Camby dołączy do Allena i Big Three?

Miami Heat po pozyskaniu Ray’a Allena nie przestają poszukiwać kolejnych zawodników, którzy wzmocniliby drużynę, mającą za rok wywalczyć drugi mistrzowski tytuł z rzędu. Marcus Camby może być następnym zawodnikiem z którym kontrakt podpisze Pat Riley, ale o 38-letniego środkowego Heat muszą stoczyć walkę także z innymi klubami.


W tym roku niezwykle chodliwym towarem są zawodnicy, a w szczególności wolni agenci grubo po 30. urodzinach. Kluby zmienili już Jason Kidd, Ray Allen czy Steve Nash. Następnym w kolejce wydaje się być Marcus Camby, który odbył już spotkania z władzami Miami Heat oraz New York Knicks.

Właśnie te dwa zespoły wymieniane są jako faworyci do pozyskania najlepszego obrońcy NBA w 2007 roku. Camby, który poprzedni sezon zakończył jako zawodnik Houston Rockets, jest obecnie niezastrzeżonym wolnym agentem i, mimo swoich 38 lat ciągle łakomym kąskiem dla klubów, które chciałyby wzmocnić swoją grę w defensywie pod koszami.

Jego przejście do Nowego Jorku, gdzie grał już w latach 1998-2002 wydaje się mało prawdopodobne, ponieważ ciężko sobie wyobrazić Camby’ego przyjmującego rolę rezerwowego, wchodzącego na kilka minut w meczu, a właśnie taki status czekałby go w zespole Knicks, gdzie niepodważalnie pierwszym środkowym jest inny świetny defensor, Tyson Chandler.

Heat, których największą bolączką ostatnich dwóch sezonów była gra, a właściwie brak klasowych podkoszowych, transfer Camby’ego były zbawieniem. Problem pojawia się jednak w momencie rozmów o finansach. Camby zarobił w poprzednich rozgrywkach aż 11 227 000 $, więc ciężko sobie wyobrazić, aby teraz przystał na minimalny kontrakt dla weteranów, wart około 1 400 000 $.

W takiej sytuacji, w grę wchodzi transakcja sign-and-trade z Rockets. Wtedy do Houston mogliby trafić ewentualnie Norris Cole lub Udonis Haslem. Camby były, podobnie jak Ray Allen, były zainteresowany podpisaniem trzyletniej umowy z nowym klubem. Pozostałymi drużynami, które myślą o pozyskaniu Camby’ego są Spurs i Mavs.

Wyobrażacie sobie tę piątkę: Mario Chalmers, Dwyane Wade, LeBron James, Chris Bosh i Marcus Camby, a z ławki wchodzący Ray Allen?

Piotr Gładczak

Miłośnik NBA od prawie 20 lat. Tropiciel ciekawostek statystycznych i wielbiciel NBA lat 90-tych. Nauczyciel WF i właściciel firmy gomaster.pl.

4 komentarze

  1. Szuwarek pisze:

    Gdyby się udało i Camby pozostałby zdrowy na play-off (w sezonie zasadniczym może sobie opuszczać mecze, wszystko jedno) to Miami ma obronę tytułu na dłoni. Dużo ważniejszy transfer dla mnie niż Raya Allena.

  2. gratek pisze:

    Pytanie tylko, czy czyszczące salary i odmładzające skład Rockets, będą zainteresowani starzejącym się i zaliczającym regres formy Haslemem?
    Dużo chyba zależy od tego czy Camby’emu marzy się pierścień, czy trochę zielonych na emeryturę.
    Wiadomo, że dla Heat to doskonałe wzmocnienie – dobry obrońca, z dobrą zbiórką i blokiem, bez parcia na punktowanie, ale w razie czego (w przeciwieństwie do Anthonego czy Turiafa) może dać te 7-8 ppg.

  3. bartol86 pisze:

    niech miami jeszcze wezmie kevina garneta i chrisa paula albo jakies inne gwiazdy nie podoba mi sie ze miami buduje sobie dream team najlepiej odrazu dajmy im mistrzostwo na najblizsze kilka lat

    • barcelowicz pisze:

      Na początku zaznaczę, że nie należę do fanów Miami, a tym bardziej LBJ.

      Przechodząc jednak do meritum Miami po prostu prowadzi niezwykle mądrą politykę transferową. Mieli kilka suchych lat po pierwszym tytule, zdecydowali się zrobić spore zmiany, oddali duże kontrakty by mieć salary na gwiazdy i się opłaciło. Czy ktoś będzie bronił takim choćby LAL oddać przed następnym draftem Kobego i Gasola by złowić Howarda i CP3? Nie. Po prostu LBJ, Wade, Bosh i perspektywa dużych szans na pierścień są ogromnym magnesem dla tych, którzy $$$ mają gdzieś dalej w swej hierarchii.

      Podobnie było z Nashem. Mógł pozostać w Phoenix do końca kariery i łudzić się, że wygra tam pierścień. Poszedł jednak tam, gdzie o spełnienie marzeń będzie łatwiej. X lat temu Malone i Payton zdecydowali się zagrać z Shaqiem i Kobe za minimum, by tylko zdobyć pierścień. Wtedy też miał być dream team nie do pobicia i zwieńczenie karier dwóch wybitnych zawodników. A skończyło się niespodziewaną porażką w finałach z Pistons.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *