Grizzlies wyszarpali zwycięstwo w Oakland

Po porażce w pierwszym meczu z Clippers rozwinęła się dyskusja, czy bierność Grizzlies na rynku transferowym nie będzie ich gwoździem do trumny. Okazję do tego by uciąć te krytyczne opinie Niedźwiadki miały wczorajszego wieczoru, kiedy to w Oracle Arena byli podejmowani przez Golden State Warriors. Podopiecznym Marka Jacksona udało się wyszarpać zwycięstwo z Phoenix Suns, przez co atmosfera w drużynie mogła być zupełnie inna.

Należy przyznać, że porażka z drużyną z Miasta Aniołów nie była dla Memphis niczym ujmującym – w końcu Clippers to jedna z sił Konferencji Zachodniej. Bardziej dojmujące było to, w jakim stylu podopieczni Hollinsa przegrali to spotkanie. Znów było najbardziej widoczne to, co można było uznać za największą przywarę tego zespołu w ostatnich latach, czyli zbyt duże obciążanie wysokich graczy. Z drugiej strony, ciężko się temu jednak dziwić, w końcu trio wysokich z Tennessee należy do najlepszych w lidze, a obwód w dalszym ciągu pozostawia wiele do życzenia.

Spotkanie Grizzlies z Warriors było awizowane jako konfrontacja frontcourtów. Z jednej strony Rudy Gay, Zach Randolph i Marc Gasol, a z drugiej Harrison Barnes, David Lee i Andrew Bogut. Ciężko ocenić, który z nich ‘na papierze’ wygląda lepiej. Można jednak z czystym sumieniem stwierdzić, że na obecną chwilę bardziej wartościowy jest ten Grizz, gdyż ich dużym atutem jest zgranie i dobra współpraca.

Mecz rozpoczął się od mocnego uderzenia ze strony przyjezdnych i choć to Wojownicy zapunktowali jako pierwsi, to później tempo dyktowali już tylko gracze Hollinsa. Ciężko znaleźć wyróżniającą się postać w tej pierwszej odsłonie, ale najbardziej korzystne wrażenie sprawiał chyba Marc Gasol, który w swoim stylu raz za razem oszukiwał defensywę rywala. Wisienką na torcie można określić jego fantastyczne podanie do Rudy’ego Gaya, który sfinalizował tę akcję efektownym slam-dunkiem.

Pierwsza część meczu miała też swojego enfant terrible, którym został oczywiście nie kto inny jak Zach Randolph. Z-Bo, choć nieumyślnie, to jednak spowodował dwie kontuzje wśród zawodników gospodarzy. Najpierw bardzo groźnie wyglądającego urazu kolana doznał Brandon Rush, a później debiutant Festus Ezeli. Wprawdzie Ezeli w drugiej kwarcie wrócił do gry, ale za to Rusha czeka pewnie dłuższy rozbrat z basketem.

To, co warte wyróżnienia dla koszykarzy Marka Jacksona, to na pewno postawa Carla Landry’ego, który swoją zmianą wprowadził dużo ożywienia w poczynania Warriors. Po dobrym meczu z Suns, Landry po raz kolejny pokazał, że może być dla tego zespołu instant offense z ławki rezerwowych.  Ostatecznie jednak po pierwszej kwarcie wynik brzmiał 28-20 dla gości.

Z podobnym impetem Niedźwiadki weszły w następną odsłonę. Szybki run  10-4 i czternastopunktowe prowadzenie nie zapowiadały tego, że Wojownicy, przynajmniej przed przerwą, mogą nawiązać wyrównaną walkę z faworyzowanym przeciwnikiem. Nic bardziej mylnego, w pewnym momencie ekipa Memphis stanęła (co zresztą jest ich największą bolączką od co najmniej trzech sezonów) i pozwoliła na zdominowanie się przeciwnikowi.

Świetnym manewrem okazało się przestawienie Stepha Curry’ego na pozycję rzucającego obrońcy, przy prowadzeniu gry przez Jarretta Jacka. Curry w bardzo krótkim fragmencie tej ćwiartki rzucił dwanaście punktów z rzędu dla GSW i mecz praktycznie zaczynał się od początku. Warto wspomnieć, że Warriors wyszli w połowie drugiej kwarty na pierwsze prowadzenie od stanu 2:0.

Dla Grizzlies najbardziej niepokojące było to, że rytmu nie mógł odnaleźć Gay, który wprawdzie próbował, ale efektów z tego nie było. W ich zespole ciągle najbardziej równo grał duet Randolph-Gasol, uaktywnił się też Conley.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. Po skutecznej pogoni Warriors, oba teamy toczyły walkę punkt za punkt, jednocześnie nie odpuszczając żadnego fragmentu boiska. W pewnym momencie przyszedł jednak kryzys gry gospodarzy – świetnej skuteczności z drugiej części nie mógł złapać Curry, brakowało też punktów Thompsona, jedynie David Lee grał w tamtym momencie poprawnie.

Podziałało to motywująco na Grizzlies, którzy dzięki dobrej grze wszystkich swoich starterów uciekli aż na dwanaście punktów. Ogromny udział w tym runie miał Mike Conley, który dwukrotnie trafił zza linii 7,24 w przeciągu zaledwie dwóch akcji. To w połączeniu z rozgrywającym dobry mecz Gasolem i coraz lepiej odnajdującym się w Oracle Arena Gay’em wskazywało na to, że Memphis może wyjść z tej batalii zwycięsko.

Czwarta kwarta to już spokojna gra gości, którzy w pełni kontrolowali boiskowe wydarzenia. Wojownicy pomimo tego, że próbowali, to nie byli w stanie dojść Grizzlies na taką odległość, która byłaby dla nich niebezpieczna. Całkowicie zagubił się Steph Curry, nie najlepiej reagował na to, co dzieje się na parkiecie Jackson (pojawienie się Boguta po długiej przerwie).

Ostatecznie przyjezdni wygrali to spotkanie 104-94 i mogli cieszyć się z pierwszego triumfu w tym sezonie.  W następnym meczu, w poniedziałek, zagrają oni po raz pierwszy we własnej hali, gdzie przyjdzie im się mierzyć z Utah. Golden State zagra natomiast już dzisiaj, w Staples Center z Clippers.

Liderzy:

Warriors:

Punkty: Curry 26, Landry 20, Lee 16

Zbiórki: Lee 7, Landry 6, Curry 5

Asysty: Curry 7, Jack 6, Thompson 5

Przechwyty: Ezeli 2

Bloki: Ezeli 2

Grizzlies:

Punkty: Conley, Gasol 21, Gay 18

Zbiórki: Randolph 14, Gay 8, Gasol 6

Asysty: Conley 7, Gasol 5, Bayless 4

Przechwyty: Conley 5

Bloki: pięciu graczy po 1

Gracz meczu:

Mike Conley (Grizzlies) – Conley był tego wieczoru zdecydowanie najjaśniejszą postacią wśród Niedźwiadków. Pomimo tego, że każdy z pierwszej piątki wniósł coś od siebie do tego zwycięstwa, to jednak właśnie rozgrywający Memphis był w kryzysowych momentach podporą zespołu. Dwie arcyważne trójki w trzeciej kwarcie i dobre regulowanie tempa gry to największe zasługi Conleya. Przy okazji na plus trzeba zaliczyć występ rezerwowego playmakera Grizz Jerryda Baylessa, któremu całkiem sprawnie wychodziło rozgrywanie piłki w tym meczu.

Antybohater meczu:

Andris Biedrins (Warriors) – Naprawdę nie wiem, co ten gracz robi jeszcze w najlepszej lidze świata. Może nigdy nie był on wirtuozem koszykówki, ale czasach run’n’gunowych Warriors pełnił naprawdę ważną rolę w tym teamie. W obecnej chwili jest jednak tylko balastem dla całkiem nieźle rozwijających się GSW i chyba warto byłoby pomyśleć nad wysłaniem tego gracza, gdzieś w kosmos.

Powiedzieli po meczu:

„To naprawdę było straszne, całkiem wytrąciło mnie z równowagi. Martwi mnie to, mam nadzieję, że będzie wszystko ok.’ – Randolph o kontuzji Rusha.

„To był dla nas cios, kompletnie straciliśmy rytm’ – Mark Jackson o kontuzji Rusha.

„Jego reakcja mówiła wszystko’– Curry o kontuzji Rusha.

„Kolejna, ciężka batalia za nami. Chłopcy byli skupieni od początku do końca, tworzyli zespół i dzięki temu mogli stawić czoła wszelkim przeciwnościom tego meczu. To był mecz na wymianę ciosów’ – coach Grizzlies Lionel Hollins

‘Szczególnie ciężkim zadaniem było ograniczenie Curry’ego. Musieliśmy to zrobić, w przeciwnym razie to my schodzilibyśmy z boiska pokonani. To świetny gracz, który napędza całą grę Golden State. To była ciężka robota, ale udało się nam, musieliśmy włożyć w to mnóstwo pracy i trochę zwolniliśmy jego poczynania. Nie zastopowaliśmy go, ale ukróciliśmy jego zapędy’ – Rudy Gay

3 komentarze

  1. woy9 pisze:

    Jak na razie Warriors niczym specjalnym mi nie imponują, nawet mimo wygranej w pierwszym meczu. Zobaczymy co Mark Jackson wymyśli w spotkaniach z trudniejszymi rywalami?

  2. q69 pisze:

    no nie wiem czy „wyszarpali” to odpowiednie słowo, ja akurat skusiłem się na ten mecz bo derby L.A. mało mnie interesowały i byłem pod wrażeniem gry Memphis, tak właściwie poza jednym zrywem GS ze stanu 24:38 na 39:38 gospodarze nie istnieli. Nachalna gra na Curryego- który fakt, w pierwszej połowie mógł imponować skutecznością-baaaaardzo słabe wejście Boguta, przeciętny występ Lee. Barnes gra tak, że marzę by się znalazł chętny na wymiane nim w FL. Gracz meczu dla mnie Gasol- bardzo solidny w ataku, kilka ważnych zbiórek i przede wszystkim kapitalne asysty, o wiele efektowniejsze niż Conleya. Także Randolph to bestia na deskach, choć punktowo jakość szczególnie nie zachwycił. Gdyby nie pozostawiająco dużo do życzenia gra rudego Geja to Memphis spokojnie wygrałoby ten mecz 15-20 punktami.

  3. q69 pisze:

    fakt, Landry bardzo dobrze zagrał, choć-jeśli dobrze pamiętam a nie chce mi się sprawdzać- przeciętnie mu szło z lini rzutów wolnych. Podobał mi się też mimo wszystko Jack, ale ja to mam chyba słabość do solidnych rozgrywających, którzy stawiają rzemiosło ponad artyzm, więc mogę być w tej kwestii nieobiektywny:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *