Podsumowanie sezonu – Portland Trail Blazers

Gdybyśmy mieli wymienić kluby, które w ostatnich latach zostały najbardziej pokrzywdzone przez los, to z całą pewnością na ich czele znalazłaby się organizacja Paula Allena. Drużyna z Oregonu, chcąc nie chcąc, stała się synonimem klęski i nieurodzaju i to pomimo tego, że w swoich szeregach miała postacie absolutnie wybitne, albo takie, które do tego miana mocno pretendowały. Niestety w pewnym okresie bardziej niż z koszykówką zaczęła być kojarzona ze szpitalnym oddziałem dla młodocianych weteranów.

 

Okrutnie doświadczona przez urazy ekipa stała się też wzorem dla setek kibiców na świecie jak można radzić sobie z różnymi przeciwnościami losu. Wydawało się, że kolejne niepokojące wieści płynące z obozu Blazers cementują zespół i czynią go jeszcze silniejszym niż dotychczas. Nawet jeśli z drużyny wypadali kolejni ważni gracze to ta i tak zawsze umiała się podnieść i pokazać, że ciągle należy do grona najsilniejszych i najbardziej utalentowanych w całej lidze. Obraz ten uległ zmianie dopiero w tegorocznej kampanii.

 

Gdzie spoczywają źródła tych kłopotów? W końcu szkoleniowcem ciągle pozostawał ceniony w środowisku, autor wielu tych małych sukcesików Oregończyków, Nate McMillan. Najważniejsze elementy jego układanki również były na swoim miejscu, więc co sprawiło, że sytuacja klubu uległa tak drastycznej zmianie?

 

Pewnie w tym, że narastające oczekiwania fanów Portland zmusiły włodarzy klubu do kilku zmian w składzie. Drużynie nową jakość mieli nadać zawodnicy dobrze już znani w lidze, którzy z niejednego pieca jadali chleb, czyli Raymond Felton i Jamal Crawford. Zatrudnienie tych właśnie koszykarzy wiązało się jednak z czymś więcej niż tylko wdrożeniem ich do rosteru. Mam tu na myśli spore przeobrażenie gry Świetlistych Smug. Wiemy przecież doskonale, że ci gracze najlepiej odnajdują się w miejscach, gdzie taktyka i żelazna dyscyplina ustępują improwizacji i łamaniu schematów. De facto więc ich angaż powodował całkowitą zmianę frontu gry podopiecznych McMillana. To, co było do tej pory największym atutem Blazers, czyli doskonale skrojona strategia i bezgraniczne jej podporządkowanie zostało więc sprowadzone na margines.

 

  • Ewolucja → Porażka → Rewolucja

 

Początkowo w Oregonie zakładano, że skład, którym dysponują Blazers stanowi dobre podwaliny pod budowę czegoś naprawdę wyjątkowego. Przecież tacy koszykarze jak Aldridge, Matthews, czy Batum to nie tylko gracze już ukształtowani, ale przy tym młodzi i ciągle rozwijający się. Ponadto miano nadzieję, że dwa nazwiska najsilniej kojarzone z organizacją są w stanie wrócić do koszykówki i wspomagać swoich kolegów w walce o tytuły. Wszystko to spełzło jednak na niczym, bo najpierw decyzję o zakończeniu sportowej kariery podjął największy gwiazdor klubu w XXI w. czyli Brandon Roy, a w trakcie sezonu postanowiono rozwiązać umowę z wiecznie kontuzjowanym Gregiem Odenem.

 

To zmusiło włodarzy klubu do natychmiastowych działań. Miejsce Roya miał zająć wspomniany już przeze mnie Jamal Crawford. Oczywiście jest to koszykarz nieporównywalnie niższej klasy, ale na tamtą chwilę wydawało się, że kierownictwo podjęło słuszną decyzję. W końcu nie zawsze można wychwycić tak klasowego gracza za bezcen. Były zawodnik Atlanty znany jest doskonale z tego, że jak mało kto potrafi zdobywać punkty i świecić w tych momentach, w których inni boją się wziąć na swoje barki odpowiedzialność za wynik. W tym właśnie doskonale przypomina Brandiego.

 

Postanowiono również wymienić bardzo doświadczonego Andre Millera na Raymonda Feltona. Były gracz Bobcats był świeżo po zakończeniu swego najlepszego sezonu w dotychczasowej karierze i jego pozyskanie odbierane było jako strzał w dziesiątkę. Nikt nie spodziewał się, że do tej pory notujący ciągłe postępy w swojej grze rozgrywający nagle może zaliczyć wyraźny regres.

Te działania nosiły w sobie raczej znamiona działań kilkukrotnie przemyślanych i dostosowanych do sytuacji w jakiej znalazły się Smugi. Nikt jednak nie wziął pod uwagę tego, że wyżej wymienione wzmocnienia powodują, iż zespół McMillana będzie musiał całkowicie zrewidować swe założenia taktyczne. Mam tu na myśli głównie przyspieszenie tempa gry i położenie większego nacisku na ofensywę.

 

Początki nowego stylu Portland były rzeczywiście bardzo obiecujące. Ciągłe postępy Aldridge’a, nagły wystrzał Batuma, czy też solidność Matthewsa w połączeniu z świeżością, którą wnieśli do składu Felton i Crawford sprawiały, że we wczesnej fazie rozgrywek Blazers pozytywnie zaskakiwali. Jak się jednak okazało były to miłe złego początki i preludium do prawdziwej rewolucji w zespole.

 

Kryzys, który nastąpił mniej więcej w 1/3 sezonu hulał w najlepsze. Początkowa fascynacja nowymi zawodnikami przeradzała się w coraz większą niechęć i wiadomo było, że aby uratować tegoroczne rozgrywki należy pomyśleć nad głębokimi zmianami. Coraz mniejszym zaufaniem kibiców i włodarzy zespołu z Oregonu zaczął być darzony sam szkoleniowiec. Rzeczywiście trzeba obiektywnie przyznać, że w pewnym momencie zaczął się on gubić w swoich posunięciach i swoim uporem i wiarą w słuszność własnych poczynań podkopywał swą, do tej pory mocną, pozycję w klubie.

 

Doprowadziło to do tego, że z czasem właściciel klubu powiedział dość i podziękował McMillanowi za długą i raczej owocną współpracę. Razem z trenerem z Portland odeszło dwóch do tej pory ważnych graczy. Gerald Wallace trafił do Nets (za jak się okazało szósty wybór w tegorocznym, mocnym drafcie), a Marcus Camby wylądował w Teksasie za dwójkę niespełnionych talentów Hasheema Thabeeta i Jonny’ego Flynna. Dodatkowo z Sacramento udało się wyciągnąć J.J. Hicksona, co sprawiło, że w Portland byliśmy świadkami całkowitej rekonstrukcji drużyny.

 

  • McMillan – wyjątkowo trudne rozstanie

 

Nate McMillan rozegrał na parkietach NBA dwanaście sezonów, nigdy nie był gwiazdą Seattle Supersonics, w których występował, ale jego ponadprzeciętna defensywa i poświęcenie dla zespołu sprawiły, że był istotną postacią mocnej w tamtym okresie ekipy z miasta Boeinga. Stał się też na tyle ważną i popularną osobą w organizacji, że w ledwie trzy lata po zakończeniu kariery zawodniczej zasiadł na stołku trenera tego teamu. Szybko udało mu się udowodnić krytykom, że zna się na swoim fachu i jest jednym z najbardziej utalentowanych młodych szkoleniowców w lidze.

 

Następnym przystankiem Nate’a byli Blazers, którzy w tamtym czasie byli na etapie kompletnej przebudowy składu. Pozbywano się z Oregonu najgorętszych, ale przy tym najbardziej kłopotliwych graczy by w ich miejsce dawać się rozwijać młodym i bardzo utalentowanym graczom. Idealnym kandydatem do roli przewodnika dla tych nieopierzonych młokosów był właśnie McMillan. W błyskawiczny sposób udało mu się odmienić skostniały do tej pory team i zewsząd na jego osobę zaczęły spływać peany ludzi zafascynowanych robotą, którą wykonuje w klubie miliardera Paula Allena.

 

To taka krótka migawka z historii pracy tego coacha w Blazers. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że należy oddzielić grubą kreską to, co było kiedyś, od tego co zaszło w obecnej kampanii. Naprawdę nikt nie może zarzucić McMillanowi tego, że jest złym trenerem, czy też że pozostawia po sobie w Portland spaloną ziemię, ale w tych rozgrywkach popełnił kilka karygodnych błędów, które mogły świadczyć o symptomach pewnego wypalenia tego człowieka.

 

Rozstanie było naprawdę bardzo trudne. Zresztą decyzja ta dojrzewała w kierownictwie klubu mniej więcej od lutego. Ciągle szukano szansy na poprawę sytuacji bez robienia gwałtownych ruchów, ciągle szukano winnych, gdzie indziej niż w osobie głównodowodzącego armią Blazers. Niestety jednak, w mojej opinii, to właśnie sternik i generał tej ekipy ma sporo winy w tym, co stało się z tą harmonijnie działającą do tej pory drużyną.

 

Główne zarzuty, które mogę czynić do pomnikowej wręcz postaci dla Sonics to przede wszystkim nagła zmiana frontu w prowadzeniu zespołu. Do tej pory był on znany raczej z mądrego kierowania swoimi podopiecznymi, zazwyczaj traktował ich na stopie przyjacielskiej, ale z takim, można użyć stwierdzenia, wojskowym sznytem. Wszelkie objawy sprzeciwu były przez niego od razu tłumione w zarodku. W tym roku było tu trochę inaczej, lokalne media donosiły o tym, że drużyna straciła zaufanie do swojego szkoleniowca i że w szatni nie dzieje się najlepiej. Oczywiście mogła to być demonstracja ze strony zawodników tego, że trener stracił swój autorytet i posłuch w szatni. To chyba gwóźdź do trumny dla każdego w tej lidze.

 

Poza tym opisując osobę McMillana można użyć znanego zwrotu, który pomimo tego, że jest wyświechtany i dosyć truistyczny to jednak w dobry sposób oddaje to, czego byliśmy świadkami w tym sezonie. Mianowicie chodzi mi tu o stwierdzenie – ‚lepsze jest wrogiem dobrego’. Portland od lat zmagało się z personalnymi kłopotami, ale zawsze, dzięki dobrej grze, udawało im się odrzucić to gdzieś na boczny tor. Głównie dzięki rozważnej strategii i maksymalnym wykorzystaniu mocnych punktów teamu. Smugi były znane z tego, że do maksimum opanowały system gry obronnej, skrojony idealnie pod takich koszykarzy, jakich miał do dyspozycji ten facet. Grali wolną, czasem nieco statyczną koszykówkę, ale dzięki dobrze ogarniętym zagrywkom udawało im się często uśpić tym rywali. McMillan w tym sezonie zmienił cały system gry – dał swoim podopiecznym zdecydowanie większą swobodę w operowaniu piłką, przyspieszył wydatnie tempo gry i kładł większy nacisk na atak. Nieprzyzwyczajeni do takiej koszykówki Blazers nie mogli się nijak przystosować do nowej taktyki przez co gra zespołu znacznie straciła na wartości. W końcu doprowadziło to do wspomnianego przeze mnie wcześniej buntu, a w konsekwencji do zmiany na stanowisku ‚maestro’.

 

W mojej opinii i tak nastąpiło to zbyt późno. Gdyby wcześniej sięgnięto po radykalne, ale niezwykle potrzebne dla Portland środki może udałoby się uratować ten sezon. Tak, niestety całe starania poszły na marne i po raz pierwszy od kilku lat Trail Blazers byli częściej krytykowani niż chwaleni. Chciałoby się powiedzieć, że ‚łaska pańska na pstrym koniu jeździ’, ale niestety – psujące się elementy należy wymieniać na nowe jak najszybciej tylko się da.

 

  • Przykry koniec giganta

 

Oczywiście koniec tylko w tym mieście i w tej organizacji, bo ciągle wielu wierzy w to, że Greg Oden wreszcie pokaże swoim adwersarzom na co tak naprawdę go stać. Nie ukrywam, że ja też należę do grupy tych entuzjastów, bo coś nie chce mi się wierzyć w to, że ten facet szybko się podda. Czytając i oglądając wywiady z nim odnosi się wrażenie, że pomimo tego, co go spotkało, ciągle zachowuje on wigor i optymizm. Liczę, że przy odrobinie szczęścia i pomocy najlepszych specjalistów (może Phoenix?) uda mu się jeszcze postawić swą stopę na parkietach ligi.

 

Tyle tygodni, miesięcy, a nawet i lat czekania w Portland na faceta, za którego poświęcono pick numer 1 draftu, w którym do wyboru był pewien smutny gość z Oklahomy na nic. Trochę dziwne, nie? Do tej pory wydawało się, że każdy ruch, każde nawet najmniejsze posunięcie ekipy McMillana było podporządkowane Odenowi. Przez ten cały okres niemiłosiernych ‚cierpień’ Odena można było odnieść wrażenie, że sternicy klubu ani przez chwilę nie stracili wiary w to, że ich center wróci do gry i nie tylko będzie wpisywany do protokołu, ale i znajdzie swoje miejsce w panteonie największych postaci National Basketball Association. Jeśli na to spojrzymy pod tym kątem to decyzja o nagłym rozstaniu z Gregiem wydaje się być tym bardziej niezrozumiała.

Z drugiej strony jednak coś musiało być na rzeczy. W końcu, jeśli dawano mu tyle szans na powrót i pełną rekonwalescencję, a w końcu podjęto tak drastyczne kroki to może po prostu oni wiedzieli coś o czym my nie wiemy. Może ciało środkowego z Indiany jest tak spustoszone kolejnymi kontuzjami, że jego odrodzenie się na boiskach NBA jest po prostu wykluczone. Ba, może nawet sam powrót jest związany z tak ogromną ilością niezależnych od nikogo czynników, że uznano, iż nie ma sensu czekać.

 

Jest też trzecia opcja. Może po rozstaniu z dotychczasowym szkoleniowcem, po zakończeniu kariery przez jednego z najbardziej utalentowanych graczy ostatniej dekady uznano, że świetnym wyjściem będzie też ‚rozwód’ z tym, który najbardziej elektryzował wszystkich w Oregonie. Może jest to czymś w rodzaju oczyszczenia drużyny, pozbycia się złych duchów, które ewidentnie polubiły to miasto i cały klub. Oczywiście cała ta metafizyka to tylko garść spekulacji i moich prywatnych odczuć. Amerykanie jednak lubują się w takich historiach i być może w ten właśnie sposób jesteśmy świadkami nowego epizodu w nowoczesnej epoce byłych mistrzów NBA.

 

  • LaMarcus Aldridge – już postać pierwszego planu NBA, czy też tylko (i aż) dobry koszykarz?

 

Przede wszystkim jest to zawodnik dla Blazers nietypowy – kontuzje omijają go raczej szerokim łukiem. Oczywiście to wszystko pół-żartem, pół-serio, ale przy prawdziwym wysypie urazów centralnych postaci tej drużyny Aldridge stanowi prawdziwe odstępstwo od reguły. Oczywiście jak każdy gracz ligi ma swoje dolegliwości, nie są one jednak na tyle poważne by sprawić, że musi on seryjnie opuszczać spotkania.

 

Dlatego też, kiedy do mediów przedostała się informacja o tym, że LMA może mieć kłopoty z sercem, które poddają w poważną wątpliwość kontynuowanie jego kariery na parkietach ligi to całe Portland zamarło. Wszyscy z niedowierzaniem pukali się w czoło i zaczęli snuć, wcale nie odosobnione, opowieści o tym, że organizacja Allena jest naznaczona jakimś przekleństwem. Na całe szczęście dla wszystkich ta wiadomość okazała się tylko zwykłą, niepotwierdzoną do końca dziennikarską nadinterpretacją. Rzeczywiście LaMarcus ma małe problemy natury kardiologicznej, ale w żaden sposób nie przekreślają one jego dalszych występów w Rose Garden (i nie tylko).

 

Przejdźmy jednak może do meritum i spróbujmy odpowiedzieć na zadane przy początku akapitu pytanie – jakim właściwie koszykarzem jest skrzydłowy rodem z Teksasu? Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to jeden z tych zawodników, dla których ciężko znaleźć kalkę w całej lidze. Prezentuje on naprawdę wyrafinowany, dziś często już niedoceniany styl gry. Zamiast brutalnej siły używa całego repertuaru klasycznych zagrań dla silnego skrzydłowego by w ten sposób ‚brutalnie’ ogrywać swoich przeciwników. Ponadto jego grę cechuje inteligencja i pewność, że każda podjęta przez niego decyzja jest naprawdę solidnie przemyślana.

 

Czy to wystarcza do tego by stawiać go w jednym rzędzie z największymi gwiazdami w NBA? Moim zdaniem niestety nie. O ile naprawdę lubię tego faceta i doceniam to, że z każdym kolejnym rokiem staje się coraz lepszym koszykarzem to jednak w żaden sposób nie mogę o nim powiedzieć, że jest materiałem na gracza wokół, którego można tworzyć silną i stabilnie grającą drużynę. Przede wszystkim brakuje mu troszkę zadziorności i tej bezczelności, która cechuje największych. Przy tym wszystkim jest zbyt grzeczny i często nawet może być uznawany za flegmatycznego. Z takimi cechami (jeśli nie jest się wspomnianym przeze mnie już w tym podsumowaniu Durantem) naprawdę ciężko stać się gwiazdą z absolutnego topu organizacji Sterna.

 

Jak dla mnie LaMarcus mógłby być kapitalną drugą opcją w mocnym zespole. Nawet w Blazers, o ile oczywiście rolę go-to-guya mógłby dalej pełnić niegrający już niestety Brandon Roy. Zresztą taka była chyba koncepcja i wizja budowy składu przez działaczy drużyny z miasta Nike’a. To Brandon miał być tym wielkim, wokół którego można byłoby kreować ekipę na miarę mistrzostwa, a Aldridge miał u jego boku pełnić funkcję najważniejszego pomagiera. Skrzydłowy, mający za sobą debiut w ASG w tym sezonie, wydawał się świetnie odnajdować w takiej konfiguracji i raczej ze swoim skromnym charakterem nigdy specjalnie nie pchał się na piedestał. Teraz musi się odnaleźć w zupełnie nowej dla siebie sytuacji – to on jest na froncie tego teamu, to jemu będą dokupowani gracze mający go wspierać i to, niestety, jemu będzie się patrzeć na ręce. Czy podoła? Odpowiedź na to pytanie poznamy już w przyszłym sezonie.

 

  • Kto na plus? Kto na minus?

 

Zaskoczyli:

 

Nicolas Batum – Może statystyki Francuza nie skoczyły jakoś diametralnie w górę, ale jakość jego poczynań już jak najbardziej. Widać, że bardzo dużo dał mu czas, kiedy inni gracze łowili ryby, a on z powodzeniem realizował się na parkietach Euroligi grając w klubie z Nancy. To pomogło mu uniknąć problemów z przystosowaniem się do morderczego tempa rozgrywania meczów w NBA (szczególnie w tym sezonie) i sprawiło, że praktycznie z miejsca był świetnie przygotowany do walki na najwyższym poziomie. Co ważne Batum poprawił prawie każdy z elementów koszykarskiego rzemiosła, oczywiście najbardziej widać to na przykładzie rzutów zza łuku. Wprawdzie jego skuteczność w tym elemencie prawie się nie zmieniła, ale oddawał on więcej rzutów (średnio o 0,3 rzutu w każdym meczu) i bywały takie spotkania, kiedy trafiał jak prawdziwy automat. Ponadto już teraz jest niezłym obrońcą i jeśli będzie robił jeszcze większy użytek ze swoich długich rąk i dobrych warunków fizycznych to może być naprawdę solidnym graczem na lata.

 

J.J. Hickson – Ciężko oceniać zawodnika po ledwie dziewiętnastu występach w drużynie, w danych rozgrywkach, ale dla Hicksona możemy zrobić wyjątek. Początkowo drugim kandydatem na objawienie miał być Aldridge, ale uznałem, że ugruntowanie pozycji gwiazdki to za mało by go tu umieścić – każdy ma bowiem wobec niego jakieś stosowne oczekiwania. Dlatego też mimo wszystko na plus zaliczam to, co grał w Portland były skrzydłowy Cavs. Mogło się wydawać, że po katastrofalnym epizodzie w Kalifornii i nie załapaniu się nawet do kadry Spurs możemy być świadkami upadku tego koszykarza. Nic bardziej mylnego, w Oregonie odnalazł się on niesamowicie i już teraz wydaje się, że mógł to być przechwyt Blazers wart udział tego teamu w przyszłorocznych Play-Offach. Bardzo wiele będzie zależeć od tego, kto zasiądzie za sterami klubu w następnym sezonie.

 

Bez błysku:

 

Wesley Matthews – Matthews to jeden z bohaterów typowego American Dream. Jeszcze dwa lata temu niechciany w lidze, cudem przygarnięty przez borykających się ze sporymi problemami Utah Jazz. W barwach Jazzmanów rozegrał świetny sezon, co zaowocowało solidną umową od Portland. Zeszły sezon pokazał, że Wes jest w stanie udźwignąć odpowiedzialność ciążącą na swoich barkach i zamknął tym samym usta wszystkim krytykom. Obecne rozgrywki miały być potwierdzeniem tego, że mamy do czynienia z koszykarzem nietuzinkowym. Rzucający Blazers może nie zawiódł, ale nie pokazał też niczego, co mogłoby wskazywać na jego postęp. Można powiedzieć, że ten rok w jego wykonaniu był taki sam jak rok całych Blazers – przeciętny i nijaki. Następne rozgrywki będą dla niego bardzo trudne, bo coraz mocniej do składu dobija się Batum.

 

Jamal Crawford – Nie wiem, czy nie wprowadzam go na listę graczy bez błysku trochę na wyrost. W końcu oczekiwano od niego dużo, dużo więcej. Wydaje mi się jednak, że tak do końca wcale nie zawiódł, bo podpisując umowę z tak specyficznym graczem włodarze Portland musieli liczyć się z tym, że ta opcja tak do końca nie może wypalić. Na pewno powinien był dawać zespołowi więcej, co do tego nikt nie ma wątpliwości, ale tak naprawdę duże zastrzeżenia można mieć tylko do jego skuteczności z gry. Jeśli będzie umiał to poprawić w kolejnym sezonie, to może dostanie kolejną szansę na pokazanie swoich umiejętności. W przypadku, gdy będzie grał tak jak grał w tym sezonie to wydaje się pewnym kandydatem do odstrzału.

 

Zawiedli:

 

Raymond Felton – Tutaj nie mam już żadnych słów, które mogłyby w jakiś sposób tłumaczyć przygnębiającą postawę playmakera z Południowej Karoliny. Miał wprowadzić nową jakość do nieco topornego stylu prezentowanego przez Oregończyków – w końcu był świeżo po najlepszym, w swojej dotychczasowej karierze, sezonie. Niestety dla kibiców Portland w niczym nie przypominał on zawodnika znanego z pierwszej połowy ubiegłorocznych zmagań w barwach Knicks. Zatracił gdzieś swoją przebojowość, nie dostrzegał partnerów, grał samolubnie forsując niepotrzebne rzuty, a do tego w znaczny sposób pogorszył ten element, z którego był najlepiej znany, a więc dobrą defensywę. Jego transfer okazał się gwoździem do trumny zarówno dla Blazers, jak i dla obstającego za wymianą Andre Millera właśnie na niego Nate’a McMillana. W lecie jego kontrakt wygasa i nie ma chyba żadnych szans na jego przedłużenie.

 

Gerald Wallace – Chciałoby się powiedzieć, gdzie jest stary, dobry G-Force? Jeszcze dwa sezony temu był podporą i ikoną organizacji Bobcats, w której dorobił się nawet przydomku Mr. Everything. Grając w Blazers nie przypominał siebie, choćby w najmniejszym ułamku. Zatracił gdzieś wszystkie swoje atuty i jego pobyty na parkiecie bardziej przeszkadzały ekipie McMillana niż pomagały. To wydaje się o tyle dziwne, że ten żywiołowo grający koszykarz powinien w idealny sposób odnaleźć się w nowych, bardziej ofensywnych Smugach. Na całe szczęście dla samego koszykarza, jak i organizacji jego męki zostały ukrócone i na zasadzie transferu trafił do Brooklyn Nets, gdzie będzie mógł w spokoju odnaleźć dobrą formę. Klub też na tym zarobił, bo w prezencie dostał wysoki pick w bardzo dobrym drafcie. A więc i wilk syty, i owca cała.

 

  • Trenerzy

 

Nate McMillan – Właściwie wszystko, co chciałem powiedzieć o byłym kapitanie statku pod nazwą Blazers zostało już napisane w akapicie dotyczącym trudnego rozstania tego coacha z teamem. Dla tych, co nie lubią dużo czytać i omijają długie dygresje szerokim łukiem wspomnę tylko o tym, co dla mnie najważniejsze. McMillan stracił gdzieś pasję i zdolność do kierowania tą grupą ludzi, dla mnie to oczywisty syndrom wypalenia i chyba dobrze się stało, że obie strony w końcu doszły do porozumienia o rozwiązaniu współpracy. Szkoda, że ta decyzja tak długo dojrzewała w głowach managementu i prezydenta klubu.

 

Kaleb Canales – Bardzo ciężko jest rozliczać nieopierzonego trenera po zaledwie dwudziestu-kilku spotkaniach w roli sternika zagubionych Trail Blazers. Wydaje się jednak, że porządkowanie tego, co rozwalił jego poprzednik przychodziło mu bardzo trudno i na obecną chwilę nie wydaje mi się, żeby Blazers byli chętni do kontynuacji tej myśli szkoleniowej. Pewnie będą się oni rozglądać za jakimś doświadczonym coachem, który będzie umiał dotrzeć odpowiednio do głów zagubionych koszykarzy i chyba tylko w przypadku braku innych opcji Canales może dostać kolejną szansę na poprowadzenie Portland.

 

  • Liderzy

 

Punkty: Aldridge 21,7 pkt.

Hickson 15,1 pkt.

Crawford 14,0 pkt.

 

Zbiórki: Hickson 8,3 zb.

Aldridge 8,0 zb.

Przybilla 5,1 zb.

 

Asysty: Felton 6,5 as.

Flynn 3,8 as.

Crawford 3,2 as.

 

Przechwyty: Matthews 1,5 prz.

 

Bloki: Batum 1,0 bl.

 

Straty: Felton 2,8 str.

 

  • Drużynowo

 

Punkty zdobywane: 97,2 pkt. (16 miejsce w lidze)

Punkty tracone: 97,8 pkt. (18)

Zbiórki: 40,7 zb. (25)

Asysty: 20,4 as. (17)

Przechwyty: 8,0 prz. (12)

Bloki: 4,9 bl. (18)

Straty: 14,2 str. (11)

 

 

 

 

 

 

1 Odpowiedź

  1. Adrian89 pisze:

    dzięki za ten artykuł :) tak na świeżo po przeczytaniu całości zgadzam się mniej więcej ze wszystkim( potem może będę łapał jakieś tezy.
    Ale Jamal jak dla mnie zawiódł może i masz rację że to było ryzyko, sam cieszyłem się że będzie grał w Blazers jednak jego skuteczność w tym sezonie była tragiczna. Nie tego oczekiwał od shootera w teami który w tym sezonie była nastawiony na atak.

    Felton jak dla mnie out. Jamal – sam nie wiem, Choć co do obu taka drobna gwiazdka jedynie kiedy uda się ściągnąć wolnego agenta albo poszaleć w drafcie.

    W przyszłym sezonie widziałbym ( nie śledzę specjalnie NCAA) ale zakładając że Marshall jest rzeczywiście dobry to brałbym go już z 6 pickiem. Kompletnie nie widzę pomysłu Bargnianiego z Sullingerem. Blazers mają ważniejsze problemy niż zmiennik dla Aldridge’a .A  z wymianami wiadomo jak to jest tacy lakers dali by za niego Blake i wszyscy by myśleli że trade jest ok.

    Drugi pick zależny od Jamala jeśli zostaje to on i Matthews i więcej nie potrzeba jeśli nie to potrzeba z 11 sg brać.

    Na pg mamy Marshall + Felton /Flynn( dałbym mu szansę pograć dłużej)
    Na  Sg Matthews / Jamal
    Na Sf Batum i ktoś z 2 rundy draftu by mi się widział albo z 11 ktoś sg/sf. Batum raczej będzie wiodącą postacią więc grając na obu pozycjach by rookie troche pogrywał bo sam sf raczej by ogony grał.
    Pf Aldridge
    C Hickson
    do rotacji pod koszami Thabeet i jakiegoś doświadczonego wolnego agenta sciągnąć,może Kaman ?

    Priorytety
    Zatrzymanie Kwartetu Aldridge/ Batum/ Matthews/ Hickson ( dla mnie strzał w 10 ). Pomysł z pg marshallem jako starter może być zbyt odważne. Przy Feltonie mógłby się wiele nauczyć pytanie czy Feltonowi by pasowała rola nauczyciela/zmiennika docelowo . Bo na początku sezonu wiadomo Felton by zaczynał.
    Pg można wyłożyć trochę kasy zwalniając paru graczy, Portland i tak grywało 8/9 zawodnikami paru zwolnić i miejsce w salary na dobrego Pg jest.

    Do zwolnienie Przybilla- może potrafi bronić ale chłop ma z głową coś nie tak i w ataku niewiele walczy tutaj Hickosn biję go na głowę. ( Hickson w dodatku jest młody a przybilla raczej już lepszy nie będzie) + Thomas.
    Resztę albo ogrywać choć w małym stopniu albo paru jeszcze pozwalniać bo nie ma sensu płacić nawet $ komuś kto nie nadaję się do gry po 5 minut w meczu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *