Tercety, kwartety, kwintety, które nie wypaliły..

Ogromna ilość par oczu jest dziś skierowana w kierunki Miami a konkretnie drużyny Heat. To nie o nich jednak będzie wpis, w żadnym wypadku nie chcę też przekreślać ich dalszych szans na awans (które naturalnie nadal mają), lecz bardziej chciałbym się skoncentrować na przeszłości i potencjalnie wielkich teamach, którym nie udała się wspinaczka na sam szczyt góry o nazwie NBA.

Będzie o czasach Charlesa Barkley’a, Karla Malone’a, Shawna Kempa i Scottiego Pippena oraz ich nieudanych, dalszych próbach wejścia na szczyt. Zapraszam.

A) Wielcy Zwycięzcy

Zacznijmy od dwóch wielkich zespołów, którym udawały się wielkie podboje.

1. Podbój długofalowy i skrupulatnie planowany.

Legendarni Bulls Phila Jacksona. Drużyna budowana latami, krok po kroku, przez 2 świetnych trenerów, uzupełniająca skład rokrocznie. Zespół bazujący na wielkich liderach, ale i na doskonałej obronie. Od obrony z najlepszymi aktorami w tej branży – Scottiem Pippenem, Dennisem Rodmanem/Horacem Grantem i Michaelem Jordanem zaczynała się cała taktyka Bulls, wzorowana na odwiecznych rywalach Detroit Pistons. Drużyna była znakomicie uzupełniana, kolejnymi zadaniowcami, pasującymi do słynnej ofensywy trójkątów. B.J. Armstronga zastępował Ron Harper (choć w pierwszym planie miał on zastąpić samego M.J.’a;  Ron był stoperem i odpowiedzią na Penny’ego Hardaway’a), Luc Longley wszedł w buty Billa Cartwrighta, Scotta Williamsa zastąpił Brian Williams a Willa Perdue – Bill Wennington. Dalej Johna Paxsona – Steve Kerr a zmiennikami Pippena i Rodmana byli Scott Burrell oraz przede wszystkim Toni Kukoc. Na koniec Horace Grant i Dennis Rodman. Jak wiemy cały byczy team ciągnął wielki pasjonat kolejnych tryumfów Michael Jordan, posiadający w swoim organizmie żyłkę do hazardu;-)
Najprawdopodobniej nigdy więcej nie ujrzymy tak unikatowej drużyny, zbudowanej wokół jednego wielkiego lidera, z ‘przepłacanym’ Tonim Kukocem i ‘wiecznie – niezadowolonym’ z zarobków Scottiem Pippenem..

2. Podbój spontaniczny, ale z solidnymi podstawami z przeszłości.

Lato 2007 oznaczało dla Boston Celtics powrót na ligowe salony. Najpierw do Rajona Rondo i Paula Pierce’a, manager klubu – Danny Ainge – dołożył Ray’a Allena (i wówczas Zieloni zostali już postrzegani jako nowa duża siła na Wschodzie NBA). Po chwili wybuchła następna bomba (nie zapomnę komentarza do całej wymiany jednego z moich kolegów „kupuję NBA-league-PASS i oglądam każdy jego mecz!”). Wielki Bilet do Mistrzostwa NBA został nabyty m.in. kosztem Al’a Jeffersona i Geralda Greena. W zespole byli już tacy zadaniowcy jak Tony Allen, Leon Powe, Kendrick Perkins, Delonte West i Brian Scalabrine a do nich dokooptowano jeszcze Jamesa Posey’a. Po udanej próbie podbicia ligi, następny sezon okazał się koszmarem Kevina Garnetta, związanym z kontuzją. Do finałowej rywalizacji, zespół niezwykle cenionego na ławce trenerskiej Doca Riversa, wrócił w 2010 roku, wzmocniony Rasheedem Wallacem. Do dziś zostają oni w grze o ligowe laury, mimo solidnych problemów zdrowotnych. Doświadczenie, zgranie i zroumienie jak w przypadku ekipy Jordana, zostają ich największymi atutami (statystyki metryczne i m.in. zbiórek im nie sprzyjają, ale oni nadal się wspinają!).

B) Najwięksi Przegrani (stopniowanie odnosi się do chronologii wydarzeń)

1. Phoenix Suns – 1993-1995

Słońca urosły w ligowej hierarchii od momentu pozyskania Charlesa Barkley’a, kolejnego MVP. Paul Westphal okazał się pierwszym trenerem debiutantem w finale NBA. Suns mieli w składzie Kevina Johnsona, Toma Chambersa, Dana Majerle, Cedrica Ceballosa czy Danny’ego Ainge’a. Pierwszą batalię przegrali z Chicago Bulls, skazywanych wówczas nawet na porażkę w konfrontacji z wielkim pretendentem. Bolączką teamu z Arizony była zawsze pozycja numer 5 a w kolejnych sezonach angaże Olivera Millera, Danny’ego Manninga, Ś.P. Waymane’a Tisdale’a oraz A.C.Greena niewiele zmieniały. Z kolejnych marzeń o finałach NBA wyciągali ich m.in. Houston Rockets (słynny Kiss of the Death jako rzut za trzy punkty z rogu Mario Ellie)

2. ex quo: Seattle Supersonics i Utah Jazz (1994-1998)

Zespoły, które stawały w szranki z Houston Rockets i Phoenix Suns by po latach usilnych prób w końcu dostać swoje szanse walki o tytuł. Team George’a Karla zbudowany był w oparciu o Gary’ego Paytona, Nate’a McMillana (jego kontuzja przeszkodziła w nawiązaniu wyrównanej walki z Bulls w 1996 roku), Shawne’a Kempa a następnie Sama Perkinsa i Detlefa Schrempfa. Team grający wyższej klasy obronę od Słońc, lubujący się efektownych zagraniach i słynący z piekielnych kontr.

Z kolei słynąca z pick’n’rolli ekipa Jerry’ego Sloana budowała swoją potęgę o osoby Karla Malone’a i Johna Stocktona, po czym dołączył do ich grona Jeff Hornacek. Od przyjścia tego trzeciego rozpoczął się mocny podbój ligi i walka o NBA Finals. Jazzmani bowiem nie raz przegrywali wcześniej – bardzo wyrównane – boje z Sonics, Suns czy Rockets, by ostatecznie i dwa lata z rzędu – dostać szansę walki z Mistrzami (1997,1998). Szacunek im oddał słynny sternik Bulls, Jerry Reinsdorf, wypowiadając słowa, że jego Bulls nigdy nie mieli tak silnych rywali jak Utah Jazz (i coś w tym było prawdziwego).

Czym ustępowali Bykom jedni i drudzy? Tak naprawdę to niemal niczym poza osobą wyjątkowego Michaela Jordana. Bowiem każda z drużyn miała w zbilansowany skład, z solidnymi zmiennikami, świetnymi trenerami i również niemałymi gwiazdami.

3. Houston Rockets (1996-1999)

Po dołączeniu, z pełnym powodzeniem, do zespołu Clyde’a Drexlera w 1995 roku, włodarze klubu zapragnęli spełnić życzenie Sir Charlesa, by pomóc mu w zdobyciu pierścienia. Cena za weterana z coraz częstszymi dolegliwościami kręgosłupa była ogromna (Robert Horry, Sam Cassell, Chucky Brown i Mark Bryant) i niestety tercet Olajuwon-Drexler-Barkley miał za mało wsparcia ze strony kolegów (salary cap napięte było do granic możliwości) a ich ambicje okazały się już nasycone (wszak the Glide miał już upragniony pierścień a the Dream nawet dwa łącznie z tytułami MVP Finals). Rudy Tomjanovich, po latach jednak podkreśla, iż współpraca w wielką trójką była dla niego wyjątkowym i niesamowitym przeżyciem.
Dodam, że na rok po lock’oucie zawitał do Teksasu Scottie (wyższy kontrakt) Pippen ale ten eksperyment nie wypalił. Pip zarzucał Charlesowi, iż już dawno powinien zakończyć karierę niż zajmować miejsce w klubowej puli utalentowanym i młodym graczom, którzy mocniej wsparliby zespół.

4. Portland TrailBlazers (2000-2003)

Historia NBA nie pamięta równie wielkiego potencjału graczy bez tytułu, jaki drzemał w zespole z Oregonu. Mike Dunleavy chwalił się mediach, że mógł wystawiać dwie równe piątki, a na treningach często się zdarzało, że drugi garnitur ogrywał pierwszy. Nic dziwnego, kiedy w składzie mia się: Damona Stoudamire’a, Grega Anthony’ego, Bonziego Wellsa, Steve’a Smitha, Scottiego Pippena, Detlefa Schrempfa, Stacey’a Augmona, Rasheeda Wallace’a, Briana Granta i Arvydasa Sabonisa. Ten team miał na widelcu L.A. Lakers i przed 4 kwartą finałowego meczu z Kalifornii, prowadził 15 punktami. A jednak przegrał..

5. Los Angeles Lakers (2004)

Phil Jackson po 3 z rzędu tytułach miał mieć najłatwiejszą przeprawę podczas swojego 4 sezonu w Kalifornii. Shaq i Kobe bowiem otrzymali ogromny zastrzyk siły w postaciach Gary’ego Paytona i Karla Malone’a marzących o swoim pierwszym tytule. Nieprzewidziane trudności nadarzyły się w pierwszym meczu finałowym, kiedy Mailman nabawił się urazu kolana. W następnych meczach o wiele więcej minut dostawali gracze pokroju Luke’a Waltona i Slavy Medvedienko a oni byli słabiutkim wsparciem dla Shaqa i przy będącej w życiowej formie, parze „Braci” Wallace. Nie należy również wątpić w wysoką formę i świetnie skomponowany zespół Tłoków, który po latach nawiązał do historycznej rywalizacji na linii Detroit – Los Angeles. Chauncey Billups, Richard Hamilton i Tay Prince mocno się wybili podczas finałowych gier i utkwili w pamięci niejednego fana NBA!

C) Zespoły, o których trzeba wspomnieć, budowane latami.

1. New York Knicks, w erze Pata Riley’a (od 1992 do 1995 roku)

Prawdziwi Wojownicy z wielkim liderem – Patrickiem Ewingiem.  Zespół bazujący na ogromnej pracy w defensywie z Johnem Starksem na obwodzie i Charlesem Oakley’em pod koszem. W ataku bazujący na umiejętnościach King Konga oraz masie zasłon dla Johna Starksa, Dereka Harpera oraz Huberta Davisa. Byli bardzo blisko tytułu, gdyby nie fatalny dzień Starksa (Mecz 7 NBA Finals 1994). Furorę robił „uniwersalny żołnierz” Anthony Mason, który swoją posturą przypominał wielkiego streetballowca i szarżował na pozycjach 3 i 4. NYK byli zawsze postrzegani jako wielcy rywale Jordana i Bulls.

2. Indiana Pacers (1994-2001) od Larry’ego do Larry’ego..

Najpierw trener Brown a następnie coach Bird wydobywali to co najlepsze z Pacers. Liderem był oczywiście kochający akcje 3+1 Reggie Miller. Jego gra uzależniona była od walczących pod koszami „braci” Davisów oraz holenderskiego giganta – Rika Smitsa. Ci gracze mieli do pomocy takich wirtuzów jak Mark Jackson oraz Jalen Rose. To oni byli o krok od wyelimonwania Byków z finałów konferencji w 1998 (przegrali w G7). Ich silną stroną była bardzo solidna ławka i bardzo efektywna defensywa.

3.  Sacramento Kings (1999-2004) czyli team, którego ciężko nie kochać!

Rick Adelman po swoich udanych latach pracy w Portland, przeniósł swoje talenty do Kalifornii. Tam zastał prawdziwą konstelację gwiazd z Chrisem Webberem w roli głównej. C-Webba wspierali kolejno: Jason Williams/Mike Bibby, Doug Christie/Hedo Turkoglu, Corliss Williamson/Peja Stojaković, Vlade Divac/Brad Miller. Zespół ten wg wielu obserwatorów został ograbiony z awansu do finału ligi przez sędziów (Tim Donaghy i afera wokół niego) w WCF 2002 przeciwko Lakers. Do dziś jednak zostają symbolem najefektowniejszej dla oka koszykówki z początku XXI wieku. White Chocolate – C-Webb – Vlade i Peja potrafili rozbić każdą obronę NBA!

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

1 Odpowiedź

  1. Marecki pisze:

    Bardzo fajne podsumowanie. Aż się łezka w oku zakręciła. Najbardziej mi żal Utah Jazz, bo gdyby nie Jordan wygraliby bez problemu z drużynami wschodu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *