Michael i jego kolana, Redd.

Autorzy: Karminadel & MAC

Przerażające jak kontuzje mogą pokrzyżować nam karierę. Czasem nie dbając o własne ciało sami narażamy się na urazy, czasem po prostu nasz organizm nie wytrzymuje przeciążeń gry czy rywalizacji sportowej. Kiedy na zawodowe parkiety trafia gwiazda tuż ze szkoły średniej lub uczelni, często wszyscy wróżą jej niesamowitą karierę. Ile zdobędzie tytułów mistrza, ile statuetek MVP, kogo jest w stanie prześcignąć w średniej punktów w karierze itp. Zawsze w takich sytuacjach mówimy – powoli, przecież jeszcze nie zagrał jednego meczu, albo dajmy mu czas, co najmniej 2 sezony. Poczekajmy z robieniem z niego gwiazdy, króla. Niestety znamy przypadki, kiedy karierę zmarnowała kontuzja, powtarzający się uraz, nie pozwalał nam ujrzeć ile dany gracz jest naprawdę warty. Takich grajków było wielu, znamy ich czy to z zawodowych parkietów czy to z własnych podwórek… Dziś o jednym z nich.

W ostatnim czasie przekonali się o tym tak wybitni koszykarze jak Brandon Roy (teraz ma nadzieję, że wróci do pełni sił i pokarze nam jeszcze swój koszykarski kunszt) czy Yao Ming. Jakiś czas temu niemal wszyscy skreślili już całkowicie Michaela Redda, ale okazuje się, że trochę za wcześnie.

Obrońca został wybrany dopiero z 43 numerem w drafcie 2000 przez Milwaukee Bucks. Ta decyzja okazała się jednak „strzałem w dziesiątkę”. Debiutancki sezon miał jeszcze słaby, ale od 2001/2002 „Kozły” miały z niego sporo pożytku. W swoim najlepszym czasie Redd potrafił notować nawet 26.7 punktów na mecz (sezon 2006/2007). Grał w Meczu Gwiazd 2004 oraz zdobył złoty medal z reprezentacją USA na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie 2008. Bez wątpienia nietuzinkowy gracz.

Michael Redd jest jednym z ‘tych’ pechowców. Pisząc o graczach z „najczystszym” rzutem wymieniamy Jordana, Millera, Allena, a przecież wiemy jakiej miary jest on strzelcem, jak potrafi ukłuć obronę rywala! Jak świetnie ma on ułożony rzut. Niemal dwa lata temu, a dokładnie 10 stycznia 2009, w meczu przeciwko Lakers, odnowiła mu się po raz kolejny kontuzja zerwania więzadła w kolanie, która pozwoliła mu zagrać raptem 33 mecze w sezonie 08/09 i 18 gier w 09/10. Wielu sądziło wówczas, że był to jego ostatni mecz w karierze, że nie podniesie się już po takim urazie.

Tylko dwukrotnie w swojej karierze rozegrał pełny sezon, a od sezonu 2007/2008 to jest wręcz tragiczna równia pochyła. Powroty na boisko byłyby dla niego chwilą relaksu w przerwie od odwiedzania gabinetów lekarskich. W sezonie 2010/2011 rozegrał zaledwie 10 spotkań. Wtedy większość postawiła na nim krzyżyk. Zapisano Redda do grupy zawodników, którzy mieli wielki potencjał i boleśnie przegrali z kontuzjami.

Tymczasem pojawiały się informacje o tym, że Redd koniecznie chce wrócić do gry. Wreszcie informacje stały się faktem i na przełomie grudnia oraz stycznia Phoenix Suns podpisali z nim kontrakt. Na parkiet wrócił 12 stycznia 2012 roku i w meczu z Cleveland Cavaliers rzucił 12 punktów. To był pierwszy jego mecz od kwietnia ubiegłego roku. W kolejnych meczach było raz lepiej, a raz gorzej. Dopiero ostatnio przyszło pewne ustabilizowanie formy. Ostatnie pięć spotkań to następujące zdobycze punktowe Redda: 16 pkt (niecałe 16 min), 19 pkt (22 min), 15 pkt (16 min), 23 pkt (26 min), 13 pkt (21 min). Ostatni raz co najmniej pięciomeczową serię z minimum 13 punktami na koncie miał 3 lata temu. „Słońca” zanotowały w tych ostatnich meczach bilans 4-1. Zdobycze punktowe na pewno nie na poziomie gwiazdorskim, ale jak na rezerwowego to bardzo dobry wynik. Dodatkowo jeszcze należy zwrócić uwagę na niezbyt wysoką liczbę minut.

Redd to taki typowy strzelec, który wchodzi na parkiet, robi swoje i schodzi. Nie można oczywiście od niego zbyt wiele wymagać.

Trzymamy kciuki za kilka wielkich spotkań w wykonaniu zawodnika, gdyż fani basketu nie lubią, kiedy kontuzje niszczą ciekawych sportowców. Co byłoby gdyby dziś regularnie występował Redd? Kiedyś, na spółkę z Bogutem i Jenningsem byliby naprawdę o niebo lepsi niż dzisiejsi Bucks. Całą karierę był związany właśnie z Milwaukee – jednak kontuzje i przerywana kariera zmusiła go do szukania pracy w innych miejscach jak Phoenix (obecnie jest bezrobotny). Kibice w Bradley Center nadal go kochają i pamiętają o nim. Zwłaszcza, że w pamięci mają jeden z takich meczów.

11. listopada 2006 jego Bucks grali u siebie z Utah Jazz. Po trzech kwartach „Kozły” przegrywały już 17-stoma punktami do gry zagrzał ich właśnie Redd. Trafił kilka ważnych rzutów na spółkę z Rubenem Pattersonem i doprowadził do wyrównanej końcówki. Wtedy po raz kolejny dał o sobie znać pech Michaela, Bucks przegrali tamto spotkanie na samym finiszu a Jazz popsuli mu „carrer high”. Był to najlepszy mecz w karierze Michaela Redda (57 pkt,18/32 z gry,6/12 za trzy).

 Michael Redd 24 sierpnia kończy 34 lata.Happy Birthday Mike;-)

5 komentarzy

  1. lordam pisze:

    Kapitalny shooter, moim zadniem Suns powinni go jeszcze zakontraktować na pewno za dużo by mu nie zapłacili a mieli by kolejnego na pozycje 2 , choć troche było by tłoczno, Brown dudley johnson, beasley i Redd.

  2. REDO pisze:

    mam jego koszulkę, sentyment na zawsze ; )

  3. gratek pisze:

    Imho nie można do końca jego sytuacji porównywać np. do Roya. Redd swoje 5 minut miał i zaczął się „sypać” około trzydziestki, gdzie spora część koszykarzy łapie już naturalny regres.

    • lordam pisze:

      Pewnie jednak przy jego stylu gry mógł spokojnie jeszcze pograć 2-3 sezony na 20ppg

  4. dobry85 pisze:

    Bardzo zastanawiająca dla mnie jest sytuacja, że MIchael wciąż pozostaje bez klubu. To już oczywiście nie jest all-star z przed kilku lat, ale co udowodnił w ubiegłym sezonie nadal bardzo wartościowy zmiennik. Czyżby znowu jakieś problemy ze zdrowiem, które nie przedostały się do szerszej opinii publicznej? Przecież taki zdrowy grajek przydałby się w połowie klubów NBA. Jestem baaaardzo zdziwiony jego aktualnym statusem na rynku pracy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *