Miami Heat wygrywają i prowadzą 3-1, ale z kontuzją LeBrona

Historia lubi się powtarzać, ale dzisiaj jej się chyba nie chciało. Miami Heat przed rokiem także prowadzili 2-1 w Finałach, ale przegrali 3 kolejne mecze i w efekcie – całą serię. Teraz odrobili aż 17 punktów straty i po świetnej końcówce wygrali 104:98. Prowadzą 3-1 przed G5 u siebie. Heat wygrali naprawdę wspaniały mecz, ale mają jeden powód do niepokoju. Kontuzja nogi LeBrona Jamesa wyłączyła go z gry w końcówce spotkania, nie wiadomo, co się stało. Mimo to udało im się wygrać i zyskać możliwość zdobycia mistrzostwa już w czwartek.

Dla OKC był to mecz, który trzeba było wygrać. W Finałach nikt jeszcze nie wrócił z 1-3, a przecież Game 5 również odbędzie się w Miami. W poprzednich meczach udawało im się odrabiać straty, ale teraz nie mogli ryzykować. Jednak tak dobrego startu, i to w obcej hali, chyba mało kto się spodziewał. W każdym razie goście zaczęli od trafienia 7 z 8 pierwszych rzutów, przez co jedynym prowadzeniem gości na początku meczu było to na 2:0. Już po nieco ponad 4 minutach gry goście wypracowali sobie 10-punktową przewagę. Heat udało się natychmiastowo zbić ją do bezpieczniejszych 5 punktów różnicy, ale runu 10-0 nie potrafili już zatrzymać. Po kończącej go dobitce Collisona (świetna zmiana po obu stronach parkietu) przyjezdni prowadzili 27:12. Ostatnia minuta również mogła należeć do nich, dwie akcje z rzędu skończone przez Duranta i Hardena dały Grzmotowi rekordową, 17-punktową przewagę, ale debiutant Norris Cole udowodnił wreszcie swoją przydatność i na 3 sekundy do końca trafił za trzy. Mimo to 14 punktów różnicy po pierwszej kwarcie i to na korzyść Oklahomy – naprawdę, coś niespotykanego.

Thunder po tak dobrym starcie zapomnieli, że po osiągnięciu pokaźnej jak na 12 minut gry przewagi trzeba ją jeszcze utrzymać. No cóż, dotychczas to oni częściej gonili, rola „zająca” mogła być dla nich nowa. Heat zaś jako „polujący” zaczęli świetnie, zdobywając 13 pierwszych punktów kwarty. Come-back zapoczątkowała kolejna trójka Cole’a. Thunder po raz pierwszy zapunktowali dopiero wtedy, gdy ich przewaga wynosiła tylko już tylko jeden punkt. Gdy wydawało się, że lay-up Westbrooka w swoim stylu przerwie zryw gospodarzy, Dwyane Wade niespodziewanie trafił pierwszą trójkę w tej serii i mieliśmy remis. Heat już w drugiej kwarcie odrobili 17-punktową stratę z pierwszej kwarty. Wydawało się, że są na najlepszej drodze do przejęcia inicjatywy, ale Wade został zablokowany przez Ibakę, doznał urazu pleców (ale jeszcze przed przerwą wrócił na parkiet), zaś Harden w kontrze trafił trójkę, po której było już 40:35. Ale jako, że po takim show Norrisa Cole’a Chalmers nie mógł być gorszy, trafił on za trzy (wcześniej miał 2+1, ostatnie punkty runu Heat) i Miami znów wróciło do tylko dwóch punktów straty. Thunder próbowali jeszcze odskakiwać, ale na ok. 3 minuty do końca kwarty Kevin Durant przy 43:42 dla swojego zespołu popełnił faul w ataku i Żar wreszcie stanął przed szansą na przejęcie prowadzenia. Tej okazji jednak nie wykorzystał. Thunder zdołali utrzymać trzypunktową (49:46) zaliczkę do końca pierwszej połowy, choć gdyby nie trzy trafienia Russella Westbrooka, który aż trzykrotnie powiększał przewagę gości z jednego do trzech punktów, najprawdopodobniej mielibyśmy innego lidera.

 Westbrook był najlepszym strzelcem dwóch pierwszych kwart. 18 punktów i 9-15 z gry – można mieć zastrzeżenia, że RW#0 nie jest rozgrywającym, ale jeśli już się wstrzeli, jedynym, który może go zatrzymać, jest on sam. Dla innych jest w takiej chwili po prostu za mocny. To na nim opierał się atak OKC, bo Kevin Durant (12 pkt) radził sobie trochę gorzej. Bardzo wszechstronną połowę rozegrał jego match-up, LeBron James, który z 10 punktami, 8 asystami i 6 zbiórkami mógł poczuć się jak Magic Johnson.

Co się odwlecze, to nie uciecze. Heat nie udało się przejąć prowadzenia w pierwszej połowie, ale dokładnie po minucie trzeciej kwarty po ofensywnej zbiórce upragnionego ‘lidera’ dał im Wade. Później, przez kolejne 3,5 minuty, byliśmy świadkami aż ośmiu zmian lidera. Trafienie za trafienie, naprawdę bardzo dobrze to się oglądało. Trafiać zaczął Durant, Ibaka popisał się ładnym obrotem, ale co z tego, skoro po drugiej stronie parkietu bezbłędna była ofensywa Miami. Wymianę ciosów przerwał Mario Chalmers, który przy jednopunktowej przewadze swojej drużyny trafił za trzy, ustanawiając wynik 64:60. Przerwa na żądanie Brooksa nie przyniosła jakiejś nagłej poprawy gry Thunder, co wykorzystał Chalmers, podwyższając jeszcze przewagę Miami do sześciu punktów. Dopiero wtedy Okla wzięła się za odrabianie strat. Chyba gracze Thunder zdali sobie sprawy, że bez trafiania rzutów się nie obejdzie i zaczęli to robić. Byli coraz bliżej, tracili tylko dwa punkty, ale Shane Battier trafił swoją pierwszą trójkę w tym meczu. To mogło zatrzymać OKC i być może byłby to początek większego runu, ale Kevin Durant trafił bardzo trudny lay-up i nie pozwolił Florydczykom na odegranie się za ‘miazgę’ w pierwszej kwarcie. To znaczy – Heat zdołali ustanowić swoją rekordową, 7-punktową przewagę, ale nie zdziwiłbym się,  gdyby była ona jeszcze większa. A tak – jedna akcja 2+1 (trafienie Westbrooka  + faul na Durancie) i przed czwartą kwartą było 75:79. 12 minut i 4 punkty różnicy? Prawdziwe emocje dopiero na nas czekały.

Początek czwartej kwarty był lepszy dla OKC Thunder, choć i tak mogą pluć sobie w brodę, że nie wyszli wtedy na prowadzenie. Tracili już tylko jeden punkt, ale James Harden najpierw nie trafił za trzy z czystej pozycji, a potem nie skończył kontrataku, który skończyć powinien. Heat nie chcieli bawić się dalej i dawać gościom kolejnych szans (bez przesady z tą gościnnością).  Ta zabawa znudziła się Mario Chalmersowi, który zdobył 5 kolejnych punktów. Przy wyniku 85:79 na niecałe 9 minut do końca Brooks wziął przerwę na żądanie. Po time-oucie własne show zaczął Russell Westbrook, który trafiał wszystko, jak leci – trójki, lay-upy, czasem coś o tablicę. Z faulem, bez faulu – wszystko. Gdyby nie wcześniejsze punkty Chalmersa i trójka Wade’a trafiona gdzieś między kolejnymi trafieniami Westbrooka, Heat na pewno straciliby prowadzenie. Spoelstra wziął time-out przy 90:88 na 6:47 do końca. Czy liczył na to, że Westbrook się ‘ochłodzi’? Chyba tak. Ale RW#0 nie miał zamiaru przestać. Zdobył w sumie 13 kolejnych punktów dla OKC, samodzielnie doprowadzając do remisu i gdyby Derekowi Fisherowi nie zachciało się kończyć kontry, nadziewając się na blok Wade’a, (gdybanie mode on), zapewne zmienilibyśmy lidera.

Heat trafieniem Jamesa znów wyszli na prowadzenie, ale sam LBJ nie czuł się tak dobrze. Przy wjeżdżaniu pod kosz upadł. Wstał, ale dopiero po chwili. Zszedł na ławkę. Przy linii bocznej nawet nie siedział, lecz klęczał, potem leżał. Naprawdę, nie wyglądało to dobrze. Na dodatek – nieobecność LeBrona wykorzystał Durant, który dał Thunder prowadzenie 94:92. Była to bardzo trudna sytuacja dla Miami, ale.. właśnie wtedy James wrócił na parkiet, trafił wielką trójkę na 97:94, a za ciosem poszedł Wade, który dołożył dwa punkty i na 2:19 do końca Heat prowadzili pięcioma punktami. Naprawdę piękna historia. Chyba spodobała się Jamesowi Hardenowi, skoro ten nie chciał jej psuć. Miał naprawdę czystą pozycję na półdystansie, ale z rzutem zaczekał jeszcze kilka sekund po czym i tak nie trafił. Na szczęście dla gości obudził się Westbrook, który zmniejszył stratę do 3 punktów. Wyrównać mógł Sefolosha, ale nie trafił z rogu. Na 55 sekund do końca mieliśmy wynik 96:99 i piłkę dla Heat. James nie był w stanie grać, ale od czego są pomocnicy? Dziś swój wielki dzień miał Mario Chalmers  i to właśnie on trafił w pierwszej akcji po przerwie. Na 44.6 sekundy do końca Miami prowadziło już 101:96. Russell Westbrook był dziś zbyt dobry, by tak to zostawić. Thunder obronili akcję Heat, ale Haslem doprowadził do jump-balla z Hardenem. Ten drugi podbił piłkę na swoją stronę, ale Shane Battier z zaangażowaniem wywalczył ją i oddał Chalmersowi, który, faulowany, trafił oba rzuty wolne i na 13.8 sekundy przed końcem było już 103:98 dla Miami. Kibice oficjalnie mogli zacząć świętować dopiero chwilę potem,  gdy Kevin Durant nie trafił trójki rozpaczy. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 104:98. 3-1!!!

Jak już wspominałem na początku, nikt jeszcze w historii Finałów nie wygrał ich, przegrywając 1-3. Russell Westbrook rozegrał naprawdę wielki mecz (43 pkt, 20-32 FG, 7 zb, 5 ast) i trzymał swój zespół w grze. Nie zasłużył na taki koniec, ale jego decyzja o faulowaniu Chalmersa przy akcji z jump-ballem była delikatnie mówiąc zbyt pochopna. Kevin Durant dostarczył 28 punktów, ale to nie była taka gra, jak w czwartych kwartach G1 i G2. Dobrze spisał się Nick Collison (6 pkt, 4 zb), choć jego impactu nie oddadzą  statystyki. Znów pogubił się James Harden (2-10 FG, 8 pkt, 10 zb). Miał kilka świetnych okazji na zdobycie ważnych punktów, ale ich nie wykorzystał. Naprawdę mógłby być w tej serii x-factorem, kimś, na kogo Miami nie ma odpowiedzi. Ale na razie bardzo zawodzi.

LeBron James po pierwszej połowie szedł po triple-double, ale ostatecznie zabrakło mu do tego jednej zbiórki (26 pkt, 12 ast, 9 zb). Mimo to i tak zagrał rewelacyjnie. Naprawdę wielką stratą dla tej serii byłaby jego kontuzja. Oby w czwartek był gotowy do gry na 100%. Tak blisko pierścienia jeszcze nie był. Jego powrót do gry był punktem zwrotnym tego meczu, bo Thunder zaczynali już przejmować mecz, ale po powrocie LBJ’a wszystko się zmieniło. James nie był jednak potrzebny w ostatniej minucie meczu, Heat świetnie sobie wtedy poradzili. Świetny występ Mario Chalmersa (25 pkt, 9-15 FG). Tyle samo punktów co on miał Dwyane Wade. 13 punktów i 9 zbiórek to dorobek Chrisa Bosha. Dobre wejście z ławki Norrisa Cole’a (8 pkt), do którego należały trójki zamykające i otwierające pierwszą kwartę.

Good job, good effort!

G5 w czwartek o 3:00. Heat są bardzo blisko, ale nie obwieszczam jeszcze ich zwycięstwa. Mało było zwrotów akcji w tych play-offach? Mam wrażenie, że najbliższy mecz nie będzie ostatnim. Ale zaczekajmy do czwartku.

Wojtek Żuławiński

Fan Orlando Magic, człowiek od statystycznych ciekawostek. Prawdopodobnie rekordzista świata w liczbie godzin spędzonych na basketball-reference.com.

4 komentarze

  1. Twkarol pisze:

    LeBrona, złapały skurcze, o kontuzji nie ma raczej mowy, będzie gotowy na kolejny mecz.

  2. bryant32 pisze:

    zapowiada się pierwszy tytuł Lebrona.Heat mają doświadczenie, którego nie mają zawodnicy OKC co widać na parkiecie i po stanie rywalizacji. Obie drużyny łączy jednak młodość i atletyzm, którego zabrakło Celtics, Spurs czy LAL..

  3. Szerszeń pisze:

    OKC zawodzi,niestety.Sedziowie gwizdali wczesniej pod Miami i Heat to wykorzystalo.Bedzie 4-1,co tylko swiadczy o tym,ze mozesz byc druzyna lepsza przez caly sezon,ale przewage parkietu w finale i tak ma slabszy -,-
    PS.Wiem,ze OKC ew.moga zagrac u siebie 4 mecze a Miami 3.

  4. mateuszb90 pisze:

    Niech dadzą ten tytuł Lebronowi i spółce od razu. Po co grać mecze? To, co wyczyniają sędziowie… Jeszcze komentarz na C+… Durant faulowany przy rzucie w końcówce, a Radke mówi, że nie gwizdnęli, bo to z duchem gry. . .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *