wczuwał się Glen Davis.
„Big Baby”, którego przed sezonem nikt poważnie nie traktował jako kogoś, kto mógłby poprowadzić Magic do play-offs, w całym meczu rzucił 22 punkty, miał 8 zbiórek, 5 asyst i 2 przechwyty i przede wszystkim imponował ogromną pewnością siebie Po odejściu Howarda do LAL i utracie Ryana Andersona wydawało się, że Magic zostaną bez lidera, tymczasem na takiego kreuje się, póki co skutecznie, właśnie Davis.

W czwartej kwarcie Magic kontynuowali stopniowe powiększanie przewagi, która ostatecznie wyniosła aż 21 punktów – gospodarze wygrali 115:94, w drugiej połowie pokonując rywala aż 69:38 rzucając na niesamowitej, 69% skuteczności. Tak bezradnej drużyny, jak Suns w drugiej połowie meczu, jeszcze w tym sezonie chyba nie oglądaliśmy. No, może poza Wizards w pierwszej kwarcie meczu z Celtics.
Wygrana Magic robi tym większe wrażenie, że oprócz braku Howarda i posiadania nie tylko 10 nowych zawodników w składzie i nowego trenera na ławce, niedzielny mecz zagrali również bez kontuzjowanych Hedo Turkoglu i Jameera Nelsona, choć w drugiej połowie ich braku zupełnie nie było widać.

http://youtu.be/A2HDZOInXXA

Najlepszym strzelcem gospodarzy był dość nieoczekiwanie rezerwowy J.J. Redick, który zdobył 24 punkty (choć, co ciekawe, żadnego w trzeciej kwarcie), trafiając 3 z 4 trójek i zaliczając jeszcze 6 asyst. Świetną formą błysnęli także Arron Afflalo (22 pkt.) i Etwaun Moore (15 pkt., 6 as., 3 zb., 3 prz.), którzy nie mylili się z dystansu – obaj trafili wszystkie trzy oddane przez siebie trójki.
Po tym, jak w pierwszej kwarcie obronę Magic co raz to szarpał Luis Scola (24-7-4 w całym meczu), do jego krycia trener Jacques Vaughn desygnował Nikolę Vucevicia, który nie tylko praktycznie wyłączył z gry Argentyńczyka, ale też wsparł partnerów w ataku (18 pkt. i 13 zb.).

W przekroju całego meczu nieźle przeciwko swojej byłej drużynie zaprezentował się Marcin Gortat, który zagrał 35 minut i znów przebywał na boisku najdłużej w drużynie.  Zanotował 14 punktów (7-12 z gry), 11 zbiórek (aż 7 w ataku) i aż 4 bloki (Suns mieli ich łącznie 10 – przy jednym Magic), ale zdecydowanie zbyt rzadko otrzymywał podania od partnerów. Widać to było szczególnie w czwartej kwarcie, kiedy rzucił 6 punków z rzędu po akcjach, które sam wypracował.
Niby 22 punkty zdobył Michael Beasley, ale zdecydowanie zbyt często podejmował fatalne decyzje rzutowe zamiast oddawać piłkę do lepiej ustawionych partnerów z zespołu. O postawie rezerwowych Suns natomiast trudno powiedzieć coś dobrego – rzucili raptem 19 punktów, a jedynym jasnym punktem wśród zmienników z Phoenix zdawał się być Jermaine O’Neal, który wyróżnił się trafieniem wszystkich 4 rzutów osobistych (z którymi Suns mieli zresztą spore kłopoty, trafili bowiem tylko 11 na 18).

Tak grający Suns mogą mieć nie tylko ogromne problemy z awansem do play-offs, ale też z uzyskaniem choćby przyzwoitego bilansu, natomiast skazywani na przeciętność Magic rozpoczęli sezon od dwóch wygranych i we wtorkowym meczu z Buls wcale nie będą bez szans.

Orlando Magic (2-0) – Phoenix Suns (1-2) 115:94 (26:33, 20:23, 40:20, 29:18)

ORL: J.J. Redick – 24 (3×3, 6 as.), Glen Davis – 22 (8 zb., 5 as.), Arron Afflalo – 22 (3×3), Nikola Vucevic – 18 (13 zb.), E’Twaun Moore – 15 (3×3, 6 as., 3 prz.), Andrew Nicholson – 5, Josh McRoberts – 5 (7 zb.), DeQuan Jones – 2, Kyle O’Quinn – 2, Gustavo Ayon – 0, Ish Smith – 0

PHX: Luis Scola – 24 (7 zb.), Michael Beasley – 22 (3×3), Marcin Gortat – 14 (11 zb., 4 blk.), Goran Dragic – 12 (8 as.), Shannon Brown – 6, Markieff Morris – 4, Jermaine O’Neal – 4, Jared Dudley – 3, Wesley Johnson – 2, Sebastian Telfair – 2, P.J. Tucker – 1, Luke Zeller – 0, Kendal Marshall – 0

4 komentarze

  1. saturn pisze:

    fajne, bo to było praktycznie spotkanie dwóch drużyn skazanych w obecnym sezonie na pożarcie.

    Miło patrzeć, że Orlando nie są na dnie, jak wszyscy przepowiadali, choć na pewno ten sezon nie będzie należał do najlepszych… No i Suns też jakoś sobie radzą, choć poukładanie gry bz Nasha zajmie im jeszcze miesiące.

  2. lordam pisze:

    Nikt w Suns po za Gortatem nie wie co to defensywa, to ile razy Scola był ogrywany przez Davisa i Vucevica woła o pomstę do nieba, ta dwójka większość ze swoich punktów zdobyła kiedy była pod „kryciem” Scoli, w ataku jest świetny ale w obronie masakra. Natomiast Gortat świetnie stopował raz po raz Davisa i Vucevica, powtórzę to po raz kolejny że najwięcej na odejściu nasha stracił Dudley

  3. GPRbyNBA pisze:

    Naprawde nie rozumiem czemu nie wykorzystywani są ani Gortat ani Nash. Nash jako najlepiej podający który miał napędzać drużyne z LA a Gortat jako gówny filar słońc. To dla mnie jest niepojęte. To tak jakby Ronaldo (czy Messi) miał być defensywnym pomocnikiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *