Bulls zwycięzcy na dwóch frontach

To była noc, w której każdy fan Chicago Bulls mógł zdać sobie sprawę, jak ciężko będzie kibicować Bykom grającym koszykówkę nie finezyjną, nie pełną cross-overów i kosmicznych asyst, lecz pragmatyczną, z wykorzystaniem każdego gracza na parkiecie i bez nutki improwizacji w stylu Derricka Rose’a.

Trudno, Byki znalazły sposób, aby zniwelować straty wynikające z braku Rose’a już w minionym sezonie. Z Kapitanem Kirkem na jedynce, Sierżantem Dengiem i kilkoma ważniejszymi i mnie ważnymi elementami rotacji Toma Thibodeau – Chicago Bulls mogą w tym sezonie walczyć o fazę rozgrywek posezonowych.
Rozgrywki rozpoczęli od zwycięstwa z Sacramento Kings (93:87) i choć nie było to widowisko przyjemne dla oka – zarówno fani Kings, jak i Bulls mają pewne podstawy, aby wierzyć, że im głębiej w sezon, tym coraz lepiej.

Bulls wygrali to starcie głównie dzięki poświęceniu w czwartej kwarcie Carlos Boozera i Luola Denga. Dla obu panów to spotkanie układało się zupełnie inaczej. Reprezentant Wielkiej Brytanii podczas letniej przerwy miał przejść operację nadgarstka, w którym miał problemy z więzadłem jeszcze podczas rozgrywek 2011/2012. Ostatecznie wybrał grę na Igrzyskach i pod nóż nie poszedł, deklarując, że czuje się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Tej nocy był jednak zardzewiały. Trafił zaledwie 3/13 FG, 4 razy pudłował zza linii trzech, miał 7 punktów, 12 zbiórek, 2 asysty i aż 4 straty. Przy czym statystyki te śrubował przede wszystkim w czwartej kwarcie.

Gospodarze przed ostatnią odsłoną prowadzili sześcioma punktami. Kings wyraźnie podbudowani lepszą postawą w końcówce trzeciej kwarty chcieli kontynuować run. Optymistyczny plan legł w gruzach, gdy piłkę w rękach dłużej niż 3 sekundy trzymał DeMarcus Cousins. Środkowy o ogromnym potencjale, który wychodził na obwód i rozciągał obronę Byków, był również jednym z najmniej bystrych graczy na parkiecie, co mocno wpłynęło na egzekucję Sacramento Kings. Popełnił 7 strat, próbował rzucać z dystansu, przez co Keith Smart dostawał białej gorączki i zamiast starać się grać w post-up z Joakimem Noah, nie wiedząc jak poradzić sobie z Francuzem oddawał piłkę, co najczęściej kończyło się kontrą Byków.

Z 21 strat Sacramengo Kings, Chicago Bulls zrobili 25 punktów. To powinno dać gospodarzom znacznie większą przewagę, ale niska skuteczność ciążyła dzisiaj chłopakom Toma Thibodeau. Trafili zaledwie 2/9 3PT i byli 42% z gry. W pierwszej kwarcie, dzięki rzutom z dystansu Tyreke Evansa i Isaiah Thomasa – Kings trzymali Bulls na smyczy. Kryzys nadszedł na początku trzeciej kwarty, gdy gospodarze zaliczyli run 12-2. Byli w stanie to zrobić dzięki dobrej egzekucji w ofensywie wcześniej przygotowanych zagrywek, ze ścinającym Richardem Hamiltonem albo rzutach catch’n’shot zazwyczaj po dwóch zasłonach. Takie zagrania w przypadku Thibsa, który jeszcze zbiera szlify w swoim ofensywnym rzemiośle, są na porządku dziennym.

Goście odpowiedzieli poprzez Tyreke Evansa, który grał z silnym pragnieniem pokazania, iż zasłużył na nową umowę. Tej ostatecznie nie dostał, ale pozostało mu jeszcze co najmniej 81 spotkań, aby podbić swoją wartość na rynku wolnych agentów. Jeżeli będzie grał tak, jak w meczu przeciwko Bykom, to z pewnością może liczyć na duże zainteresowanie. Bardzo dobrze oglądało się jego pojedynek ze świetnym obrońcą – Luolem Dengem. Choć rzadko grali 1-na-1, to niemal cały czas toczyli rywalizację o każdy metr parkietu. Evans zakończył spotkanie z dorobkiem 21 punktów, 8 zbiórek i 3 asyst, będąc liderem Kings.

Skoro mówimy o liderach. Joakim Noah spędził na parkiecie 40 minut i w tym czasie trafił 6/12 FG, w tym 4 kluczowe rzuty osobiste w końcówce czwartej kwarty, miał 12 zbiórek, 3 asysty, 5 przechwytów i 3 bloki. Obok Jamesa Hardena był to najwszechstronniejszy występ tej nocy. Francuz jest bestią, a Bulls cieszą się, że nie muszą grać przeciwko takim zawodnikom.

Nie bez powodu w tytule napisałem, że Chicago Bulls zwyciężyli na dwóch frontach. Po zakończeniu spotkania z Sacramento Kings, Gar Forman – Generalny Menadżer Chicago Bulls, potwierdził, że zespół doszedł do porozumienia z agentem Taja Gibsona i zawodnik pozostanie w zespole na kolejne cztery lata za 38 milionów dolarów. Kwota wzbudza w tym wypadku najwięcej dyskusji, ponieważ według ekspertów nie jest adekwatna do tego, co Taj faktycznie wnosi do gry zespołu. Lepszy kontrakt od niego dostał chociażby DeMar DeRozan – gracz, który sam był zdziwiony tak lukratywną ofertą od Toronto Raptors.

4 komentarze

  1. GPRbyNBA pisze:

    Naprawde dziwnie mi sie ich oglądało a przeciez to prawie ten sam trzon zespołu.
    Deng niestety nadal nie jest wyborowym strzelecem ale to wiadomo dlaczego. Oby nadgarstek nie dał o sobie znać w środku sezonu.
    Widać było też czemu Boozer może nie doczekać sie amnestii. Jaki by on nie był w obronie i jaki by on nie był przepłacany to we większości meczy widac że to właśnie on ma najlepiej ustawiony celownik z całego zespołu Byków. Taj jest dobry, jest waleczny, energetyczny i dobry w obronie jednak jeszcze długo nie będzie miał skuteczności Booza.

  2. sopranos11 pisze:

    Brawo Bulls. Nie ma Rose’a, ale jest Chicago. Ale eksperci od pięciu boleści nadal będą się zastanawiać czy Bulls aby na pewno do 8 wejdą czy jednak będą za najgorszą druzyną w historii czyli Bobcats…

    • Adrian89 pisze:

      nie to że zastanawiam się nad ich awansem. Ale nawet jeśli ktoś się zastanawia to wygrana u siebie z Kings to jakiś sprawdzian był? mi się wydaję że nie.

    • sopranos11 pisze:

      Nie chciałem nikogo urazić :) Tylko spisywanie Bykow na straty jest delikatnie przesadzone :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *