QN&T: Wilki mają siłę, o jakiej Wam się nie śniło!

Po wakacyjnej przerwie wracam z cyklem „Quick Notes & Thoughts” i w krótkich postach będę starał się przybliżać Wam ciekawych, moim zdaniem, graczy czy też statystyczne obserwacje, na które nie zawsze zwraca się uwagę.

Tą edycję poświęcę na dobre rzeczy, które czekają sympatyków Minnesota Timberwolves w przyszłym sezonie. Dlaczego? Okazuje się, że „Leśne Wilki” pod koszami są jeszcze silniejsi, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Może nawet nie śniło Wam się, jak momentami nokautują konkurencję.

 

O wkładzie Kevina Love’a  w ofensywę zespołu z Minneapolis nie trzeba robić wykładów. To zdanie mówi wszystko: od momentu powstania organizacji Minnesota Timberwolves w 1989 (to np. wcześniej, niż się urodziłem), w klubie tym nie było ani jednego zawodnika, którzy osiągnąłby granicę 50 punktów oprócz niego. Nawet Kevin Garnett podczas najlepszego występu w życiu rzucił ich „tylko” 47.

Kevin Love w poprzednim sezonie zanotował ich aż 51, i to przeciwko finalistom NBA. Można sobie narzekać, że dwie dogrywki, ale fakt pozostanie faktem – Love może być najlepszym STRZELCEM, jaki kiedykolwiek przywdziewał uniformy tego klubu. Warto też dodać, że jest podkoszowym, więc siłą rzeczy nie przebywa na obwodzie tyle, co inni, klasyczni strzelcy.

Wydaje się, że podstawową siłą w szerokim ofensywnym arsenale…(brakuje mu pseudonimu, niedługo wymyślimy konkurs, aby go wymyślić!!!) Kevina Love’a są rzuty za trzy. Według oficjalnych statystyk z poprzedniego sezonu trójki stanowiły zaledwie 22% wszystkich punktów zdobywanych przez niego w tym okresie i warto pamiętać, że „trójki” to 50% więcej w takim współczynniku, niż pozostałe kosze z gry (i 200% rzutu wolnego). W wygranych (24,7%) Timberwolves udział trójek jest nieco większy, niż w porażkach (19,8%), z czego można wysnuć wniosek, iż ta drużyna potrzebuje jego gry na obwodzie – wtedy gracze w stylu Derricka Williamsa czy nawet JJ Barei mogą swobodniej wchodzić pod kosz, jeżeli Love chwilowo wciela się w stretch forwarda czy podczas nietypowych rozwiązań screen game z rozgrywającymi, kiedy to on może zaskoczyć przeciwnika rzutem zza łuku.

Największą jednak część punktów, bo ponad połowę, stanowią w jego przypadku rzuty za dwa. Spośród 26,0 „oczek”, które dały mu miejsce w ścisłej czołówce NBA, aż 13,3 stanowiły rzuty dwupunktowe. Z czego prawie połowa była rzutami po ponowieniach! Skąd to wiemy?

Kevin Love w cuglach wygrał w poprzednim sezonie klasyfikację second chance points, która możemy lużno tłumaczyć jako punkty z ponowienia. Oznacza to, iż ponad 5 punktów w meczu podkoszowy T-Wolves zdobywał po dobitkach czy też ofensywnych zbiórkach. To, że zbieranie jest jedną z jego najmocniejszych stron wiemy już od dawna. Wszak kto ostatnio zanotował mecz na poziomie 31-31? Na pewno nie Dwight Howard, Ben Wallace czy Shaquille O’Neal, tylko sympatyczny drwal po UCLA. W tym elemencie gorszy już nie będzie, co przynosi drużynie wymierne korzyści w postaci niemal 3 koszy na mecz zdobytych z ponowień.

Czemu tak uparłem się na tę akurat statystykę? Dochodzimy do sedna artykułu i odpowiedzi. Otóż kolejne miejsca w tej klasyfikacji zajęli DeMarcus Cousins (4,5) – co raczej nie powinno nikogo dziwić – oraz…Nikola Peković! Czarnogórzec do 5,3 punktu Love’a dokłada kolejne 4,0. Tym samym dwóch startowych podkoszowych Timberwolves znajduje się na trzech pierwszych miejscach klasyfikacji statystycznej w jednej z najbardziej wyrównanych sportowych lig świata. Wyobraźcie sobie, że w trójce najlepszych strzelców NBA jest dwóch graczy z tego samego klubu…Szaleństwo (tak, wiem, Russell Westbrook…).

Sumując, „Leśne Wilki” zdobywały tylko dzięki swojemu front courtowi i tylko za pomocą rzutów drugiej szansy 9,3 punktu na mecz, co stanowi niemal 10% przeciętnej zdobyczy drużyny NBA w całym meczu!

Są to liczby niebotyczne i w sumie „strach się bać” wycia wilków w nadchodzącym sezonie, w którym rytm ułożony jest już normalnie, nie ma lokautu i niepewności, jest miejsca na fizyczne poprawienie się dla takich pracusiów jak Peković (który odpuścił reprezentację) i Love. Co więcej, wkrótce wróci rewelacyjny Ricky Rubio, a coraz lepiej na treningach wygląda nie kto inny, jak Brandon Roy. Dokładając kogokolwiek w piątce, drużyna tam MUSI być groźna dla każdego.

Generalnie można mieć zarzuty do wskaźnika „second chance points”, zarzucając np. że udział tego duetu w zbiórce nie jest tak duży lub to zasługa pozostałych graczy na parkiecie, że „drużyna zyskuje następne posiadanie”, bo taka jest przecież jego definicja. Nie chcę mi się jednak wierzyć w przypadkową zbieżność w tej sytuacji i obecność tych konkretnych graczy w czołówce, bo obok znaleźli się między innymi Cousins czy choćby Blake Griffin. Między nimi naprawdę jest synergia, widoczna chociażby w powyższym „9,3”.

Swoją drogą chciałbym zobaczyć wojnę na deskach duetu Love/Peković z podobnymi dinozaurami z Memphis, Los Angeles czy Oklahomy. Zachód będzie w przyszłym sezonie DUŻĄ konferencją.

Czy możliwy jest renesans wartości klasycznych podkoszowych? Coraz częściej słyszy się o tym, że NBA będzie szła w kierunku small ball, więc trudno powiedzieć, ile w przyszłości zobaczymy jeszcze takich duetów jak Love/Peković. Póki co, oglądajcie tych żarłaczy w akcji, delektujcie się nieziemskim zastawianiem i rozpychaniem łokciami jak w latach 80’ za czasów „Bad Boys” z Detroit, bo nasze dzieci mogą już nie mieć takiej szansy.

bartek

Łowca burz.

5 komentarzy

  1. McTimberwolves pisze:

    Ja to widzę tak: Ridnour( zanim wróci Rubio), JJ barea( Bradzo lubie Roya ale nie wydaje mi się by Adelman dał mu od początku grać w podstawie) na SF bym stawiał na Kirilenke, Reszta wiadomo. Najgorzej wygląda SG gdzie mają tylko Roya który nie wiadomo jak to będzie grał po powrocie i Szweda także srednio go widzę na początku. Jak dla mnie pomyłką jest zatrudnienie Budingera jakos go nie trawię ogolnie

  2. Jakub Szefler pisze:

    Ksywa dla Lova Wielka Stopa
    Mc jest jeszcze Malcolm Lee na Sg

  3. Byłem na meczu Timberwolves w poprzednim sezonie, goscili u siebie Detroit Pistons. Pierwsza i druga kwarte przegrali kilkunastoma punktami. Natomiast w drugiej polowie, wlasnie dzieki „second chance points” Love’a i wpuszczonego Pekovica zaczeli odrabiac straty i w polowie czwartej kwarty wyszli na prowadzenie. I dokladnie tak to wygladalo – „strach sie bac” tego co maja pod koszem, a wlasciwie juz mieli w poprzednim sezonie. Zbiorki po obu stronach parkietu sa ich mocna strona, Pekovic moze nie jest esencja finezji i mobilnosci ale wie jak sie „ustawic i zastawic”.
    Btw, Wielka Stopa jako nowy nickname Love’a to bardzo dobry wybor. Stawiajac moj „kajak” 50.5 obok jego, pocieszylem sie, ze jednak niektorzy maja jeszcze gorzej ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *