Podsumowanie sezonu – Milwaukee Bucks

Czas Play-Offów to dla jednych zażarta walka o prymat w lidze i okazja do tego by jak najdłużej gościć na ekranach naszych telewizorów/komputerów/smartphonów, dla innych jest to natomiast okres gorących podsumowań, analizy tego, co zrobiło się dobrze, a co źle. Tak jest z ekipami, które niestety rozpoczęły już swoje wakacje i mają teraz sporo do przemyślenia na temat funkcjonowania swoich organizacji. Ostatnio podsumowałem dla Was rozgrywki w wykonaniu Sacramento Kings z Konferencji Zachodniej, teraz przychodzi czas na wystawienie cenzurki teamowi z Milwaukee.

Kozły były jedną z tych drużyn, które bardzo mocno walczyły o to by znaleźć się w grach, w postseason. Przesypiając jednak pierwszą część skróconego sezonu znacznie utrudniły sobie to zadanie. Pomimo tego prawie do końca były w grze o przedłużenie swojej kampanii. Dopiero na dwa mecze przed ostatecznym rozwiązaniem zasadniczej fazy rywalizacji definitywnie straciły szansę na to by wyprzedzić Philadelphię 76ers i tym samym ich gracze mogli wybrać się na urlopy.

 

Zespół z miasta znanego z popularnych motocykli Harley-Davidson i niezłego piwa może jednak być umiarkowanie zadowolony z tego, co pokazywał na parkiecie. Wprawdzie zabrakło trochę do tego by móc osiągnąć pełnię szczęścia i walczyć w grach posezonowych, ale na pewno nie były to bardzo złe rozgrywki w ich wykonaniu. Po części winę za brak awansu można zrzucić na to, że przez większość czasu musieli sobie radzić bez ważnych graczy. Na pewno nie jest to jednak jedyny powód, przez który kibice z Bradley Center nie będą mogli już dłużej emocjonować się poczynaniami swoich ulubieńców.

 

Teraz przed włodarzami klubu stoi do spełnienia ważna misja – muszą wyciągnąć wnioski z tego, co się wydarzyło i jak najlepiej rozdysponować swoimi wyborami w nadchodzącym drafcie. Ponadto przydałoby się wzmocnić drużynę tak by była ona równie mocna w każdym elemencie gry. Póki co jest trochę tak, że im bardziej solidnie przyciśnie się ich zawodników obwodowych tym większa jest szansa na wygranie spotkania. Zespół musi być równomiernie zbudowany, a w tej chwili jest chyba zbyt duża różnica pomiędzy klasą koszykarzy grających na dystansie, w porównaniu do tych, którzy tworzą formację podkoszową. Czas więc na małą przebudowę, tak by było to jak najmniej odczuwalne w przyszłorocznych zmaganiach.

 

  • Zmiana frontu.

 

Latem w zespole doszło do kilku ruchów transferowych, które miały na celu podnieść jakość gry drużyny i przywrócić zakochanym w koszykówce fanom emocje związane z udziałem w potyczkach w postseason. Zdecydowano się pożegnać z kilkoma koszykarzami, którzy w ostatnim okresie byli bardzo znaczącymi postaciami w teamie. Głównie mam tutaj na myśli Michaela Redda, czyli najlepszego zawodnika Bucks w XXIw. Pewnie ten gracz miałby duże szanse na renegocjację umowy, gdyby tylko stan jego zdrowia na to pozwalał. Niestety jeden z najlepszych naturalnych strzelców ostatniej dekady tej ligi to zawodnik, przy którym można było postawić wielki znak zapytania. A że chairmani Kozłów nie mieli zbytnio miejsca na pomyłkę to postanowiono nie odnawiać kończącego swój bieg kontraktu. To na pewno spory cios dla kibiców, którzy wręcz hołubili Redda, ale oni też zrozumieli, że był to ruch obciążony zbyt dużym ryzykiem.

 

Do Bostonu oddano solidnego obwodowego obrońcę Keyona Doolinga, za którego Celtowie poświęcili przyszłościowy, drugorundowy pick w drafcie. Po wojażach w Europie do zespołu nie wrócili Chris DouglasRoberts i Earl Boykins. Jak więc dobrze widać – wszyscy ci gracze to zawodnicy grający dalej od kosza. Oznaczało to uszczuplenie rotacji w tym punkcie na rzecz podpisania wartościowych podkoszowych. Jak się później okazało ostatecznie z tych planów wyszło niewiele i raczej na tych transferach niczego w klubie nie zyskano.

 

Szefowie klubu z Wisconsin wykazali też sporą inicjatywę w kwestii wymian. Uczestniczyli bowiem w najszerszej z tych, które przeprowadzono w okresie sezonu ogórkowego. Objęła ona swoim zasięgiem trzy zespoły – wspominane przeze mnie już Sacramento, Charlotte Bobcats i właśnie Milwaukee. Dzięki temu do miasta Harleya trafili Stephen Jackson, Shaun Livingston i debiutant Tobias Harris z miasta reprezentującego Północną Karolinę, a także Beno Udrih z Kalifornii. W zamian poświęcono Johna Salmonsa i żółtodzioba Jimmera Fredette, którzy trafili do Sacto i Coreya Maggette, który wzmocnił organizację zarządzaną przez Michaela Jordana.

 

Wydawało się, że te ruchy pomogą drużynie Scotta Skilesa w przekreśleniu grubą kreską zeszłorocznego, nieudanego sezonu i tym samym rozpoczną w klubie swoistą nową erę. To czego często brakowało Bucks w zaciętych końcówkach i meczach prowadzonych na styku, a więc doświadczenia i zimnej krwi miał dodać weteran Jackson. Livingston i Udrih mieli za zadanie pomóc Jenningsowi w prowadzeniu gry, a także pozwalać największej gwieździe Kozłów na częstszą grę jako rzucającego obrońcy. Do tego dochodził jeszcze podobno bardzo utalentowany Harris, który terminując przy Dunleavym i Delfino miał uczyć się gry w lidze.

 

Oczywiście wielu żałowało, że nie będzie już okazji do podziwiania wysokich umiejętności Salmonsa, który pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie przez te półtora sezonu spędzone w Wisconsin. Jego mądry, uporządkowany styl gry często był swego rodzaju przeciwwagą dla grającego bardzo żywiołowo i przebojowo Jenningsa. Pozwalało to tworzyć tym zawodnikom niezły duet obwodowy skojarzony na zasadzie kompletnego przeciwieństwa.

 

Maggette’go bezpośrednio miał zastąpić Jackson. Zawodnik, który nigdy nie boi się brać odpowiedzialności na swoje barki, zawsze poświęca całe zdrowie dla korzyści drużyny i jest przede wszystkim świetnym obrońcą, który pozwala swoim rywalom na rzucanie ze średnią skutecznością 40%, będzie idealnie pasował do stylu prezentowanego przez wybrańców Skilesa. Stylu ‚brudnego‚, opartego na twardej defensywie, pozbawionego praktycznie fajerwerków w ataku.

 

Wszyscy zdawali sobie jednak sprawę z tego, że Jax to nie tylko urodzony przywódca i naturalny lider, ale też facet, który często nie potrafi poradzić sobie z ogarniającą go frustracją. Przez wiele lat jego gra była bowiem określana popularnym w Stanach mianem – ‚underrate‚. Grywał świetnie, ale zazwyczaj w słabych zespołach. Powodowało to, że ta wspomniana frustracja kompresowała się gdzieś w środku i wystarczyło bardzo niewiele do tego by wydostała się na zewnątrz. Na nieszczęście dla zespołu Bucks moment rozładowania tego negatywnego stanu przyszedł właśnie w tym roku. Jackson nie potrafił w żaden sposób pomóc swojemu zespołowi, indywidualnie wyglądał wręcz tragicznie rzucając ledwo ponad dziesięć punktów na mecz, przy kompromitującej skuteczności rzędu 35 % z gry i nieco ponad 30% zza łuku. Dodatkowo jego słaba postawa odbijała się echem na występach całej drużyny i w końcu postanowiono rozwiązać ten mariaż wysyłając niepokornego gracza na banicję.

 

Bez błysku grali też Udrih i Livingston. Słoweńcowi wyraźnie nie odpowiadała rola rezerwowego, który występuje na parkiecie bardzo krótko i przez to, nawet wtedy kiedy grał, robił to bardzo średnio. To jest bowiem taki typ zawodnika, który musi czuć zaufanie szkoleniowca, a jego efektywność jest proporcjonalna do czasu spędzanego na boisku. Tutaj niestety trafił na mur w postaci Jenningsa, którego w żaden sposób nie udawało mu się przebić i niestety w końcówce sezonu pełnił w zespole marginalną rolę.

 

Problemem Livingstona był natomiast fakt, że Skiles często wystawiał go na tak nielubianej przez niego pozycji rzucającego obrońcy. Wszyscy doskonale wiemy na czym bazuje ten koszykarz i trzeba przyznać, że na pewno nie są to predyspozycje do zdobywania punktów. W innym przypadku niestety mógłby się w ogóle nie liczyć przy ustalaniu składu, bo na tę chwilę jest koszykarzem gorszym nie tylko od Brandona, ale też od Słoweńca. Grywał więc na dwójce, a produktywność jego koszykówki w tym miejscu była bardzo niska. Powodowało to, że wraz z rozwojem rozgrywek również stopniowo tracił kolejne minuty. Był nawet moment, kiedy został oddelegowany do NBDL.

 

Jak więc widać to, co miało pozwolić zespołowi wznieść się na wyższy poziom i walczyć jak równy z równym z tuzami Wschodu okazało się przysłowiowym gwoździem do trumny. Żaden z pozyskanych latem graczy nie był dla zespołu tym kim miał być w założeniu. Szczególnie oczywiście zawiedziono się na Jacksonie, dla którego Skiles szykował rolę lidera, szczególnie takiego lidera w wydaniu mentalnym, który przez swoje doświadczenie i lata występów na parkietach ligi miał być autorytetem i mentorem dla tych mniej wprawnych zawodników Bucks.

 

To wszystko doprowadziło do tego, że w klubie szukano kolejnych sposobów na polepszenie sytuacji Kozłów. Pomimo tego, że grali oni bardzo przeciętnie to ciągle liczyli się w walce o to by wiosną zagrać w dalszej fazie rozgrywek. Było więc wręcz wskazane, żeby poszukać innych rozwiązań na te problemy, które dotykają zespół.

 

Jak już wspomniałem szybko wycofano się z koncepcji budowy młodej drużyny wokół chimerycznego Jaxa i szukano sposobu by pożegnać się z nim, ale przy tym nie zostać z niczym. Pomyślano więc o tym by skonstruować wymianę zahaczającą o większą ilość zawodników. Idealnym kandydatem na dołączenie go do transferu z udziałem byłej gwiazdy Warriors i Bobcats był Andrew Bogut. Kolejny, dość wadliwy element szkieletu drużyny. Jego problemem nie była słaba gra i brak przełożenia indywidualnych dokonań na rzecz organizacji, ale kontuzje. Urazy bezustannie krępują bowiem rozwój jego kariery i w końcu ktoś w klubie powiedział dość – jeśli będziemy ciągle wierzyć w to, że Australijczyk wyzdrowieje i kiedyś będzie centralnym elementem układu drużyny to możemy się bardzo przeliczyć i stracić na tej podstawie wiele kolejnych sezonów. Zaproponowano więc wymianę z udziałem Jacksona i Boguta Golden State Warriors, w zamian Bucks mieli otrzymać Montę Ellisa i Ekpe Udoha. Włodarze klubu z Oakland przyklepali tę ofertę i dość niespodziewany ruch stał się faktem. Dla wielu kibiców z Bradley Center była to nawet nie niespodzianka, ale istna sensacja. Wydawało się bowiem, że kto jak kto, ale Bogut ma w tym klubie carte blanche – może nawet przez miesiące pozostawać poza grą, a i tak to zawsze on będzie kreowany na najważniejsze ogniwo zespołu. Okazało się jednak, że w NBA nic nie trwa wiecznie i każda cierpliwość ma swoje granice.

 

Po przyjściu ultraszybkiego i trochę nieogarniętego rzucającego z Oakland styl gry drużyny uległ zmianie. Bucks mieli teraz na obwodzie najbardziej błyskotliwy i jeden z najbardziej kreatywnych duetów w całej lidze, więc ta zmiana była raczej naturalną koleją rzeczy. Oczywiście ten tandem ma swoje wady, powiedziałbym nawet, że megawady, które raczej dyskryminują ich w walce o najwyższe cele, ale na tę chwilę nic lepszego za ‚połamanego‚ centra nie dało się wyjąć. Wracając jednak do tematu – Kozły zaczęły grać inaczej, przez chwilę nawet udało im się doskoczyć do ósmego miejsca na Wschodzie, ale niestety by postawić ‚kropkę nad i’ nie wystarczyło pary. Tak więc kolejna kampania bez Bucks w grach posezonowych stała się faktem.

 

  • Czy rozstanie z Bogutem nie było nazbyt pochopne?

 

Wielu ekspertów upatrywało w gigancie z Milwaukee materiał na to by przez lata być w National Basketball Association postacią wyróżniającą. Szczególnie dzisiaj, kiedy w lidze na pozycji środkowego mamy deficyt dobrych graczy. Oczywiście należy się z tym zgodzić – zdrowy Australijczyk to jeden z pięciu najlepszych centrów w NBA. Problem w tym, że liczenie na to, że ominą go problemy ze zdrowiem przypomina nieco nadzieję głupca. Jedynym sezonem, który udało się dograć Bogutowi w całości, bez większych problemów z urazami to ten obejmujący lata 2005/06. Jak łatwo policzyć było to dokładnie sześć lat temu, a dla ‚Kangura’ był to debiut w lidze. Od tego czasu każde kolejne rozgrywki naznaczały w mniejszym lub większym stopniu właśnie różnego rodzaju zdrowotne dolegliwości.

 

Co najgorsze trudno przewidywać, co w danym momencie będzie dokuczało temu zawodnikowi. Raz wysiada mu kolano, raz ma złamaną rękę, a później ma ogromne kłopoty z plecami. To bardzo niepokojący syndrom, o ile jeszcze wszystkie kłopoty byłyby jednolitego pochodzenia to wtedy przynajmniej wiadomo, na co kłaść nacisk, a tak to możemy bawić się tylko w obstawianie, co zaszwankuje jako kolejne.

 

Uważam więc, że ruch Kozłów nie był wcale pochopny. Ile można czekać na to by sytuacja uległa poprawie? Moim zdaniem i tak bardzo dużo czasu poświęcono na to by pomóc Bogutowi wrócić do pełnej sprawności. Nie można jednak przez cały czas tkwić w tej niepewności polegającej na tym ile meczów uda się mu rozegrać. Milwaukee nie oddało go za darmo, w zamian dostało solidnego gracza, o ugruntowanej pozycji w lidze, który nawet jeżeli się nie sprawdzi może być kartą przetargową w kolejnych transakcjach. Oczywiście za w pełni sprawnego centra można było dostać jeszcze więcej, ale tu rodzi się pytanie, czy Australiczyk będzie jeszcze kiedyś w pełni dostępny. Poza tym – gdyby nie miał on swoich komplikacji to pomysł transferu w ogóle by się nie narodził. Tak przynajmniej wiadomo, że koncepcja budowy teamu uległa zmianie i można te klocki próbować układać na nowo.

 

Drugą, osobną do rozpatrzenia kwestią jest kontrakt środkowego z Antypodów. Nie należy on oczywiście do najmniejszych, dodatkowo jest on zbudowany na zasadzie progresji, a więc każdego kolejnego roku jego pobory wzrastają. Powoduje to, że w sezonie 2013/14 jego zarobki wzrosną do 14 milionów dolarów za sezon. Umowa Ellisa nie dość, że jest o rok krótsza to w dodatku gwarantuje stałość wypłat – przez najbliższe dwa sezony nie będzie ona rosnąć i wyniesie 11 milionów dolarów za każdy rok gry. Bucks więc nie tylko dostali w zamian kompetentnego zastępcę, ale też sporo na tym zaoszczędzili, przecież do tej wymiany dorzucili też sporo warty kontrakt Jacksona. To kolejny powód by sądzić, że był to przemyślany krok z ich strony.

 

  • Czy duet Jennings-Ellis gwarantuje rozwój zespołu? Czy może jest to tylko krótkotrwałe rozwiązanie?

 

Drastyczne pożegnanie z bohaterem wcześniejszego akapitu postawiło przed władzami organizacji nowe utrudnienia do przezwyciężenia. Przede wszystkim spowodowało, że dysproporcja między backcourtem, a frontcourtem została jeszcze spotęgowana. W obecnej chwili Kozły na dystansie mają aż przesyt zawodników, których ulubionym zajęciem jest rzucanie, błyszczenie i zdobywanie punktów, za to pod koszem ze świecą możemy szukać kompetentnych zawodników. Praktycznie poza Goodenem i Ilyasovą nikt nie gwarantuje choćby niezłego poziomu w ofensywie.

 

Rozwiązaniem tych przeszkód mogłoby być poświęcenie jednego z dwójki graczy Jennings-Ellis i zbudowaniu na jego podstawie kolejnego handlu. Odpowiednie przeprowadzenie takiej wymiany mogłoby sprawić, że do Wisconsin trafiłby kolejny solidny gracz podkoszowy – odciążyłoby to w znacznym stopniu często ‚przepracowanych‚ Ilyasovy i Goodena. To są bowiem jedyni zawodnicy, którzy grożą rywalom jakąkolwiek inicjatywą po atakowanej stronie parkietu. O ile jeszcze w defensywie nie wygląda to tak źle, bo Larry Sanders, Jon Leuer i Ekpe Udoh to całkiem porządni obrońcy, to w ataku wygląda to wręcz tragicznie.

 

Może nie byłoby tego tematu, gdyby duet Brandon-Monta był nieco bardziej urozmaicony. Niestety są to zawodnicy o bardzo zbliżonej do siebie konstrukcji. Obaj bardzo lubią kolekcjonować imponujące zdobycze punktowe, efektowną grę i brak angażowania się w defensywę. Zarazem ani jeden, ani drugi nie jest typowym strzelcem, którego naturalnym zajęciem jest rozbijanie defensywy przeciwników przez rzuty z dystansu. Najczęściej ich trafienia pochodzą z przebojowych penetracji w okolice kosza, gdzie ich efektywność zdecydowanie wzrasta. Zresztą nawet styl rozgrywania mają podobny – wejście w trumnę i odrzucenie piłki na obwód.

 

Istnieje więc realne zagrożenie, że postawa Bucks zacznie przypominać tę znaną z Golden State czasów Dona Nelsona. Oni też zawsze dysponowali piekielnie szybkimi guardami, którzy zamiennie stosowali rolę rozgrywającego i rzucającego, ich podkoszowi też umieli zdobywać punkty, za to w defensywie wyglądali przerażająco słabo. Nie przypomina wam to obecnego rosteru Milwaukee? Może się więc okazać, że w przyszłym sezonie Kozły przejdą transformację z najwolniej grającej drużyny w lidze (sezon 2010/11) do ekipy prezentującej najszybszy basket i rzucający grubo ponad sto punktów w każdym meczu. To z jednej strony wygląda całkiem fajnie, ale nie trzeba chyba nikomu przypominać, że Warriors byli na ustach całej ligi przez góra dwa sezony, w czasie których przeszli raptem jedną rundę Play-Offów.

 

Wydaje się więc naturalną sprawą, że teraz przychodzi czas kontynuowania przebudowy. Być może będzie to okupione brakiem awansu do gier w postseason również w następnym roku, ale od chwilowego, jednorazowego błysku jest chyba zbudowanie solidnych podwalin pod mocną drużynę na lata? W mojej opinii zespół powinien więc opuścić co najmniej jeden z dwójki EllisJennings. Ze wskazaniem na tego pierwszego – Jennings jest bowiem zawodnikiem lepiej znającym to środowisko, zżytym już nieco z tutejszymi fanami i z całym teamem. To zdecydowanie przemawia na jego korzyść. Poza tym uważam też, że z niego można jeszcze ulepić troszkę innego gracza, Monta na zmianę frontu jest już chyba zbyt przekrwiony tym sposobem gry.

 

  • Jak zniwelować różnicę siły pomiędzy konkretnymi rewirami boiska?

 

Jak już kilkukrotnie wspomniałem w tym podsumowaniu to, co sprawia, że Bucks nie mogą wyrwać się ze szponów przeciętności jest fakt, jak duża jest różnica siły między konkretnymi formacjami. Bardzo silni koszykarze grający dalej od kosza nigdy bowiem nie będą tak dużą przewagą w konkretnych match-upach jak dysponujący podobnym potencjałem gracze podkoszowi. W dzisiejszych czasach, gdzie wiele meczów rozgrywa się na obwodzie podstawą jest posiadanie przynajmniej jednego mocnego środkowego/silnego skrzydłowego. Kozły owszem, mają solidny duet Ilyasova-Gooden, ale ciężko posądzać któregokolwiek z nich o bycie gwiazdą tej ligi. Inaczej rzecz ma się z np. Ellisem, który pomimo tego, że nie jest nawet all-starem, to jednak dużo bardziej działa na wyobraźnię przeciętnego widza NBA.

 

Dlatego moim zdaniem tak uparcie walczono o to by przywrócić do gry Boguta. Posiadanie takiego zawodnika w rosterze zawsze znacznie lepiej sytuuje drużynę w przedsezonowych przewidywaniach. Naturalne jest też to, że mając ‚w trumnie‚ takiego kolosa dużo trudniej jest przedostawać się w pole trzech sekund szybkim jak błyskawica playmakerom przeciwników. Pozwala to ograniczyć w jakimś tam stopniu dobrą grę obwodowych drużyn grających z taką ekipą. Dużo łatwiej broni się też takiego, nieco przestraszonego wizją wejścia w pole trzech sekund, zawodnika.

 

Teraz w Bucks nastała trochę patowa sytuacja. Co najwyżej przeciętni, by nie powiedzieć słabi obrońcy na pozycjach 1-2, grający jako center naturalny silny skrzydłowy Drew Gooden i grający jako czwórka nominalny small forward Ersan Ilyasova. Z całym szacunkiem, ale taki zestaw graczy nie przestraszy żadnej ekipy w tej lidze, nawet żałośnie wyglądających w tej kampanii Charlotte Bobcats. A jak wszyscy doskonale wiemy – samym atakiem meczów się nie wygrywa.

 

Rodzi się więc wielkie wyzwanie dla kierownictwa zespołu z Bradley Center. Jeśli nawet nie uda się dopiąć jakiejś transakcji pozwalającej na wzmocnieniu strefy podkoszowej to będzie jeszcze okazja wykazania się na rynku wolnych agentów. Po pozbyciu się Boguta i Jacksona Kozły będą miały w lecie około dwunastu milionów dolarów na to by ściągnąć do siebie jakiegoś wysokiego gracza. Już w tej chwili do wzięcia jest chociażby Greg Oden, dla którego taki kontrakt mógłby być szansą na powrót do ligi – myślę, że warto byłoby tutaj zaryzykować i spróbować go ściągnąć do siebie. Jeśli nie udałoby się go doprowadzić do pełnej sprawności to trudno, wiele i tak by na tym nie stracono, a sytuacja wyglądałaby tak samo jak z Bogutem. Kto jeśli nie Oden? Bardzo dobrym kandydatem wydaje się być Roy Hibbert, tyle że jego będzie bardzo trudno wyciągnąć z Indiany. Może więc JaVale McGee, który powinien odnaleźć się doskonale w ekipie grającej tak jak Milwaukee z końca obecnych rozgrywek. Poza tym niezłymi opcjamiwydają się być Chris Wilcox, który notuje na swoim koncie całkiem niezłe zdobycze w mocnym Bostonie, czy Jason Thompson z Sacramento, który w tamtym klubie się już chyba nie rozwinie, a to całkiem zdolny koszykarz. Możliwości jest mnóstwo, ważne jest więc, by nie przespać okresu, kiedy będzie można za bezcen sprowadzić do siebie pożytecznego koszykarza.

 

  • Kto na plus? Kto na minus?

 

Zaskoczyli:

 

Ersan Ilyasova – Osoba tureckiego skrzydłowego była jedną z głównych kandydatur do miana największego postępu w tym sezonie. Ostatecznie, jak już wiemy, przegrał tę rywalizację z Ryanem Andersonem z Orlando Magic. Trzeba przyznać, że progres Ilyasovy jest widoczny gołym okiem i moim zdaniem byłby jeszcze większy, gdyby nie to, że często musiał pełnić w Milwaukee role, do których nie jest predysponowany. Jeśli do Bucks trafi wreszcie porządny środkowy to w przyszłym sezonie możemy być świadkami kolejnych imponujących wyników wykręcanych przez byłego gracza Barcelony. Będzie mógł on atakować kosz z pozycji niskiego skrzydłowego, a że równie groźny jak pod koszem jest na obwodzie to jego zdobycze mogą jeszcze wzrosnąć. Na dzień dzisiejszy to dobry obrońca, który pomimo tego, że od wielu podkoszowych rywali jest niższy, a przede wszystkim słabszy fizycznie, bardzo dobrze zbiera. Do tego potrafi dostrzec wolnego kolegę na obwodzie i co najważniejsze jego grę charakteryzuje jedno określenie – olbrzymia inteligencja. Wie, kiedy przyspieszyć grę, chłodno analizuje wydarzenia boiskowe i podejmuje zazwyczaj trafne decyzje. Wysokie koszykarskie IQ, które pokazuje to nie jest wynik wytrenowania, tylko po prostu dar od losu. Wydaje mi się też, że będzie on umiał się odnaleźć w każdej sytuacji – jeśli Bucks będą grali szybko bez problemu się do tego dostosuje, jeśli zdecydują się zwolnić grę również nie powinien mieć problemów z adaptacją. To dzięki temu, że nie jest zawodnikiem jednotorowym i w praktycznie każdym elemencie jest koszykarzem co najmniej solidnym.

 

Drew Gooden – Gooden to bardzo dziwny człowiek. Ma dopiero trzydzieści lat, a w życiorysie zwiedzonych już dziewięć klubów. Wszędzie, gdzie do tej pory grał mówiło się o nim jak o pożytecznym graczu do czasu, kiedy na pierwszy plan nie zaczynają wychodzić jego problemy pozasportowe. Według wielu to po prostu gość, który ma ogromne kłopoty z psychikąchwiejna osobowość, brak odporności na krytykę i wyalienowanie sprawiają, że pomimo tego, że koszykarzem jest niezłym to nikt nie chce się z nim wiązać na dłuższy okres. Póki co więc w Wisconsin wszyscy się cieszą, Gooden po cichu, gdzieś z drugiego unitu rozegrał najbardziej udany sezon w dotychczasowej karierze. Przez całe rozgrywki prezentował dobrą, a co najważniejsze równą dyspozycję, nie zważając nawet na to, że musiał pełnić w Bucks rolę centra, do której zwyczajnie się nie nadaje. Miał jednak kilka takich występów, przy których nie było się do czego doczepić. Oczywiście nadal mało zbiera, ale talent rzutowy jak na swoje gabaryty ma niesamowity. Dużą zasługę w tegorocznej formie byłego zawodnika m.in. Cavs można przypisać taktyce Kozłów – szybka koszykówka, z dużą ilością improwizacji. W tym ten gracz odnajduje się zdecydowanie najlepiej. Dla niego z kolei chyba najlepiej by było, gdyby Milwaukee grało nadal tak samo jak w tym roku.

 

Bez błysku:

 

Brandon Jennings – Kreowany na lidera Kozłów playmaker to wciąż ten sam gracz, co rok, czy dwa lata temu. Dalej lubi stawiać siebie w panteonie największych postaci NBA, ciągle jego gra jest całkiem dobra i w dalszym ciągu uważany jest za obiecującego juniora. Czas jednak mija i chyba przyszedł właśnie w jego karierze taki okres, gdzie trzeba postawić krok do przodu. W przeciwnym razie na zawsze pozostanie tylko i aż niezłym zawodnikiem ocierającym się gdzieś o ASG. Zresztą już w tym sezonie głośno było o tym by powołać go do tego meczu, przed przerwą na Weekend Gwiazd jego ekipa znacznie obniżyła jednak loty i kandydatura do tego spotkania upadła. Sam Jennings zresztą w dość niewybrednych słowach komentował swoją absencję w tym wydarzeniu mówiąc, że on sam wie najlepiej, że na nominację zasługuje i już. To niejako oddaje charakter tego koszykarza, duże ego, ale czasami bardzo mały rozumek. Myślę, że gdyby nabrał trochę pokory to byłby materiałem na zdecydowanie lepszego gracza niż obecnie jest. Przyszły sezon powinien przynieść odpowiedź na te nurtujące nas wszystkich pytania, nie wiadomo jednak, czy podsumowując dokonania jego osoby w następnej kampanii ciągle będzie to zawodnik Milwaukee Bucks.

 

Mike Dunleavy – Ciężko od przeszło trzydziestoletniego zawodnika oczekiwać jakichś spektakularnych postępów. Tym bardziej jeśli mówimy o takim typie gracza, jak Dunleavy Jr. To już na zawsze pozostanie strzelec, mogący zaliczyć wielką noc na poziomie 35 punktów przy fantastycznej skuteczności z gry, nigdy jednak nie będzie miał on wielkiego wpływu na losy swojego zespołu w kontekście całych rozgrywek. Pomimo tego jest to zawodnik, który bardzo przydaje się w zespole, może akuratnie nie w takim jak Bucks, który musi bardzo mocno walczyć o to by znaleźć się w Play-Offach. Prędzej widziałbym go w którymś z contenderów, gdzie jako opcja z ławki mógłby być bardzo pożyteczny. W Milwaukee też chyba tak myślą, więc nie zdziwię się, jeśli w przyszłym sezonie zmieni on klubowe barwy.

 

Zawiedli:

 

Stephen Jackson – Trudno o lepszego pretendenta do miana największego rozczarowania sezonu w tej ekipie niż Captain Jax. Facet, który miał być zbawieniem dla tego, nieco pozbawionego charakteru, klubu, okazał się jego największym balastem, który ciągnął cały team Bucks w dół. Oczywiście brano pod uwagę scenariusz, że Stephen nie będzie wiodącą, centralną postacią drużyny, ale chyba nikt nie przypuszczał tak spektakularnego upadku tego gościa. W obecnej sytuacji i tak uznaję za cud, że udało się go (w miarę) korzystnie przetransferować. Pewnie wszyscy w klubie do dziś plują sobie w brodę, że oddano za niego, może i pozbawionego błysku, ale za to solidnego Maggette’go. Uważam, że tego wyboru nie trzeba by było nawet specjalnie uzasadniać, ale dziesięć punktów w meczu na fatalnej skuteczności, przy 2,5 straty, przez prawie 30 minut gry, to chyba mówi samo za siebie.

 

Carlos Delfino – Niby jego osiągnięcia statystycznie nie odbiegają bardzo od tego, co pokazywał w zeszłym roku. Moim zdaniem jednak gołym okiem widać spadek jakości w jego koszykówce. Już ubiegły sezon był dla niego mniej udany niż ten, w którym grał najlepszy basket w karierze, czyli 2009/10. Ten jednak tylko pogłębił ten stan. W mojej opinii zatracił on te wszystkie atuty, z których był znany do tej pory, a których nie można podpiąć pod statystyki. Mam tu na myśli głównie zadziorność w grze – to był zawsze zawodnik, który nikomu nie odpuszczał i stawał na głowie by uprzykrzyć życie swoim rywalom. Zawsze też bardzo produktywny był w momentach, kiedy ekipie nie szło i swoją postawą dawał impuls kolegom do tego by przeć do przodu. W tegorocznych rozgrywkach te cechy zastąpiła jakaś taka dziwna bojaźń i brak przekonania, co do własnych umiejętności. Podejrzewam, że w Argentyńczyk będzie w lecie zmuszony do poszukania sobie nowego pracodawcy.

 

Trener:

 

Scott Skiles jest na pewno kompetentnym fachowcem, który zrobił sporo by kibice w Wisconsin stawali za nim murem. Szybko zaaklimatyzował się w tym otoczeniu, przystosował graczy Bucks do gry w swoim systemie i osiągnął z nimi sukces (sezon 2009/10). Teraz jednak przychodzi czas pewnej rewizji tego, co tutaj zrobił. Przez ostatnie dwa sezony bezskutecznie próbował dostać się z Kozłami do rozgrywek Play-Offs i co jest smutne – niestety nie udało mu się to. Co jeszcze bardziej przykre – uważam, że nie jest w tym bez winy. W pewnym momencie w mojej opinii zagubił się w tym, jak ma grać jego zespół. Zawsze był to coach słynący z żelaznej defensywy i krępowania swoich graczy w zaawansowane schematy taktyczne, teraz nagle nastąpiła zmiana. Dał on swoim zawodnikom większą swobodę w kreowaniu akcji, uczynił z Bucks drużynę grającą odważnie i bardzo szybko. Rezultatu to jednak nie przyniosło i w tej chwili Skiles może tylko w telewizji przyglądać się zmaganiom innych teamów w Play-Offs. To świadczy chyba o zmęczeniu materiału i o braku pomysłu na funkcjonowanie ekipy z Bradley Center. Może więc czas na napływ świeżej krwi do organizmu?

 

  • Liderzy

 

Punkty: Jennings 19,1 pkt.

Ellis 17,6 pkt.

Gooden 13,7 pkt.

 

Zbiórki: Ilyasova 8,8 zb.

Gooden 6,5 zb.

Mbah a Moute 5,3 zb.

 

Asysty: Ellis 5,9 as.

Jennings 5,5 as.

Udrih 3,8 as.

Przechwyty: Jennings 1,6 prz.

Bloki: Udoh 1,6 bl.

Straty: Ellis 2,6 str.

 

  • Drużynowo

 

Punkty zdobywane: 99,0 pkt. (5 miejsce w lidze)

Punkty tracone: 98,7 pkt. (22)

Zbiórki: 42,5 zb. (12)

Asysty: 23,5 as. (3)

Przechwyty: 8,3 prz. (7)

Bloki: 5,1 bl. (15)

Straty: 14,1 str. (10)

4 komentarze

  1. KenyKeczułoki pisze:

     Świetny artykuł!
    Jedna uwaga: Sanders ma na imię Larry, a nie Levon. Pozdro!

  2. Kurewo123 pisze:

    a ja mam jedna uwage do zwrotu stoja w miejscu . wiadomo stac w ruchu nie mozna. wystarczy sam zwrot stać. czy tam stoją. artykul b ciekawy.

    • aa pisze:

       Albo: nie poczynili postępu

    • Doli_nski pisze:

      Tak, zgadzam się z Wami. Stać w miejscu to pleonazm, który choć występuje już w słownikach języka polskiego, to jednak jest typowym masłem maślanym. Dzięki za uwagę, zaraz oczywiście poprawię wspomniany błąd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *