W dwanaście minut Clippers wrócili z najczarniejszych otchłani piekieł.

Można powiedzieć, że ledwo co otrząsnęliśmy się z tego, co działo się przez ten świetny sezon, a tu już czekają nas kolejne wielkie emocje związane z naszą ukochaną dyscypliną. Czas play-offów nastał też w stanie Tennessee, gdzie miejscowe Niedźwiadki rozegrały dzisiaj swoje pierwsze spotkanie w serii z Los Angeles Clippers. Wszyscy obiecywali sobie po tym meczu bardzo wiele, w końcu do rywalizacji przystąpiły teamy o bardzo zbliżonym potencjale, które zajęły odpowiednio czwarte i piąte miejsce w bardzo silnej Konferencji Zachodniej.

Z reguły konfrontacje między drużynami zbliżonymi do siebie bilansem obfitują w sporą dawkę emocji. Nie inaczej będzie chyba tym razem, gdyż jak wiemy różnice między ekipami z czołówki Zachodu są bardzo nikłe i zazwyczaj widoczne tylko w detalach. Trzeba przyznać, że dla obu drużyn tegoroczne rozgrywki posezonowe nie będą jednak miały takiego samego smaku.

 

Grizzlies po ubiegłorocznej, najbardziej udanej w historii klubu, wiośnie przystępują do gry jako drużyna, która nieco okrzepła już w bojach tej części sezonu. Clippers natomiast wracają do boju o stawkę po sześciu latach niebytu. Inne są więc zapatrywania na występy swoich ukochanych teamów przez kibiców wspierających te dwie organizacje. Oczywiście trudno mówić o Miśkach jak o zespole doświadczonym, który mógłby już znudzić się rywalizacją na wysokim szczeblu, ale na pewno ubiegłoroczna kampania dodała im sporo pewności siebie. Kalifornijczycy natomiast to drużyna przez wielu uważana za outsiderów naznaczonych DNA przegranych i chyba najwyższy czas by zmienić ten utrwalony przez lata obraz w świadomości fanów National Basketball Association. Okazja ku temu jest wyśmienita.

 

Gospodarze zaczęli to spotkanie z dużym impetem. Widać było, że chcą jak najszybciej uzyskać przewagę by zaznaczyć, kto jest faworytem tego starcia. Trzeba przyznać, że początek w wydaniu Niedźwiadków był bardzo imponujący. Z pierwszych ośmiu wykonanych rzutów z gry trafili oni aż sześć, co bardzo szybko pozwoliło im uzyskać osiem punktów nadwyżki nad rywalami. Clippers w tym fragmencie wyglądali na drużynę onieśmieloną świetnym wejściem w spotkanie ulubieńców miejscowych fanów. Większość ich posiadań ofensywnych kończyła się bowiem stratami, albo rzutami z nieprzygotowanych pozycji. Po celnej trójce Mike’a Conleya wynik brzmiał 15-6 dla Grizzlies i w tym momencie o przerwę na żądanie poprosił coach gości Vinny Del Negro.

 

Nie przyniosło to spodziewanego rezultatu. Niedźwiadki dalej w mądry i spokojny sposób grały swoją koszykówkę, konsekwentnie powiększając różnicę między obiema drużynami. Bardzo dobrze funkcjonował szczególnie atak zespołowy, bowiem już przy wspomnianym przeze mnie stanie 15-6 każdy z zawodników pierwszej piątki Memphis miał na swoim koncie punkty. Chwilę po wznowieniu gry, po time-oucie Del Negro miała miejsce bardzo zabawna sytuacja. Lider gospodarzy Zach Randolph dość mocno upadł na parkiet przy walce o ofensywną zbiórkę z Blake’m Griffinem. Serca kibiców zadrżały, bo trzeba przyznać, że to starcie wyglądało naprawdę groźnie. Chwilę później wszyscy jednak zaczęli się śmiać, bo skrzydłowy Niedźwiadków obrócił całą sytuację w żart i zaczął… robić pompki. To chyba tylko spotęgowało świetną atmosferę wśród graczy Memphis. Efektem tego były kolejne celne rzuty i w chwilę przewaga wzrosła aż do czternastu punktów. Szczególnie korzystne wrażenie sprawiali Marc Gasol (szybkie sześć oczek + cztery asysty), Rudy Gay (siedem punktów) i zaliczający doskonałe wejście z ławki O.J.Mayo.

 

Po kolejnej przerwie oblicze spotkania również nie uległo zmianie. Podopieczni Hollinsa świetnie egzekwowali plan nakreślony im przez swojego szkoleniowca i ciągle utrzymywali bardzo dobrą efektywność swojej gry. Co warte zauważenia większość ich akcji była kończona spod samej obręczy, mało było wymuszonych jump-shotów, a jeśli już decydowali się na takie wykończenie to zazwyczaj były to niezłe pozycje zza łuku. Cały czas świetnie grał przede wszystkim Gasol. Hiszpański center do bólu obnażał braki DeAndre Jordana i większość swoich punktów zdobywał po bardzo prostych rozwiązaniach. W pewnym momencie przewaga gospodarzy urosła do dwudziestu punktów i już wtedy było wiadomo, kto tu ma większy apetyt na zwycięstwo. Wśród gości szczególnie zawodzili liderzy – Chris Paul i Blake Griffin. Obaj szybko usiedli na ławkę, a były playmaker Hornets dodatkowo złapał dwa dość głupie przewinienia. Końcowy wynik kwarty to 34-16 dla Grizzlies.

 

Druga odsłona rozpoczęła się od czterech kolejnych oczek zapisanych na konto Nicka Younga. Pozwoliło to gościom na zmniejszenie różnicy do czternastu punktów i zwiastowało, że możemy być świadkami bardzo ciekawych wydarzeń. Miśki szybko jednak wróciły do poziomu prezentowanego przez całą pierwszą ćwiartkę i po kilku kolejnych punktach wynik znów oscylował wokół +20 dla graczy z FedExForum. Dobre wejście w mecz Marressee Speightsa było bezpośrednim powodem takiego obrotu sytuacji. Błyskawicznie zapisał on na swoje konto trzy trafienia. Warto też wspomnieć o tym, że po 18 minutach gry każdy z zawodników Niedźwiadków miał już rzucone co najmniej dwa punkty.

 

Jak to jednak często bywa w przypadku koszykarzy Memphis. Po świetnych momentach przyszedł też czas na zadyszkę. Clippersom udało się w trzy minuty zniwelować siedem z dwudziestu punktów dzielących ich od Grizzlies. Olbrzymia w tym zasługa Nicka Younga, który grał (co do niego w sumie niepodobne) bardzo rozważnie. Wykorzystywał przewagę wzrostu nad kryjącymi go rywalami i w ten sposób zdobył dziesięć punktów w ciągu niecałych ośmiu minut przebywania na parkiecie. Wtedy przyszedł czas na przerwę dla Lionela Hollinsa.

 

Przyniosło to ustabilizowanie formy dla gospodarzy. Wprawdzie ciągle byli oni dość nieskuteczni, ale przez niezłą obronę nie było to aż tak widoczne. Wynik oscylował wokół 14-16 punktów nadwyżki dla Grizz. Ważną trójkę w tamtym okresie gry trafił O.J. Mayo, który grał naprawdę dobrze i momentami przypominał zawodnika z dwóch pierwszych sezonów występów w Memphis. Del Negro postanowił więc dłużej nie czekać i posłał do gry wszystkie asy w swojej talii. Na boisko wrócili więc Paul, Griffin i Butler.

 

Nie był to jednak mecz liderów drużyny z Los Angeles. Szczególnie miernie prezentował się kluczowy koszykarz w systemie Clipps, czyli CP3. Nie potrafił on w żaden sposób sforsować kapitalnej defensywy Mike’a Conleya, który przez wywieranie presji na playmakerze rywali doprowadzał go do podejmowania bardzo złych decyzji. Efektem tego było wymuszenie na Paulu kolejnego przewinienia ofensywnego, które stawiało gości w bardzo niedobrej sytuacji przed trzecią częścią spotkania.

 

W międzyczasie Niedźwiadkom udało się zdobyć osiem kolejnych oczek, bez odpowiedzi ekipy z Miasta Aniołów i cały wysiłek graczy rezerwowego unitu zdał się na marne. Oznaczało to bowiem, że przewaga z jedenastu punktów, znów urosła do prawie dwudziestu. Nie przestawał zadziwiać szczególnie Gasol, który w dziecinnie łatwy sposób radził sobie z kolejnymi, odsyłanymi do pilnowania go, przeciwnikami. Po syrenie obwieszczającej przerwę w meczu rezultat brzmiał więc 58-39 na korzyść gospodarzy. Sztab szkoleniowy przyjezdnych miał więc nie lada orzech do zgryzienia – musiał wymyślić sposób na to, by udało się choć trochę zbliżyć do rozpędzonych tego wieczoru przeciwników.

Trzecia kwarta tradycyjnie rozpoczęła się od lekkiego letargu w wykonaniu Niedźwiadków. Gościom w tym fragmencie gry udało się uzyskać pięć kolejnych oczek, zdobytych bez odpowiedzi Grizzlies. Pozwoliło to na zmniejszenie strat do czternastu punktów. Wydawało się, że na właściwe tory zaczęła powracać dyspozycja Paula i Griffina, którzy wspólnie uzyskali te trafienia dla Clipps. Wtedy to jednak okres fantastycznej gry miał Conley, który w ciągu dwóch minut trafił trzykrotnie zza linii 7,25 m. Pozwoliło to wyjść jego drużynie na największą przewagę w całym meczu. Wynosiła ona +21 dla Grizz.

 

Wśród gości po cichu bardzo dobre zawody rozgrywał Caron Butler, który wykorzystywał fakt, że kryjący go Rudy Gay przez całe spotkanie miał kłopoty z faulami. Jego dobra postawa przechodziła jednak praktycznie bez echa, bo gospodarze robili wszystko by to oni byli w tym meczu kluczowymi postaciami. Po time-oucie dla Vinny’ego Del Negro bowiem po raz kolejny za trzy trafił Conley (czwarty raz w tej kwarcie!), a punktować zaczął też Gay. W pewnym momencie tej części różnica wynosiła już 26 punktów na rzecz Memphis i kibice zaczęli powoli świętować. Atmosfera na trybunach zresztą od początku była mocną stroną tego pojedynku. Fani zdecydowanie wspierali swoich pupili, próbowali też rozpraszać graczy przyjezdnych. Udawało im się to znakomicie, bo w tym okresie to był mecz praktycznie do jednego kosza. Tzeba przyznać, że ich ulubieńcom wychodziło w tym meczu wszystko. Co do nich niepodobne grozili nawet rzutami z dystansu, w pewnym momencie tej odsłony mając skuteczność 9/12.

 

Ten fakt zresztą całkowicie wybił z rytmu podopiecznych Vinny’ego Del Negro. Mało kto spodziewał się chyba tego, że Niedźwiadki będą aż tak skuteczne w próbach zza łuku. Co najważniejsze rzuty te okazywały się celne, wtedy kiedy były one najbardziej potrzebne. Szczególnie mam tu na myśli te, oddawane przez Conleya, które zatrzymały pogoń rywali i praktycznie odłożyły ten mecz do lodówki. Nikt nie spodziewał się chyba tego, że Clippersom uda się w tamtym okresie powrócić z zaświatów. Wprawdzie pod koniec tej części meczu skuteczniej zaczął grać Paul, ale miał on niestety zerowe wsparcie od swoich partnerów.

 

Ostatnia odsłona tej konfrontacji zdawała się być tylko formalnością. Od jej samego początku goście wydawali się być pogodzeni z porażką i jedyne na czym im zależało to po prostu by ten mecz jak najszybciej się zakończył. Hollins postanowił więc dać trochę więcej pograć rezerwowym – Pondexterowi, Cunninghamowi i AgentowiZero. Wraz z nimi na parkiecie byli też w tamtym fragmencie Z-Bo i Mayo. Wystarczyło to do tego by spokojnie kontrolować boiskowe wydarzenia i utrzymywać różnicę wynoszącą około dwudziestu punktów na rzecz Memphis. Po czwartym celnym rzucie trzypunktowym Mayo wynik brzmiał 95-71, a na zegarze pozostawało do dogrania niecałe 9 min.

 

Po powrocie do gry widać było spore rozluźnienie w szykach ekipy Memphis. Większą determinacją zaczęli się za to wykazywać przyjezdni, którzy w trzy minuty zaliczyli runa 8-0 i zmniejszyli różnicę między oboma teamami do szesnastu punktów. Do dogrania pozostawało już jednak tylko nieco ponad sześć minut i chyba mało kto wierzył w to, że możemy być w FedExForum świadkami pasjonującej końcówki. Bardzo duży wpływ na zryw Clipps miał Reggie Evans, który swoją świetną postawą z ławki wprowadził nieco ożywienia w szeregi przygnębionych kolegów. Widać było, że jemu ciągle zależy na przyzwoitym rezultacie.

 

Przerwa na żądanie dla Hollinsa nie przyniosła jednak zmiany w postawie jego zespołu. Grizzlies ciągle tkwili w jakimś dziwnym impasie, który wydawał się nie mieć końca. Po trójce Erica Bledsoe i punktach Griffina przewaga stopniała do zaledwie dwunastu punktów. Na zegarze ciągle do dogrania pozostawało sporo czasu i nagle przed drużyną z Los Angeles otwierała się szansa na nawiązanie walki.

 

Następne posiadania to kaskada błędów z obydwu stron. Straty Paula, Gaya i Bledsoe sprawiały, że ten mecz w tamtym okresie był naprawdę ciężki do oglądania. To, co stało się w ciągu następnej minuty przejdzie zapewne do historii meczów w FedExForum. Trzy celne rzuty zza łuku Nicka Younga, przy jednoczesnej niemocy w ataku gospodarzy doprowadziły do wyniku 96-93 na nieco ponad półtorej minuty przed zakończeniem spotkania. Wiadomą sprawą było, że o czas musi poprosić szkoleniowiec Memphis.

 

Kolejna przerwa, kolejny brak reakcji graczy Grizzlies. Tak można najkrócej skwitować to, co działo się później. Cztery punkty z rzędu gości pozwoliły im wyjść na pierwsze prowadzenie w tym meczu i wiadomo było, że to spotkanie będzie jeszcze obfitowało w ogromną ilość emocji. Na całe szczęście dla Memphis kolejne posiadanie przyniosło wreszcie upragnione punkty. Jumpshot Rudy’ego Gaya pozwolił im odzyskać jednopunktową przewagę. Do dogrania pozostawało w tamtym momencie 28,6 sek.

 

Oczywiście o czas poprosił Vinny Del Negro. Po powrocie na parkiet piłka trafiła w ręce lidera gości Chrisa Paula, który był faulowany przez Tony’ego Allena. Rozgrywający Clippers trafił oba wolne i przywrócił prowadzenie ekipie z L.A. Drużyna Del Negro miała jeszcze do ‚wykorzystania’ jeden faul, który oczywiście został przez nich użyty w kolejnej akcji. Grizzlies mieli jeszcze okazję na odzyskanie wygranej w tym meczu, ale doskonała defensywa Kenyona Martina na Gayu sprawiła, że ten nie trafił decydującego rzutu. Jeden z największych come-backów w historii play-offów stał się więc faktem i przyjezdnym udało się zwyciężyć w przegranym meczu.

 

Ten, kto nie oglądał tej rywalizacji może naprawdę żałować. Dramaturgia, którą zafundowały nam obydwa zespoły mogła się równać z tym, co przeżywali ludzie na tonącym Titanicu i pokazała wszystkim niedowiarkom za co tak naprawdę, my fani, kochamy koszykówkę spod szyldu NBA. Ten triumf może mieć niebagatelne znaczenie w kontekście losów wydarzeń całej serii. Nie jest to bowiem zwykłe zwycięstwo, jest to zwycięstwo, które może tak pozytywnie naładować ekipę Clippers, że będą oni w stanie przejechać na tym entuzjazmie całą resztę tego pojedynku. A może nawet całych play-offów. Gracze Grizzlies będą natomiast mieli nad czym myśleć. Nie do wiary dla mnie jest to, jak można w tak głupi i infantylny sposób oddać wygrany mecz rywalom. Mam nadzieję, że nie przyprawi ich to o depresję, a z całej tej sytuacji wyjdą jeszcze mocniejsi. W każdym razie – w dzisiejszy wieczór przebyli drogę z nieba do piekła i teraz zadanie Hollinsa tkwi w tym by pozwolił jak najszybciej zapomnieć im o tej klęsce i kompromitacji.

Gracz meczu – Nick Young. To, co zrobił były gracz Waszyngtonu pokazuje, dlaczego może być on tak cennym zawodnikiem dla Clippers. Nie można powiedzieć o nim, że jest takim koszykarzem, który regularnie będzie notował przyzwoite gry. Ma za to w sobie tyle talentu, że może być bohaterem pojedynczych spotkań, takich jak dzisiaj. Jego świetna seria rzutów trzypunktowych pozwoliła natchnąć kolegów do walki i pokazała, że w tym meczu można jeszcze podjąć rękawicę. Kiedy analizowałem dla was wymianę z jego udziałem napisałem, że może to być świetny ruch dla Clipps. Może nic wielkiego jeszcze nie zrobił, ale dzisiaj spłacił kredyt zaufania włodarzy klubu z Miasta Aniołów.

Antybohater meczu – Zach Randolph. Miałem trochę inne zapatrywania na to, kto miał się tutaj znaleźć. Od początku mój wybór kierowany był w stronę Blake’a Griffina, który zaliczył bardzo ciężki debiut w rozgrywkach, w postseason. Zwycięzców się jednak nie sądzi, więc Griffinowi ujdzie to na sucho. Do mojej rubryki trafia za to Z-Bo, który w dzisiejszym meczu pokazał, że ciągle nie jest chyba gotowy do gry na sto procent. Fatalna skuteczność gry, kompletne zagubienie w kluczowej fazie meczu – to chyba najpoważniejsze zarzuty wobec jego gry. Nie wiem, czy dla Grizzlies nie będzie lepiej, jeśli Randolph nie będzie rozpoczynał swoich występów z ławki. Mam wrażenie, że wtedy może dać dużo więcej swojemu teamowi.

 


5 komentarzy

  1. Guy pisze:

    Nick Young zrobił swoje, ale bohaterem meczu był Reggie Evans, wniósł energię w szeregi zrezygnowanych Clippersów, świetnie bronił Z-Bo i zaliczył 13 zbiórek w niecałe 20 minut. Świetnie zagrał też Bledsoe, według mnie akcją meczu był jego hustle play, gdzie zanurkował po piłkę wylatującą na aut, a następnie po faulu Griffin trafił 2 wolne. Świetna końcówka, super się to oglądało.

  2. Sopranos11 pisze:

    No cóż… Memphis 4 kwartę grało na stojąco. Myśleli, że mecz jest wygrany… A myślenie jednak ma czasami olbrzymie konsekwencje. Jeśli Clippers pójdą za ciosem Niedźwiadki mogą tego nie przetrwać. Ale z taką postawą sami są sobie winni. Swietne mecze Paula, Evansa i oczywiście Younga. Griffin na swoim poziomie. W Memphis fantastycznie zagrał Conley.

  3. Doli_nski pisze:

    Tak, udzial Evansa w tym triumfie jest nie do przecenienia. Zreszta napisalem w pewnym momencie relacji, ze przy ponad +20 dla Grizz byl chyba jedynym, ktory jeszcze wierzyl. :) to czy Paul i Griffin zagrali na swoim poziomie jest dosc dyskusyjna kwestia. Pewne natomiast jest, ze bez Reggiego, Younga i Bledsoe Clipps by tego nie wygrali.

  4. mac_3 pisze:

    Clippers nie wygrali tego meczu. Grizzlies to po prostu przegrali. Nie wiem jakim cudem, ale zdołali to osiągnąć. Nick Young pokazał, że sprowadzenie go do L.A. to była świetna decyzja. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *