Lakers nie wyrwali zwycięstwa w Denver

Los Angeles Lakers wygrali dwa pierwsze mecze w tej rywalizacji, ale mimo to Denver Nuggets ciągle walczy z całych sił. W meczu numer trzy „Bryłki” grały z wielką energią. W świetnym stylu wystartowali, później mieli mały moment zawahania, ale ostatecznie spokojnie dowieźli zwycięstwo do końcowej syreny.


Drużyna Stan I kwarta II kwarta III kwarta IV kwarta Wynik
Los Angeles Lakers 2 14 25 26 19 84
Denver Nuggets 1 30 25 17 27 99

Początek spotkania był wyrównany, a wydawało się nawet, że to Los Angeles Lakers mają więcej do powiedzenia. Na 5:34 min przed końcem punkty dobył Arron Afflalo (10 pkt w całym meczu) i wyrównał stan meczu na 12:12. Wtedy się zaczęło. Denver Nuggets wręcz wpadło w trans. Do końca tej kwarty i na początku drugiej „Bryłki” zanotowały run 28-2 !!!!!!!!! Po pierwszych minutach drugiej kwarty gospodarze prowadzili 14:38. Podczas tej całej ucieczki główną rolę odegrał Ty Lawson. Ten rozgrywający robił to, do czego przyzwyczaił już nas w sezonie regularnym. Był prawdziwym motorem napędowym swojej ekipy. W tym chłopaku drzemie spory pokład energii. Jeśli sam nie rzucał to podawał, a Nuggets uciekali. W całym meczy Lawson rzucił 25 punktów i miał 7 asyst. Właśnie taką formę musi utrzymywać jeśli Denver chce w tej całej konfrontacji namieszać.

Po tym zaskakującym ciosie „Jeziorowcy” w końcu się ocucili. Zmniejszyli trochę straty, ale to cały czas gospodarze kontrolowali wydarzenia na parkiecie. Na półmetku tego spotkania wynik brzmiał 39:55.

Na trzecią kwartę Lakers wyszli jednak o wiele bardziej zmotywowani. Bardzo chcieli pokazać, że to oni są zdecydowanym faworytem. Wreszcie zaczął grać Andrew Bynum, który do przerwy wręcz nie istniał i miał 0/3 z gry. Lakers krok po kroku odrabiali straty. Podbudowywały ich dodatkowo tylko takie akcje, jak Kobe Bryant wygrał rzut sędziowski z Timofey’em Mozgovem (0 pkt i 5 zb) i trafił trojkę. Na 1:18 min przed końcem kwarty dobrze pod koszem kolejny raz zachował się Bynum i było już tylko 64:68. Wydawało się, że LAL mogą w każdej chwili przejąć ten mecz. Tak się jednak nie stało, bo na posterunku byli JaVale McGee oraz Andre Miller. Tuż przed ostatnią kwartą Nuggets prowadzili siedmioma punktami.

Od początku ostatniej kwarty gospodarze za wszelką cenę chcieli ukrócić poczynania Lakers. Na boisku nie było Bryanta, więc główną siłą ofensywną stał się Bynum, ale jak tylko otrzymywał piłkę to zostawał podwajany, co często kończyło się stratami. Denver znowu zaczęło uciekać. Ich przewaga przez długi czas oscylowała w granicy dziesięciu punktów. Ani Lakers nie potrafili jej sforsować, ani Nuggets powiększyć. „Jeziorowcy” mieli duże problemy z konstruowaniem swoich akcji. Przez blisko osiem minut nie trafili rzutu z gry. W ważnym momencie zawiódł również lider, czyli Kobe Bryant. „Black Mamba” przez 17 minut na przełomie trzeciej i czwartej kwarty nie potrafił trafić do kosza. Drużyna tego bardzo potrzebowała, ale Kobe zawiódł. W całym meczu uzyskał 22 punkty, 6 zbiórek, 6 asyst oraz aż 6 strat. W ostatnich dwóch minutach meczu z Lakers totalnie zeszło powietrze i stracili resztkę wiary w zwycięstwo. Czekali już tylko na końcową syrenę. W tym czasie Nuggets zanotowali jeszcze taki run 11-3 na dobicie rywali. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 84:99.

Bardzo ciekawa walka rozegrała się pod koszem. To jest wizytówka Lakers, ale tym razem przegrali zbiórki 44:54, a punkty z pomalowanego 32:52. Jak już wspomniałem, pierwszą połowę zupełnie nieudaną miał Andrew Bynum, ale później już się obudził i zanotował 18 punktów i 12 zbiórek. Wspierany był oczywiście przez Pau Gasola (16 pkt, 7 zb i 4 bl). Prawdziwi podkoszowi gladiatorzy byli tego dnia jednak po stronie gospodarzy. Mnóstwo energii wniósł Kenneth Faried, który uzyskał 12 punktów i 15 zbiórek. Był bardzo agresywny na deskach. Jeszcze lepiej wypadł wchodzący z ławki JaVale McGee. Jego dorobek to 16 punktów, 15 zbiórek i 4 bloki. Na wszystko to swoim surowym wzrokiem patrzyła matka JaVale’a, czyli Pamela McGee. W przeszłości sama była związana z WNBA. Może to jej czujne spojrzenie tak zmotywowało byłego gracza Wizards? Tego się nie dowiemy, ale pewne jest, że dzięki duetowi Faried i McGee ekipa z Denver miała spokój na tablicach.

Zawodnicy o jakich warto jeszcze wspomnieć to panowie rozgrywający. Po stronie Lakers był to oczywiście Ramon Sessions, który zagrał dobry mecz. Uzbierał 15 punktów, 9 zbiórek i 6 asyst. Po stronie Nuggets Lawsona już chwaliłem, ale jest jeszcze ktoś inny. Andre Miller wszedł na plac gry z ławki rezerwowych i wniósł sporo dobrego. Rzucił 13 punktów i rozdał 6 asyst.

W drużynie z L.A. ponownie wręcz nie istniała ławka rezerwowych. Punktowali tutaj tylko Matt Barnes (6 pkt) oraz Steve Blake (3 pkt). To znacznie za mało. „Jeziorowcy” potrzebują bardzo często jakiegoś kopa energii z ławki w trakcie meczu, ale tego nie dostają. Nuggets, głównie za sprawą McGee i Millera, byli znacznie lepsi jeśli chodzi o punkty zmienników. Wygrali ten element 9:39.

Kolejne starcie tych ekip już z niedzieli na poniedziałek o 3:30 czasu polskiego. Bryant i spółka będą chcieli coś udowodnić wszystkim i rozniosą swoich rywali? A może Nuggets niesieni pozytywną energią pójdą za ciosem? Jakie są Wasze typy?

4 komentarze

  1. Sopranos11 pisze:

    Brawo Nuggets. Mam wielką nadzieję, że uda im się też wygrać 4 mecz. Jest to możliwe. A wtedy będzie bardzo ciekawie w L.A. 

  2. Marcin#10 pisze:

    I jaki to ma sens? Lakersi wygrają, super nawet po 7 meczach. Będą wykończeni, a jak nie oni, to nikt się nie przeciwstawi Oklahomie i mają od razu finał w kieszeni.

    • Adrian89 pisze:

      chyba sobie jaja robisz od Lakersów to moim zdaniem każda ekipa wchodzącą do drugiej rundy będzie lepsza, Spurs czy Grizzlies też są dużo lepszą ekipą

  3. Flappjack pisze:

    Z takim graniem to Lakersi nie mają czego szukać z OKC  ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *