Grizzlies uciekli spod topora.

Dla Memphis spotkanie rozgrywane w środowy wieczór było grą o życie w tegorocznych rozgrywkach w postseason. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że dzisiaj nie tylko warto byłoby wygrać mecz, ale też zrobić to w taki sposób by nadszarpnąć nieco pewność siebie Clippers, dla których ta seria układała się wręcz wzorcowo. Hollins wiedział, że aby dzisiejsza konfrontacja okazała się zwycięska musi wreszcie uaktywnić swojego dwugłowego podkoszowego potwora, czyli duet Marc Gasol – Zach Randolph. Bez ich pomocy dalsza walka w tej rywalizacji jest praktycznie niemożliwa. Zadaniem dla niego było więc odpowiednie umotywowanie swoich podopiecznych.

Po dwóch, pechowych porażkach w Staples Center akcja przeniosła się do miasta Elvisa. Pamiętając o złych demonach z początków serii Grizzlies nie mogli przesypiać istotnych fragmentów spotkań, a koncentracja jest niezbędna od 1 do 48 minuty meczu. To w poprzednich spotkaniach było swego rodzaju piętą achillesową gospodarzy, nie potrafili oni utrzymać odpowiedniego nastawienia przez cały mecz i to niestety zemściło się na nich w najgorszy z możliwych sposobów.

 

Od początku spotkania było widać, że Grizzlies są bardzo zmobilizowani do tego by przedłużyć swoje szanse na awans do kolejnej fazy Play-Offs. Wprawdzie w początkowej fazie meczu walka odbywała się praktycznie na zasadzie punkt za punkt, ale z czasem to gospodarze coraz śmielej zaczęli dochodzić do głosu. Fantastycznie (wreszcie!) funkcjonowała gra zawodników podkoszowych Memphis. Świetne wrażenie sprawiali i Gasol, i Randolph, co do tej pory było raczej niespotykane w tej serii. Hiszpan do bólu obnażał braki defensywne Blake’a Griffina punktując na wszelkie możliwe sposoby – trafiał spod samego kosza, będąc nawet pierwszym graczem Niedźwiadków w kontrze, skuteczny był także w swoich rzutowych strefach. Randolph z kolei grał bardzo aktywnie wykorzystując przewagę siły nad kryjącymi go rywalami.

 

Co ciekawe boisko szybko opuścił najlepiej dotychczas grający koszykarz Memphis, czyli Rudy Gay. Widać było, że Hollins ma jakiś nowy plan na to dzisiejsze spotkanie. Zadaniem obwodowych, jak już wspomniałem, było dostarczanie jak największej ilości piłek w okolice samego kosza. Gracze z FedExForum konsekwentnie trzymali się tego schematu i stopniowo powiększali różnicę dzielącą obydwa zespoły w pierwszej odsłonie meczu.

 

Dawno nie widziałem tak nabuzowanego Z-Bo, który grał jak natchniony. Świetnie wyczuwał to, że jest dzisiaj w kapitalnej dyspozycji i raz po razie nękał obronę Clippers celnymi rzutami. Kluczową statystyką tej pierwszej kwarty był zresztą fakt, że na 36 punktów Grizz w tej kwarcie aż 27(!) uzyskali do spółki Marc i Zach. Pozwoliło to gospodarzom zakończyć tę odsłonę z aż dwunastopunktową zaliczką.

 

Na oddzielne rozpatrzenie zasługuje też doskonała obrona zawodników z Tennessee. Prawie każdy zdobyty punkt przychodził Clipps z ogromnym trudem, wielką energię w poczynania defensywne wkładał przede wszystkim Tony Allen, który przez swoją ogromną mobilność sprawiał wielkie kłopoty przyjezdnym. Przez wiele momentów tej premierowej ćwiartki goście wydawali się być oszołomieni tym, z jaką łatwością przychodzi Grizzlies egzekwowanie schematów taktycznych nakreślanych przez Hollinsa. Swoje w tej świetnej postawie robili też kibice, którzy w ogłuszający sposób dopingowali swoich ulubieńców.

 

Fani miejscowych z niepokojem spoglądali na to, co będzie działo się w drugiej kwarcie meczu. Jak wszyscy wiemy na tym etapie rywalizacji drużyna Memphis bardzo często miewa przestoje, które odbijają się później na ich postawie w całym meczu. Vinny Del Negro od początku tej odsłony postawił na dość eksperymentalne ustawienie grając trójką bardzo niskich graczy, miało to na celu zdobywanie punktów z obwodu i powolne zbliżanie się do rozpędzonych Grizz.

 

O ile w ataku wyglądało to poprawnie, bo rzeczywiście rzuty z dystansu to była bardzo mocna strona gości na wstępie tej części meczu, to jednak w defensywie niestety przynosiło opłakane skutki. Gracze Hollinsa bezwzględnie korzystali na tym, że przy większości matchupów mają przewagę wzrostu i siły, i tym sposobem zdobywali kolejne oczka do swojego dorobku. Tak naprawdę wyglądało to tak, że to, co udało się nadrobić ekipie Clipps w ofensywie, zaraz było niwelowane przez Niedźwiadków.

 

Sposobem na rozbicie harmonijnej gry Memphis miała być postawiona przez zawodników Del Negro obrona strefowa. Powszechnie wiadomo, że gospodarze nie najlepiej czują się w ataku pozycyjnym, które są budowane w kierunku obwodu – to próbował wykorzystać trener Clippers. Na boisku wrócił też Griffin, który dwukrotnie popisał się świetnymi wsadami z powietrza. Widać było, że ten sposób defensywy jest jakąś odpowiedzią na grę Grizzlies, bo ich przewaga zaczęła stopniowo topnieć.

 

W odrobieniu pięciu z osiemnastu punktów deficytu największą rolę odgrywali wspominany już Griffin, który w tej fazie meczu miał już dziesięć oczek na swoim koncie i Mo Williams, który dwukrotnie niepokoił gospodarzy celnymi rzutami z obwodu. Na całe szczęście dla Memphis ich zawodnicy nie przespali tego fragmentu drugiej kwarty i przewaga ciągle oscylowała wokół bezpiecznej granicy +10 na ich korzyść. Jedyne, co tak naprawdę mogło martwić kibiców tłumnie zgromadzonych w FedExForum to dość przeciętna postawa Rudy’ego Gaya, który jakoś nie mógł odpowiednio wejść w swój rytm.

 

Wśród przyjezdnych zawodził Chris Paul, który nie tylko nie punktował, ale i specjalnie nie rozprowadzał piłek swoim kolegom. Co ciekawe już do przerwy spudłował dwa rzuty osobiste, co jest do niego niepodobne. Grizz natomiast kontynuowali ekspozycję swojej koszykówki znanej z pierwszej części spotkania – świetną współpracę między sobą pokazywali Gasol i Z-Bo, a reszta piątki umożliwiała im takie granie wykazując się sporą ruchliwością w ofensywie.

 

Końcowe fragmenty tej części meczu to już uważna gra obydwu ekip przede wszystkim w defensywie – żadna z nich nie chciała pozwolić na to by przeciwnicy weszli w jakąś punktową serię i tym samym zmniejszyli (Clippers) lub zwiększyli (Grizzlies) różnicę ich dzielącą. Efektem tego była gra cios za cios, co wpłynęło na końcowy wynik tej kwarty (+1 dla Niedźwiadków) i połowy (+15).

 

Trzecia kwarta to okres kombinowanej defensywy z obydwu stron. Widać było, że obu ekipom zależy przede wszystkim na zacieśnieniu strefy podkoszowej i wymuszenie na rywalu jak największej ilości rzutów, z często nieprzygotowanych pozycji, na dystansie. Na całe szczęście dla Grizzlies miejscowi nie wikłali się w tak niedobre dla nich rozwiązania i cały czas cierpliwie kierowali piłkę w trumnę. Znowu najjaśniej świeciła gwiazda Marca Gasola, który chyba za wszelką cenę chciał zerwać z opinią o tym, że w tej serii jest bardziej intruzem niż ważną postacią drużyny Memphis.

 

To, co mogło się podobać fanom Grizzlies to przede wszystkim ofiarna gra na atakowanej desce i próby podwojeń, które często kończyły się wymuszeniem strat na ekipie Del Negro. Ciągle jakby poza meczem był Paul, świetną robotę na Griffinie wykonywał Gasol, a Allen rozbijał w doskonały sposób ataki pick’n’roll ekipy z Miasta Aniołów. Jedyne, co mogło niepokoić fanów Grizz to fakt, że cztery faule złapał Mike Conley. Mimo tego konsekwentni do bólu gracze z FedExForum trzymali przeciwników na bardzo bezpieczny dystans.

 

W pewnym momencie narastająca frustracja przyjezdnych doprowadziła do dwóch kolejnych fauli technicznych. Było to niejako pokłosie ich indolencji w ataku, szczególnie niekorzystne wrażenie sprawiał CP3, który w żaden sposób nie mógł przebić się przez szczelny mur obronny gospodarzy i bardziej niż grą zajmował się kontestowaniem nieźle gwiżdżących w tym meczu arbitrów.

 

Na osobny akapit zasługuje imponująca gra w tej odsłonie młodszego z braci Gasolów. To, co dzisiaj wyprawiał Hiszpan jest chyba najlepszą historią tego meczu. Tak nagła przemiana centra Memphis może mieć również niebagatelny wpływ na losy tej serii. Mówiąc o tej świetnej postawie Katalończyka mam na myśli głównie jego defensywę, a także pasjonujące poświęcenie, z jakim oddawał się grze. W tym spotkaniu był nie tylko liderem w ilości zdobytych punktów, ale także sercem, mózgiem i centralnym układem nerwowym całego swojego teamu.

 

Pod sam koniec trzeciej odsłony ekipie gości udało się trochę podgonić Grizzlies. Gracze Del Negro mieli w tym momencie serial punktowy 8-0 i różnica dzieląca obydwa teamy została zmniejszona do siedemnastu punktów. W tym okresie zadrżały też na chwilę serca wszystkich kibiców L.A, w podkoszowym starciu z Gasolem na parkiet upadł Griffin. Nie podnosił się z niego przez dłuższą chwilę i wydawało się, że możemy być świadkami kolejnej przykrej kontuzji ważnego gracza ligi. Zaraz jednak wrócił na boisko i wydaje się, że tym razem obędzie się bez dłuższego rozbratu z koszykówką.

 

To całe wydarzenie nie wpłynęło najlepiej na graczy Hollinsa. Widać było, że absencja Conleya jest dla nich bardzo odczuwalna, pod jego nieobecność za rozgrywanie wziął się O.J. Mayo i tu muszę niestety dość przykro dla niego skonstatować – wychodziło mu to fatalnie, dwie głupie straty, zero ustawionych akcji. To doprowadziło do powiększenia runu Clippers do 14-2 i w konsekwencji do odrobienia połowy z 24punktowej straty. Przed ostatnią odsłoną wszystko było więc jeszcze możliwe.

 

Wydarzenia z początków czwartej kwarty zaczęły nieco przypominać to, co oglądaliśmy w game 1 tej serii – gospodarze wpadli w jakąś dziwną niemoc, której w żaden sposób nie mogli się przeciwstawić. Na parkiecie nie istniał w ogóle Gay, który do tej pory nawet jeśli grał słabiej we wczesnej fazie spotkań, to zawsze na końcówkę wychodził bardzo zmobilizowany, tym razem było inaczej. Formy z pierwszej kwarty nie mógł znaleźć Z-Bo, a Gasol odpoczywał. W jego miejsce na boisku pojawił się Speights i trzeba przyznać, że w tym fragmencie był chyba najlepszym graczem Miśków. Wśród Clipps natomiast bardzo dobrze grał Mo Williams, który trafiał ciężkie rzuty, powoli rozpędzał się też CP3.

 

Ambitnie walczący gracze z Los Angeles ani myśleli o tym by zrezygnować z walki o triumf w dzisiejszym spotkaniu, koncertową partię grał Williams, który trafiał bardzo trudne rzuty i trzymał swój team w grze. Kiedy prowadzenie Grizz zmalało do zaledwie sześciu punktów wszyscy fani zaczęli nerwowo obgryzać paznokcie, mając świeżo w pamięci to, co zdarzyło się w pierwszym pojedynku tej rywalizacji. Pech Clipps polegał na tym, że obydwaj ich liderzy, czyli Paul i Griffin musieli zmagać się z urazami, które krępowały ich poczynania. To z kolei była szansa dla niespokojnie grających gospodarzy.

 

W kolejnych akcjach oba teamy zafundowały nam pokaz nieskuteczności w ofensywie, częściowo było to spowodowane niezłą defensywą (mrówcza robota wykonywana przez Pondextera na CP3!), a częściowo chyba zmęczeniem. Świetnie grający do tej pory Mo zaczął w końcówce nieco forsować, a przez to i rwać rzuty (wyjątek śliczny rzut po off-screenie na 2 sekundy przed zakończeniem czasu na akcję). Wśród Grizzlies natomiast nie mogli się wstrzelić ci, którzy do tej pory dyktowali tempo, czyli Gasol i Z-Bo. Na półtorej minuty przed końcem meczu Grizz prowadzili 85-77 i byli w posiadaniu piłki, wtedy o czas poprosił coach Clippers.

 

Po przerwie piłka oczywiście trafiła w ręce Gaya, który został zapędzony w róg boiska, gdzie gracze z Miasta Aniołów skutecznie go potrajali. Rudy otoczony przez rywali zdołał oddać piłkę Randolphowi, który był faulowany. Z dwóch rzutów wolnych wykorzystał jeden, ale na szczęście dla gospodarzy kapitalnie na atakowanej desce zagrał Gay. Z linii końcowej odrzucił on piłkę do Conleya, który oddał ją z powrotem w ręce gracza z numerem 22. Ten w cudowny sposób zwiódł obronę i kiedy kończył się czas na rozegranie, dorzucił jeszcze dwa punkty. Dawało to Miśkom dziewięć punktów przewagi na 19 sek. przed końcem i powoli jasne się stawało, że ta konfrontacja będzie trwała jeszcze co najmniej 48 minut.

 

Końcowe fragmenty meczu to rzuty osobiste ze strony Niedźwiadków i rozpaczliwa próba ratowania wyniku przez podopiecznych Del Negro. To, co jest godne odnotowania to na pewno kuriozalny błąd Mo Williamsa przy wyprowadzaniu piłki i skuteczna egzekucja Grizz z linii rzutów wolnych. Mecz obfitujący w wiele, czasem skrajnych emocji zakończył się więc triumfem gospodarzy i wydłużył ich szanse na awans do półfinałów konferencji.

 

Ciekawostki:

 

  • Tylko ośmiu drużynom udało się odwrócić losy rywalizacji przy stanie 1-3 w serii best-of-seven. Ostatnią taką drużyną było Phoenix Suns, którzy pokonali L.A. Lakers w 2006 r.
  • Co ciekawe Lionel Hollins uczestniczył w takim wydarzeniu wraz ze swoją ówczesną drużyną Philadelphią 76ers – wtedy to Bostonowi udało się pokonać Philly mimo takiego deficytu.
  • Clippers zapisali na swoim koncie w tym meczu aż pięć fauli technicznych, przy zaledwie jednym Memphis.
  • Gilbert Arenas spędził na boisku nieco ponad dwie minuty – w tym czasie Memphis stracili pięć punktów, bez swojej odpowiedzi.
  • Graczom Grizzlies nie udało się w tym meczu ani razu trafić zza linii 7,25m. Clippers trafili siedem takich rzutów.
  • Clippers zakończyli mecz na poziomie 37,1 % z gry, dla porównania Memphis rzucało ze skutecznością 44,4 %.
  • Po przerwie podopieczni Hollinsa zanotowali tylko jedną asystę.
  • Kluczem do zwycięstwa okazały się punkty z pomalowanego – Grizzlies mieli ich 48, przy zaledwie 26 gości.
  • Chris Paul opuścił końcówkę spotkania z powodu bólu w pachwinie.

 

Liderzy:

 

Memphis:

 

Punkty – 23 Gasol, 19 Randolph, 14 Gay

Zbiórki – 10 Randolph, po 7 Gasol i Pondexter

Asysty – 6 Conley, 4 Gasol, 2 Mayo

Przechwyty – po 2 Allen i Pondexter

Bloki – 3 Allen

 

Los Angeles:

 

Punkty – 20 Williams, 19 Paul, 15 Griffin

Zbiórki – 11 Griffin, 9 Evans, 6 Paul

Asysty – 4 Paul, po 2 Butler, Jordan i Foye

Przechwyty – 4 Paul

Bloki – 2 Jordan

 

Zawodnik meczu:

 

Marc Gasol (Memphis) – Fantastyczna postawa w pierwszej połowie spotkania duetu graczy podkoszowych Grizzlies niejako ustawiła to spotkanie. Obydwaj ci gracze wreszcie zagrali tak, jak się tego od nich oczekuje i byli rzeczywistą siłą, która poprowadziła Memphis do bezcennego zwycięstwa. Szczególnie korzystnie prezentował się właśnie Hiszpan, który przez większość meczu był zbyt silny dla kryjących go rywali i umiejętnie obnażał ich słabości. W końcówce wprawdzie nieco osłabł, ale to może być spowodowane dużą intensywnością meczu – jak wiemy Katalończyk nie jest przecież wydolnościowcem i często kondycyjnie nie wytrzymuje trudów spotkań. Przez swoją imponującą postawę we wcześniejszych fragmentach meczu w pełni jednak zasłużył na miano gracza meczu. Walczył za dwóch, grał z pasją i poświęceniem, a ponadto uprzykrzał grę rywalom w najlepszy z możliwych sposobów – szczelną i intensywną obroną.

 

Antybohater meczu:

 

O.J. Mayo (Memphis) – Kolejny absolutnie bezbarwny występ kluczowego rezerwowego Hollinsa. Bez jego dobrej gry trudno będzie myśleć Grizzlies o zwycięstwach w dwóch kolejnych spotkaniach. Do tej pory, przynajmniej w FedExForum zawsze można było na niego liczyć. Dziś zagrał jednak bardzo słabo i kiedy tylko przebywał na parkiecie to bardziej przeszkadzał swoim kolegom niż im pomagał. Zaskakujące jest to, że większość czasu spędzanego na boisku gra jako playmaker, może na tym w jakiś sposób cierpi jego gra, bo to na pewno nie jest zawodnik uprzywilejowany do prowadzenia gry. Może więc czas sięgnąć po Arenasa, albo Hudsona?

1 Odpowiedź

  1. Adrian89 pisze:

    Gasol kryję Griffina i od razu wygrana, dlaczego tak późno Panie Hollins?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *