Ostatni podryg Celtics?

Autorzy: Patryk Wojciechowski & Jakub Sobieski

Mamy 29 kwietnia, za oknem grzeje słońce, a my – zagorzali fani koszykówki zza oceanu – jak co roku przestawiamy się na amerykańską strefę czasową. Moje serce znów pompuje zieloną krew, a głowa non stop układa riposty na wszystkich niewierzących w ‚koniczynki’.


W roku 2008 Boston Celtics po dwóch ruchach transferowych wybili się z dna ligi na jej szczyt, ktoś może powiedzieć, że nie było to żadnym zaskoczeniem, wszak w jednej drużynie znalazły się 3 wielkie gwiazdy, które marzyły o jednym – zdobyciu mistrzostwa. Udało się to już w pierwszym sezonie wspólnej gry „Big Three”, co łatwe nie jest, o czym przekonuje występ Miami Heat w ubiegłorocznych playoffach.

Od roku 2008 minęły jednak 4 lata, a pierwotnie koszykarski triumwirat Pierce-Garnett-Allen miał panować przez jedynie 3 sezony. Plany się jednak zmieniły i chyba żaden fan Celtics z tego powodu nigdy nie płakał, a wręcz odwrotnie, to perspektywa oglądania jednego z tych trzech wielkich zawodników w jakiejkolwiek innej koszulce niż koszulka Bostonu mogła przyprawiać fanów o apopleksję. Rok temu mieliśmy tego przedsmak w przerwie transferowej, generalny menedżer – Danny Ainge dokonał transferu, w którym do OKC trafił członek mistrzowskiej ekipy z 2008 roku – Kendrick Perkins. Doc Rivers wielokrotnie podkreślał jak ważną rolę pełni Perkins w jego zespole, co rusz przywołując argument, że Gang Green w składzie z Big Three, Rajonem Rondo i właśnie Perkinsem nigdy nie przegrał serii w playoffach.

Transfer ten okazał się być brzemienny w skutkach nie tylko ze względów czysto sportowych, ale także, a może przede wszystkim ze względu na tak zwane team chemistry. Obecny center Oklahomy był wielkim przyjacielem Rondo, to właśnie młody rozgrywający przeżył ten transfer najgorzej, a efekty były widocznee w grze całej drużyny. Po sweepie z Knicks w pierwszej rundzie, C’s trafili na Miami, które okazało się za dużą przeszkodą w drodze po 18 mistrzowski banner.

Problemy mnożyły się jak króliki – fatalna kontuzja Ronda w game 3, słabe egzekwowanie ofensywnych zagrywek w końcówce, i wreszcie, w mojej opinii najpoważniejszy z nich – panująca wtedy w zespole atmosfera. Celtics byli rozbici, składało się na to wiele czynników, między innymi ciągłe kontuzje Shaqa, wyżej wspomniana wymiana Ainge’a, a także kłopoty wychowawcze z Rajonem Rondo.

W tym roku również nie brakuje zmartwień w obozie ‚zielonych’, ale mimo to udowadniają oni, że jeśli w zespole panuje odpowiednia atmosfera, to są w stanie wznieść się na wyższy poziom. Tegoroczny sezon był specyficzny, wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, możemy zaobserwować jednak pewne zależności. Kilka ekip zaczęło sezon bardzo dobrze (Philly, Miami, Portland) by potem zanotować spadek formy, z drugiej strony kilka ekip zaczęło sezon słabo, by potem zmotywować się i wrócić do walki o playoffy. Do tej drugiej grupy możemy zaliczyć Boston, który po All-Star Break odnalazł w końcu upragnioną chemię w zespole i sprawił, że nikt nie chce spotkać go na swojej drodze w rozgrywkach posezonowych. W 1. rundzie Celtowie (ostatecznie 4 miejsce na Wschodzie) zmierzą się z Atlantą Hawks, jednak bez przewagi parkietu. Mówi się, że będzie to najciekawsza pod względem zaciętości seria na Wschodzie. Obie drużyny wyrównane (dokładnie taka sama średnia punktów i strat (sic!) zdobywana w 3 bezpośrednich meczach w tym sezonie – 86,3 i 17,3) i borykające się z podobnymi trudnościami.

W obu ekipach mamy do czynienia z plagą kontuzji wśród podkoszowych – Chris Wilcox, Jeff Green i Jermaine O’Neal (Boston) oraz Al Horford i Zaza Pachulia (Atlanta). W kontekście prawdopodobnej nieobecności tych dwóch graczy Jastrzębi umyka fakt, że Celtics są jednym z najgorzej zbierających teamów po obu stronach parkietu. Udaje się również eksperyment z wystawianiem Kevina Garnetta na pozycji centra. Big Ticket jest w tym sezonie vintage, rozciągając obronę rzutami z półdystansu bądź też robiąc miejsce dla świetnie ścinających pod kosz kolegów (w czym przoduje ostatnio Avery Bradley) – i właśnie to może być w tych pojedynkach czynnikiem X.

Kolejną rzeczą wartą podkreślenia jest spadek efektywności we wszystkich statystykach Atlanty w meczach z Bostonem, co jest zasługą świetnej zespołowej obrony. Zdaniem moim, ale i większości ekspertów Zieloni powinni zatem wyeliminować swojego rywala. Trudniejsze zadanie czeka na nich w następnej rundzie – Chicago Bulls (najbardziej prawdopodobny rywal) nawet bez Derricka Rose’a, są w stanie dzięki bardzo szerokiemu i nastawionemu na zbiórkę i obronę frontcourtowi pokonać C’s i byliby faworytem tej serii.

Ale kto wie ? Allenowi i Garnettowi kończą się kontrakty, Pierce przebąkiwał ostatnio o zakończeniu kariery. Być może to jest ten moment, kiedy nazywani (zresztą już od kilku lat) „dziadkami” zawodnicy wykrzeszą z siebie ostatnie pokłady sił i ambicji. Doc Rivers powiedział ostatnio, że będzie to bardzo ciekawa seria i z pewnością drużyna, która wróci z niej ‚na tarczy’ poczyni gruntowne zmiany w nadchodzącym offseason.

Autorzy prowadzą blog bostoncelticspl.blogspot.com

Piotr Gładczak

Miłośnik NBA od prawie 20 lat. Tropiciel ciekawostek statystycznych i wielbiciel NBA lat 90-tych. Nauczyciel WF i właściciel firmy gomaster.pl.

2 komentarze

  1. Boryssobieski pisze:

    I ja ma nadzieje ze Celtowie zajda za skore w tym PO…oby do finalu doszli bo ich gra mi sie najbardziej podoba…oby dziadki daly rade!

  2. Boryssobieski pisze:

    Bo tak na marginesie to Indiana i Denver mnie troszke zawiodly na dziendobry w PO niedajac rady swoim przeciwnikom…Celtowie blagam was wy przynajmniej dajcie rade!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *