Zapowiedź IO – Argentyna

Pod nieobecność swojej drużyny futbolowej, która podczas dwóch ostatnich Igrzysk Olimpijskich koncertową grą zapewniała sobie złote medale, to właśnie koszykarska reprezentacja Argentyny powinna być oczkiem w głowie kibiców z tego kraju. Pomimo tego, że reprezentacja Albicelestes w ostatnich latach znacznie się postarzała to z całą pewnością będzie zaliczana do grona faworytów w walce o medale. Może nie ten z najcenniejszego kruszcu, bo on raczej z góry zarezerwowany jest dla Amerykanów, ale srebro, czy brąz są już jak najbardziej w zasięgu Argentyńczyków.

 

Nadzieje wszystkich fanów Manu Ginobiliego i spółki na pewno nie są bezpodstawne, w końcu w ostatnich latach koszykarska reprezentacja Argentyny należy do bezspornie najmocniejszych na świecie, czego jasnym dowodem jest fakt przywożenia przez nich medali z dwóch poprzednich Igrzysk. W Atenach podopieczni Rubena Magnano stanęli na najwyższym stopniu podium, co słusznie uznawane jest za ich największy sukces w historii. Zaś cztery lata temu ekipa Sergio Hernandeza wywalczyła solidną trzecią lokatę i przywiozła z Pekinu brązowe krążki.

 

Oczywiście w ramach rzetelności dziennikarskiej i chęcią przybliżenia mniej zorientowanym fanom basketu historii tych wiekopomnych występów argentyńskiej kadry, należy sięgnąć pamięcią do tych, najwspanialszych na razie dla biało-niebieskich chwil związanych z Olympic Games.

 

Już przed startem zmagań w Atenach kadra Rubena Magnano była zaliczana do grona faworytów całych rozgrywek. W owych czasach skład Argentyńczyków wprost najeżony był gwiazdami nie tylko europejskiego formatu, ale i jak w przypadku Manu Ginobiliego formatu absolutnie światowego. Warto wspomnieć o tym, że całą dwunastkę wybrańców ‚narodu’ tworzyli wtedy gracze występujący w najsilniejszych europejskich klubach, ba nie tylko występujący, ale tworzący ich trzony i kręgosłupy. Luis Scola i Andres Nocioni z Tau Ceramica Vitoria, Carlos Delfino ze Skippera Bolonia, Walter Herrmann z Unicai Malaga to gracze, którzy w późniejszym czasie mocno zaznaczyli również swoją obecność w najlepszej lidze świata, czyli NBA.

 

Argentyńczycy w grupie trafili na bardzo wymagających rywali i było wiadomo, że każda konfrontacja może tutaj mieć niebagatelne znaczenie w kontekście nie tylko awansu do dalszych gier, ale i korzystnego rozstawienia w dalszej fazie rozgrywek. Wszystkim bowiem zależało na tym by jak najdłużej unikać w swojej drabince Amerykanów, którzy jak zwykle byli uważani za bankowego faworyta do złota.

 

Olbrzymie znaczenie dla Albicelestes miał mieć pierwszy mecz grupowy toczony z Serbią i Czarnogórą powszechnie uważaną za drugą siłę Igrzysk. Było wiadomo, że zwycięstwo w meczu otwarcia z takim rywalem może  natchnąć drużynę i niejako utorować im drogę do awansu do dalszych gier. Ostatecznie po horrorze udało się Argentyńczykom zwyciężyć w tym meczu i pierwsza przeszkoda na ich drodze została pokonana.

 

W drugim spotkaniu gracze Magnano trafili na równie wymagającego rywala, jakim byli Hiszpanie i tym razem nie udało się już zwyciężyć, co nieco nadwątliło wiarę w siebie i własne umiejętności tegoż zespołu. Kolejnym rywalem byli Chińczycy, którzy pomimo tego, że uważani byli za rywala dość egzotycznego, to jednak ich lekceważenie dla wielu zespołów okazywało się już gwoździem do trumny. Na całe szczęście Argentyńczycy podeszli do tego meczu z odpowiednią koncentracją i szacunkiem do umiejętności przeciwnika i dzięki temu pewnie wygrali.

 

Czwartym meczem Manu i spółki był pojedynek z Nową Zelandią. Wydawało się, że opromienieni kolejnymi sukcesami Argentyńczycy nie mieli prawa przegrać tego meczu. Boisko okazało się jednak weryfikować przedmeczowe oczekiwania i aby ostatecznie zatriumfować w tej rywalizacji koszykarze Magnano musieli się bardzo natrudzić.

 

Po zwycięstwie z Nową Zelandią pewne było już, że Argentyna na pewno wyjdzie z grupy. O tym, z którego miejsca będzie to awans miał zadecydować ostatni mecz z niewygodnym przeciwnikiem, jakim z całą pewnością była (i ciągle jest) Italia. Ulubieńcy fanów z Buenos Aires, La Platy i całego kraju zafundowali swoim kibicom kolejny dreszczowiec – tym razem bez happy endu, bo ostatecznie schodzili oni z meczu z Włochami jako drużyna pokonana.

 

Zmagania w swojej grupie Argentyńczycy zakończyli więc na trzecim miejscu (porażka z Włochami spowodowała, że to Italia wyszła rozstawiona jako druga) i w ćwierćfinale ich rywalem był teoretycznie mocniejszy rywal z grupy B, czyli w tym przypadku Grecy. Po dobrym spotkaniu ekipie Albicelestes udało się jednak pokonać tę przeszkodę i wtedy było już wiadomo, że są oni zaledwie o jeden mały krok od medalu.

 

Na nieszczęście dla Ginobiliego, Scoli, Nocioniego i ich kolegów kolejną drużyną, która stanęła na ich drodze po splendor byli Amerykanie. Niewielu było takich, którzy wróżyli Argentynie zwycięstwo w tym meczu i awans do finału. Ci, którzy jednak przedwcześnie skreślili podopiecznych Magnano srogo się rozczarowali – Argentyna po jednym z najpiękniejszych meczów w historii Igrzysk Olimpijskich pokonała murowanych faworytów i dzięki temu byli oni o krok od wymarzonego, olimpijskiego złota.

 

W finale na Argentynę czekała reprezentacja Włoch. Nadarzała się więc świetna okazja do rewanżu za przegraną w meczu grupowym, kiedy to ulegli oni drużynie Carlo Recalcatiego. Powszechnie to właśnie Argentyńczycy uznawani byli za faworyta tego meczu, w końcu w pokonanym polu zostawili oni wielkich Amerykanów. Ulubieńcy argentyńskich fanów basketu nie zawiedli oczekiwań i pewnie pokonali Italię w stosunku 84-69. Szesnaście punktów Manu i run w czwartej kwarcie 12-1 wydatnie się do tego sukcesu przyczyniły.

 

Kolejne Igrzyska znów przyniosły Argentynie spory sukces w postaci brązowego medalu. Nie będę przedstawiał ich losów krok po kroku, ale warto odnotować, że centrum drużyny pozostało właściwie nietknięte – wciąż o jej obliczu stanowili bowiem dobrzy znajomi, czyli Ginobili, Scola, Nocioni, Oberto, czy Delfino, dodatkowo wspomagani Pablo Prigionim. Ekipę do sukcesu poprowadził za to nowy trener – Sergio Hernandez. Sukces zespołu mógłby być bardziej spektakularny, gdyby już w półfinale nie trafili oni na Redeem-Team, czyli naszpikowaną największymi gwiazdami światowego basketu reprezentację Stanów Zjednoczonych, która przyjechała do Pekinu odkupić swoje ‚winy’. Z całą pewnością podopieczni Hernandeza nie byli bowiem słabsi od Hiszpanów i w potencjalnym półfinale z nimi mogli oni nawiązać równorzędną walkę.

 

  • O co gramy?

 

Cel jest jasny – Argentyńczycy znowu chcą zdobyć medal. I z całą pewnością graczy Lamasa stać na takie osiągnięcie. Najważniejszymi zawodnikami drużyny Julio Lamasa dalej będą nasi dobrzy znajomi – Manu Ginobili, Luis Scola, Andres Nocioni, Carlos Delfino i Pablo Prigioni. Ta piątka praktycznie od dekady nie ulega żadnym przeobrażeniom, więc można przewidywać, że ich atutem będzie zgranie i doświadczenie na wielkich imprezach. W drużynie panuje spokój, harmonia i niezła atmosfera, która teraz dodatkowo może tylko się poprawiać – w końcu całkiem niedawno Argentyna zagrała bardzo dobry mecz przeciwko Amerykanom i choć ostatecznie uległa Dream Teamowi to jednak zostawiła po sobie korzystne wrażenie.

 

Z drugiej jednak strony czas płynie nieubłaganie i dzisiaj każdy z liderów kadry ma mocno powyżej trzydziestki na karku (wyjątkiem jest Delfino, który do trzydziestki dopiero dobiega). Wiek i zmęczenie materiału na pewno może mieć znaczenie w meczach z drużynami atletycznymi, które będą miały znaczną przewagę siły nad nieco wysłużonymi zawodnikami argentyńskimi.

Poza tym czynnikiem, który może stawiać tę reprezentację w niekorzystnym świetle jest fakt, że poza tą piątką Lamas nie ma tak naprawdę koszykarzy działających na wyobraźnię przeciwników. Rezerwowi są w większości tak samo doświadczeni jak gracze pierwszego frontu, z tymże nie dorównującymi im w żaden sposób sportową klasą. Co ważne Argentyńczykom brakuje też centymetrów, aby skutecznie walczyć z drużynami takimi jak Francja, czy Hiszpania, które pod koszem są wyjątkowo mocne.

 

Pomimo tych wszystkich wad i niedostatków Albicelestes znów będą groźni, co pokazał rozegrany dosłownie przed chwilą mecz z Litwą, w którym to zmietli oni, wydawać by się mogło bardziej wyrównany i dużo bardziej atletyczny zespół naszych sąsiadów z powierzchni ziemi. Duże zadanie Lamasa tkwi więc w tym, aby jak najbardziej umiejętnie szafował on siłami swoich graczy i sprawiał by ich cwaniactwo, spryt i po prostu wielkie doświadczenie boiskowe brały górę nad rozpaloną fantazją rywali.

 

  • Gwiazda

 

Niezmiennie, od lat, największą gwiazdą ekipy grającej w charakterystycznych pasiastych barwach jest Manu Ginobili. Koszykarz, który jako jeden z nielicznych osiągnięciami z rozgrywek Euroligi dorównuje tym zdobywanym za Oceanem. Zazwyczaj bowiem jest tak, że ‚europejscy’ gracze, którzy robią furorę w Stanach trafiają do NBA w bardzo młodym wieku i tam są kształtowani jako potencjalni gracze ligi. Z Manu jest inaczej, trafił on do organizacji Davida Sterna już jako oszlifowany diament, który z Kinderem Bolonia zdobył w Europie wszystko, co tylko dało się zdobyć i żądny nowych wyzwań ruszył w poszukiwaniu sławy na nowy kontynent.

 

Ginobili jest jak stary, dobry kumpel. Niby znasz go na wylot, wiesz co w danej chwili może zrobić, a on i tak ciągle zaskakuje cię czymś zupełnie nowym. W reprezentacji Argentyny jest on człowiekiem orkiestrą. Odpowiada w niej za niemal każdy element koszykarskiego rzemiosła, często bywa tak, że jest on najlepszym punktującym (to oczywiste), ale też zawodnikiem, który przynosi najwięcej zbiórek i najczęściej otwiera partnerom drogę do kosza. Jego praktycznie nie da się ograniczyć, zadanie dla rywali tkwi więc w tym by w jak najlepszy sposób kryli oni jego partnerów.

 

  • Na niego warto zwrócić uwagę

 

Tak naprawdę ciężko wybrać kogokolwiek do tej właśnie roli, bo wszystkich asów Argentyny znamy niemal perfekcyjnie. Nie będzie więc tak, że któryś z nich wielce zaskoczy nas swoją grą, czy też pokaże zupełnie inne oblicze. Scola dalej będzie zwodził przeciwników seriami, dopracowanych do absolutnej maestrii zwodów. Delfino ciągle będzie tym najbardziej nieokrzesanym, ale i najbardziej nieobliczalnym graczem, który w danej chwili może zrobić z piłką wszystko – od niesamowitego ceglenia, do błyskotliwych penetracji. Nocioni znów wykonywać będzie tę czarną robotę tak by Ginobili i jego gwiazda mogły świecić pełnią blasku, a Prigioni wciąż będzie regulował tempo gry Argentyńczyków tak jak potrafi to najlepiej.

 

Ja na pewno zwróciłbym jednak uwagę na to, co będzie robił Andres Nocioni. Po powrocie do Europy, do swojego klubu z Vitorii (Baskonii) odzyskał on bowiem wigor i znów zaczął być płucami i sercem tej kadry. Jak już wspomniałem – może nie będzie on notował jakichś nieprawdopodobnie wyśrubowanych statystyk, ale na pewno w każdym meczu dokładał będzie pewną ilość punktów, zbiórek, asyst, przechwytów i bloków, których wartość jest dla tej kadry nie do przecenienia. Poza tym to wciąż kapitalny obrońca, który swoją nieustępliwością potrafi uprzykrzyć życie nawet największym tuzom światowego basketu.

 

  • Trener

 

Argentyna ma naprawdę wielkie szczęście do trenerów, których nazwiska może nie powalają na kolana, ale z całą pewnością są to fachowcy solidni, dodatkowo idealnie znający mentalność swoich rodaków i rozumiejący wszystkie zawiłości ich charakterów. Federacja ta nigdy bowiem nie zatrudnia wielkich postaci ze świata Euroligowego, ale daje popracować szkoleniowcom, którzy odznaczają się w krajowej koszykówce.

 

Lamas jest kolejnym takim trenerem. Wcześniej prowadził on z sukcesami drużyny z krajowego podwórka, rekomendacją dla jego usług może być fakt, że zdobywał mistrzostwo kraju z trzema różnymi ekipami, ponadto z teamem Ben Hur zdobył także Copa Sudamericana (odpowiednik naszej Euroligi).

 

Wcześniej prowadził też juniorskie reprezentacje swojego kraju, a także krótko był szkoleniowcem dorosłej kadry Argentyny. Było to na Mistrzostwach Świata w 1998 r. gdzie Albicelestes zajęli niezłe, ósme miejsce. Co warte jest odnotowania w jego teamie zadebiutował też młodziutki, dwudziestojednoletni Manu Ginobili, z którym po czternastu latach znów złączył swoje siły, aby okryć kraj chwałą i przywieźć z Londynu medal – z cała pewnością nie jest to mission impossible.

 

  • Kadra

 

Pierwsza piątka: Prigioni, Ginobili, Delfino, Nocioni, Scola

Rezerwowi: Campazzo, Jasen, Mata, L.Gutierrez, Kammerichs, J.Gutierrez, Leiva

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *