O co chodzi z transferem Dwighta Howarda?

Minęło już sporo od czasu od kiedy można dokonywać transferów w NBA, a Dwight Howard wciąż pozostaje w Orlando Magic. Dlaczego tak się dzieje, czy możliwy jest nagły zwrot i na co liczą władze klubu z Florydy? O tym wszystkim w poniższym artykule.

Odchodzę! Zostaję! Odchodzę!

Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że Howard zaskoczył wszystkich gdy zdecydował się odrzucić możliwość stania się wolnym agentem już tego lata i postanowił przedłużyć kontrakt z Magic o kolejny rok. Sam próbuję sobie to uzasadnić tym, że za namowami zarządzających wówczas klubem postanowił dać Orlando szansę na uzyskanie kogoś wartościowego w zamian. Superman nie chciał kolejny raz iść w ślady Shaquille’a O’Neala, za którego drużyna nic nie otrzymała gdy przeniósł się do Lakers.

Przypuszczam, że w zamian za podpis Howard usłyszał zapewnienia, że klub wytransferuje go z Orlando tak szybko jak się to tylko da. Niestety dla centra, od tego czasu w Magic się sporo zmieniło.

Nowa miotła w Orlando

Przede wszystkim stanowisko GMa przestał piastować Otis Smith. Jego następca – Rob Hennigan bardzo chce się wykazać i nie być tym, który wymieni swoją największą gwiazdę za przysłowiową czapkę gruszek. To z kolei stwarza problemy ponieważ drużyna do której Dwight najbardziej chce dołączyć – Brooklyn Nets – nie jest w stanie zaoferować im wystarczająco wartościowej (w ich mniemaniu) wymiany. To z kolei sprawia, że Howard może skierować się ku swojej drugiej opcji. Przejścia do innego klubu na jeden sezon, pozwolenia wygasnąć kontraktowi i dołączenia do Derona Williamsa jako wolny agent.

Ciąg przyczynowo-skutkowy się rozwija. Najbardzeij zainteresowani skuszeniem DH są jeszcze Los Angeles Lakers i Houston Rockets. O ile pierwsi są dość spokojni, że po sezonie w LaLaLand Howard zdecydowałby się na przedłużenie umow, o tyle ci trudzy już nie mogą być tego tak pewni (a w zasadzie mogą być przekonani, że tak się nie stanie).

Lakers próbują wobec tego wykorzystać sytuację i tak zbudować wymianę by przyjąć na siebie jak najmniej złych umów (około 24 mln $ Turkoglu i 18 mln $ Richardsona).

Może jednak Magic?

Do czego to wszystko doprowadziło? Oczywiście do impasu. Czy wobec tego jest możliwość by Howard pozostał w Orlando?

Wszystkie, absolutnie wszystkie źródła zbliżone do zawodnika temu zaprzeczają. Brian Schmitz z lokalnej Orlando Sentinel powiedział nawet, że ludzie nie zdają sobie sprawy jak złe stosunki panują na linii Howard – zarząd Magic. Do prasy (chyba na całe szczęście) miał trafić jedynie ułamek ze szczytu góry lodowej jaka wytworzyła się na bazie konfliktu między obiema stronami.

Co doprowadziło do takiej eskalacji? Powodem jest przede wszystkim brak sukcesów Orlando i staczanie się organizacji po równi pochyłej w ostatnich latach.

Draftowe pomyłki

Zanim klub trafił do Finałów w 2009 roku przegapił dwie ważne szanse na wzmocnienie się w drafcie. W 2005 Magic mieli wybór z numerem 11. Konkurencja wcześniej zabrała takich graczy jak Andrew Bogut (nr1), Deron Williams (3), Chris Paul (4) czy Andrew Bynum (10). Orlando postawiło na… Frana Vasqueza, który nigdy na parkietach NBA nie zagrał… Za Hiszpanem znajdowali się jeszcze tacy gracze jak Danny Granger, Monta Ellis czy choćby Marcin Gortat.

Rok później Orlando miało szansę na odkupienie. Największe talenty: Bargnani (1), Aldridge (2), Roy (6) czy Gay (9) zostały wybrane wcześniej, a z 11 numerem Magic postawili na JJ Redicka. Ok., ten wybór nie był tak zły jak Vasquez, ale jeżeli się weźmie pod uwagę, że 10 wyborów niżej był dostępny Rajon Rondo (wyobrażacie sobie teraz ten duet z Howardem?) to widać jak na dłoni – ocenianie umiejętności młodych graczy to nie jest mocna strona klubu z Florydy.

Brak wartościowego wsparcia

Jak toczyły się losy organizacji dalej wiemy wszyscy. Zaoferowano gigantyczne pieniądze Rashardowi Lewisowi (ogromny kontrakt został wykupiony dopiero teraz i skrzydłowy zagra w Heat za ułamek dotychczasowych poborów). Pierwszym rozgrywającym uczyniono himerycznego Jameera Nelsona, który w pierwszej kolejności szuka swojego rzutu, a dopiero potem próbuje kreować akcje partnerom. Jakby tego było mało, po porażce w finałach zrezygnowano z usług Hedo Turkoglu (rozegrał wtedy bodaj swój najlepszy sezon w karierze) i Courtney’a Lee, który był czołowym (i bardzo perspektywicznym) obrońcą.

W następnych latach zamiast poszukać solidnego partnera dla Dwighta sprowadzano takich graczy jak Gilbert Arenas, Vince Carter, Jason Richardson czy Glen Davis. Każdy z nich nie jest słabym zawodnikiem, ale na pewno nie graczem wystarczająco dużego kalibru by bić się o tytuł. Dla porównania wystarczy spojrzeć na składy innych contenderów. W Miami drugą opcją jest Wade, a trzecią Bosh. W Lakers odpowiednio Gasol i Bynum (a teraz jeszcze Nash). W Thunder – Westbrook i Harden. W Grizzlies – Randolph i Gasol. W Clippers – Griffin i Butler. Listę można ciągnąć dalej, ale widać, że w obecnej NBA bez dwójki (albo najlepiej jeszcze trójki) świetnych graczy nie będzie się w stanie walczyć o pierścienie.

Co dalej?

Czego wobec tego możemy się spodziewać w najbliższej przyszłości? Szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia. Jedyne czego jestem pewien to tego, że Howard w Magic już nie zagra. Gdyby miał w tej chwili stawiać na którąś z opcji to pieniądze bym postawił na Los Angeles Lakers. Ewentualny tytuł w pierwszym roku mógłby skłonić Dwighta to przedłużenia umowy i zapomnienia o podążaniu śladami O’Neala.

Cokolwiek by się jednak nie działo, chcę by ta saga się już zakończyła. Byłoby to z dobrem dla samych Magic – nowy trener, Jacques Vaughn, w końcu by wiedział na czym stoi. Z korzyścią dla samego Howarda, który mógłby zacząć od nowa w innym otoczeniu. Byłoby to w końcu dobre też dla całej ligi bo choć prowadziłoby do dalszej polaryzacji rozgrywek, to przynajmniej męczący już wszystkich temat tego transferu można by było włożyć między książki. Robie Hennigan czas pociągnąć za spust!

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

4 komentarze

  1. niepoprawny pisze:

    Wyobraźmy sobie drużynę (S5) Orlando w takim zestawieniu:
    PG – Rondo
    SG – Ellis
    SF – Hedo
    PF – Anderson
    C – Superman

    Wiem, że możemy sobie tylko gdybać i to zestawienie było możliwe tylko w momencie, gdyby skauting Magic bardziej… ryzykował? No ale sami powiedzcie, czy na miejscu Dwighta, chcielibyście z takiej ekipy odchodzić? PG dający 10 asyst, SG dający 20+ oczek, SF nieźle broniący na obwodzie i potrafiący robić 12+pkt/6+zb., PF rzucający za 3 i zbierający i „My” czyli najlepszy „C” w lidze…. no ale cóż, nie ma już Andersona, został słaby Nelson (nie obrażając nikogo, wolał bym Feltona) i gigantycznie zawyżony kontrakt Hedo, który można by było łyknąć tylko w powyższym zestawieniu graczy… w takim wypadku, nie dziwie się, że DH12 chce odejść… a to media nakręcają te wszystkie spekulacje… Wystarczy, że Dwight pojedzie do Las Vegas a już się mówi, że się dogaduje z Mavs albo Lakers… a jak buja się do „Niu Jorku” to każdy mówi – będzie deal z Nets… (dafaq).

  2. Doteno pisze:

    Nie chce się czepiać, ale poniższego zestawienia chyba nie wytrzymałoby salary cap.

  3. jumpman pisze:

    Ale to jest potencjalna piątka Magic z draftów, w takim wypadku ich kontrakty wcale nie musiałyby wyglądać tak jak teraz wyglądają ;-) Osobiście uważam, że czy to Nets, czy to Lakers z Dwightem w składzie byliby niepokonani.

  4. K pisze:

    Teraz wszyscy są najmądrzejsi, ale kto w 2006 roku mógł przewidzieć jakim graczem stanie się Rajon Rondo? Pamiętacie jego pierwszy sezon w NBA? No właśnie, nikt nie pamięta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *