Mistrz pobity w Los Angeles

Kobe Bryant opuścił już piąte spotkanie z rzędu ze względu na kontuzje. Mimo to jego koledzy z drużyny pokazują, że potrafią sobie radzić bez swojego lidera. Od kiedy „Black Mamba” nie gra „Jeziorowcy” mają bilans 4-1. Tym razem pokonali we własnej hali aktualnego mistrza NBA, czyli zespół Dallas Mavericks. Emocji jednak nie brakowało, bo do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka.

Drużyna I kwarta
II kwarta III kwarta IV kwarta Dogrywka Wynik
Dallas Mavericks (34-27) 27 27 21 23 10 108
Los Angeles Lakers (39:22) 22 26 28 22 14 112

Spotkanie lepiej rozpoczęła ekipa Dallas Mavericks. Szczególnie zaskoczył Jason Kidd, który poczuł chyba drugą młodość. W pierwszych minutach dwukrotnie trafił z obwodu i udanie wszedł pod kosz. W krótkim odstępie czasu zdobył osim punktów. Po jednej z tych jego akcji „Mavs” wyszli na prowadzenie 13:5. To pozwoliło im wyrobić sobie przewagę, której Los Angeles Lakers nie potrafili przełamać. Kidd super rozpoczął, a skończył mając na koncie 13 punktów i 7 asyst, czyli też nieźle.

Na początku drugiej kwarty Ian Mahinmi (2 pkt) wykorzystał dwa rzuty wolne, a Vince Carter (7 pkt) trafił za trzy. Dzięki temu przyjezdni odskoczyli na dziesięć punktów. „Jeziorowcy” jednak szybko wrócili do gry i zniwelowali stratę do jednego „oczka”. Dallas za wszelką cenę nie mogło sobie pozwolić na utratę kontroli nad tym meczem. Beznadziejny początek spotkania miał Dirk Nowitzki, który przestrzelił pierwsze swoje osiem rzutów. Obudził się dopiero tuż przed przerwą. W przeciągu dwóch minut zdobył pięć punktów, a na zakończenie trójkę trafił jeszcze Jason Terry. Przy zejściu do szatni było 54:48. Nowitzki na początku naprawdę wyglądał jak cień samego siebie. Później się obudził i zaczął trafiać swoje rzuty. W tym meczu zanotował 24 punkty i 14 zbiórek.

Jeśli Dirk nic nie grał, to kto ciągnął grę „Mavs” w pierwszej połowie? Tutaj niespodzianka. Z tej roli świetnie wywiązywał się Delonte West. Już po pierwszej kwarcie miał 12 punktów, a w drugiej dołożył jeszcze cztery. Imponował swoją szybkością i pewnym rzutem. Zaskoczył wszystkich. W kolejnych etapach tego meczu wyraźnie zanikł. Na koniec przy jego nazwisku zapisało się 20 punktów, ale stracił całą magię, którą czarował w pierwszej kwarcie. W drugiej połowie zdarzało się Westowi nie trafiać ważnych rzutów z otwartych pozycji. Swoje do tego meczu jednak wniósł.

Po przerwie bardziej skoncentrowani na parkiet wyszli Los Angeles Lakers. Bardzo przytomnie grali głównie pod koszem i zdobywali kolejne punkty. Niezależnie czy Andrew Bynum czy Metta World Peace czy Pau Gasol, każdy z nich wiedział co zrobić z piłką. Szczególnie aktywny w tej części był dawny Ron Artest. World Peace sprytnie zachowywał się pod koszem i po prostu czuł grę. Miał ochotę rzucać, ale wiedział co robi. W pierwszych minutach trzeciej kwarty rzucił osiem „oczek” i miał już na swoim koncie 16 punktów. Grał naprawdę bardzo dobrze. Nastąpił jednak przestój w jego grze. Kolejne, i zarazem ostatnie, dwa punkty dorzucił dopiero w dogrywce. Metta World Peace zdobył w tym meczu 18 punktów oraz 6 zbiórek. Boli jednak jego 0/5 za trzy. Mam wrażenie, że świetnie wykorzystuje nieobecność Kobe’go Bryanta. Nie boi się rzucać i gra pewniej w ataku.

Tercet zawodników Lakers grających bliżej kosza radził sobie świetnie i gonił swoich rywali. W końcu, po niecałych siedmiu minutach trzeciej odsłony, po ładnie rozprowadzonej akcji z półdystansu trafił Devin Ebanks (6 pkt). Po tym rzucie Lakers odzyskali prowadzenie, które dotychczas mieli tylko na samym początku spotkania. Było 63:64. Mecz stał się niezwykle wyrównany. Jak jedni trafiali, to drudzy praktycznie odpowiadali tym samym. W końcówce Matt Barnes trafił z dystansu, ale zdołał mu tym samym odpowiedzieć jeszcze John Terry. Po trzech kwartach było 75:76.

Czwarta kwarta cały czas była bardzo wyrównana. Był moment, gdy „Mavs” odskoczyli na sześć punktów, ale mając w swoich szeregach takich zawodników jak Andrew Bynum czy Ramon Sessions można być spokojnym, że ta strata szybko zniknie. Wielkich emocji nie zabrakło w ostatnich sekundach. Na niecałą minutę przed końcem trafił Jason Terry i był remis 98:98. Na 20 sekund przed końcem dobrą pozycję na dystansie miał Delonte West, ale nie trafił. Wydawało się, że Lakers mają ostatnią akcję tej kwarty. Nie do końca tak się stało, bo Ramon Sessions oddał trochę za szybko rzut z ciężkiej pozycji. Oczywiście nie trafił, Jason Kidd zebrał i Mavericks mieli jeszcze 1.5 sekundy na zmianę losów tego meczu. Po przerwie na żądanie wznawiali bliżej kosza Lakers. Piłkę otrzymał Dirk Nowitzki, odskoczył i rzucił za trzy, ale niecelnie, więc potrzebna była dogrywka.

Dodatkowy czas gry rozpoczął się od wymiany bardzo mocnych argumentów. Wynik otworzył Matt Barnes dobijając niecelny rzut Bynuma, ale później na arenę weszli prawdziwi snajperzy. Za trzy przymierzył i trafił Jason Terry. Na odpowiedź nie musiał długo czekać, bo trojkę trafił również Pau Gasol. Po stronie „Mavs” od razu z dystansu trafił Dirk Nowitzki. W Lakers nikogo to jednak nie podłamało i z rogu boiska kolejny raz trafił Pau Gasol! Dwie trójki Hiszpana akcja po akcji. Tego w NBA jeszcze chyba nigdy nie było. Ostatni raz Gasol dwukrotnie trafił z dystansu sześć lat temu. To trzeci jego taki mecz w karierze (a pierwszy w koszulce LAL). Hiszpan dobrze spisał się w tym meczu, bo oprócz trafienia tych kluczowych rzutów zanotował na swoim koncie 20 punktów i 10 zbiórek oraz 5 asyst.

Po tej ostrej wymianie z dystansu było 104:106. Wyrównał jeszcze Delonte West trafiając dwa rzuty wolne, ale później to Lakers przejęli ten mecz. Po udanych akcjach Bynuma oraz World Peace’a odskoczyli na cztery punkty. Tak się jednak złożyło, że jeszcze dwa osobiste wykorzystał Nowitzki, a po niecelnym rzucie Bynuma piłkę mieli „Mavs”, a na zegarze pozostawało 15 sekund. W decydującej akcji piłkę otrzymał Jason Terry, ładnie minął obrońców, ale oddał bardzo zły rzut i w tym momencie praktycznie wszystko stało się jasne. Terry grał w tym meczu dobrze, raził swoimi rzutami rywali (5/6 za trzy) oraz zdobył 21 punktów. Zmarnował jednak najważniejszą akcję i sam sobie tego zapewne nie daruje.

Dallas mogli już tylko faulować i liczyć na cud. Cudu jednak nie było, a okazało się, że z faulowaniem też mają problemy. Lakers wznawiali piłkę z boku przy 3.8 sekundy do końca. Shawn Marion (10 pkt i 11 zb) jednak strasznie zaspał i pozwolił spokojnie trzymać piłkę Gasolowi przez ponad trzy sekundy i dopiero wtedy sfaulował. Na dobicie Hiszpan wykorzystał obydwie próby z linii rzutów wolnych i tak zakończył się ten mecz.

Los Angeles Lakers, jak już nas do tego przyzwyczaili, dominowali w strefie podkoszowej. Zbiórki wygrali 42:52, a w punkty z pomalowanego 32:50. Kolejny raz bardzo dobrze poradził sobie Andrew Bynum. Początkowo miał ogromne problemy ze skutecznością, ale później było już lepiej. Nie jest już lekceważonym, młodym centrem. Został prawdziwą bestią podkoszową, której rywale się boją. Czasami mimo kilku obrońców wręcz wiszących na nim potrafi wykorzystać swoją siłę i mimo wszystko trafić do kosza. Natomiast w obronie jego długie ręce działają niczym prawdziwy straszak na przeciwników. Niemal wszyscy mają chwile zawahania przy rzucaniu nad Andrew. Przeciwko „Mavs” Bynum zapisał na swoim koncie 23 punkty i 16 zbiórek. Jeśli cały czas będzie nad sobą pracował i ominą go kontuzje to w przyszłości będzie wielkim centrem.

Bardzo silną bronią Dallas były rzuty za trzy. „Mavs” zanotowali w tym elemencie 12/21, co daje świetne 57%. Natomiast Lakers mieli 7/18 (39%). Oprócz Gasola czołowymi strzelcami z dystansu w ekipie „Jeziorowców” byli Ramon Sessions (3/5 za trzy) oraz Matt Barnes (2/3 za trzy). Obydwaj rozegrali bardzo dobre spotkania. Sessions prowadził grę w swoim stylu. Potrafił dostrzec dobrze ustawionych partnerów, ale sam też rzucał, gdy miał możliwość. Zdobył 22 punkty i miał 5 asyst. Z kolei Barnes był niezwykle uniwersalnym graczem. Był zawsze tam, gdzie być powinien. Dążył nawet do triple-double, ale ostatecznie trochę mu zabrakło. Jego dorobek z tego meczu to 11 punktów, 11 zbiórek oraz 8 asyst.

Pamiętacie zeszłoroczne Playoffs? Wtedy Dallas Mavericks bardzo gładko uporali się z Los Angeles Lakers. „Jeziorowcy” chyba mają ochotę na małą zemstę. W obecnym sezonie wygrali wszystkie cztery mecze z „Mavs”. Możliwe też, że obydwie ekipy spotkają się ze sobą już w pierwszej rundzie gier posezonowych. Czy możemy spodziewać się kolejnego 4-0 dla Lakers?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *