Niedźwiedzie położyły łapę na czwartym miejscu w Western Conference.

Dla obydwu drużyn to było bardzo ważne spotkanie w kontekście rozstawienia przed ewentualnym starciem tych zespołów w pierwszej rundzie Play-Off. Jako, że ostatnio forma teamów prowadzonych przez odpowiednio Lionela Hollinsa i Vinny’ego Del Negro wydawała się zwyżkować to mogliśmy oczekiwać solidnej porcji dobrej koszykówki okraszonej sporą ilością emocji. Realia meczu były jednak zupełnie inne, o czym opowiem w dalszej części sprawozdania z tej potyczki.

 

Przed tym meczem Clippers mieli o dwa zwycięstwa więcej niż team z FedEx Forum. Mieli też rozegrane o jedno spotkanie więcej niż podopieczni Hollinsa. To starcie było więc tak naprawdę pojedynkiem o przysłowiowe sześć punktów (to określenie jest oczywiście dużo częściej stosowane w nomenklaturze piłkarskiej, ale odpowiednio oddaje, jaka była stawka tej konfrontacji. Wydawało się więc, że obu drużynom powinno wystarczyć motywacji do tego by dać z siebie wszystko. Wydarzenia boiskowe wskazały jednak, komu bardziej zależało na osiągnięciu końcowego sukcesu.

 

Od początku dużo bardziej zmobilizowani byli gracze z Tennessee. Widać było u nich wolę walki i chęć do tego by jak najszybciej wytrącić z równowagi ekipę z Kalifornii. Mecz rozpoczął się jednak od wyrównanych pojedynków toczonych przez gwiazdy obu ekip. Gra prowadzona była w dość szybkim tempie i miała na celu uzyskanie już na samym wstępie co najmniej kilku punktów przewagi. Ani jednej, ani drugiej drużynie we wstępnej fazie rozgrywki nie udawała się jednak ta sztuka, gdyż kiedy tylko punktowali jedni, w odpowiedzi od razu trafiali też drudzy. Większość potyczek odbywała się blisko obręczy, gdzie wyrównane boje prowadzili ze sobą podkoszowi obu ekip. Bardzo korzystne wrażenie sprawiał szczególnie Blake Griffin, który bardzo szybko uzyskał aż osiem punktów w tej pierwszej odsłonie meczu. Po stronie gospodarzy dobrą robotę wykonywali za to Marreese Speights i Marc Gasol, którzy w tej ćwiartce zanotowali na swoim koncie łącznie dwanaście oczek. Z czasem Niedźwiadkom udało się osiągnąć kilka punktów różnicy, której jak się później okazało nie oddali już do końca całego spotkania. Końcowy wynik tej kwarty brzmiał 24 do 18 dla ulubieńców miejscowej publiki.

 

Druga kwarta rozpoczęła się od skomasowanej ofensywy Grizzlies. Szybkie cztery punkty sprawiły, że przewaga wzrosła aż do dziesięciu oczek, co jak na tak ‚młodą’ fazę meczu jest wynikiem godnym pochwały. Wszyscy jednak wiemy, że zespół Memphis bardzo często rozpoczyna mecze w imponującym stylu, by później przesypiać długie fragmenty spotkań i tym samym dając się doganiać rywalom. Dlatego też nikt w hali FedEx Forum nie mógł być nadmiernie spokojny o ostateczny rezultat, nawet biorąc pod uwagę tak dobre wejście w mecz. Tym bardziej, że do głosu powoli zaczęli dochodzić niemrawi w pierwszej odsłonie obwodowi Clipps, którzy swoją dobrą grą niejako podciągnęli swój zespół i sprawili, że przewaga Niedźwiadków w pewnym momencie stopniała tylko do czterech punktów i wydawało się, że wszystko w tym meczu jest jeszcze zupełnie otwartą kwestią. Na półtorej minuty przed zakończeniem pierwszej części gry na tablicy widniał wynik 45-41 dla gospodarzy. Wtedy jednak zawodnicy Del Negro stanęli, pozwalając rzucić sobie aż siedem punktów, nie odpowiadając nań w żaden sposób. Cała pogoń spełzła więc na niczym, a do szatni koszykarze Memphis schodzili z solidną, aż jedenastopunktową zaliczką. Można było więc podejrzewać, która z drużyn spokojniej przetrwa tę wizytę w szatni.

 

Obrazek z początku trzeciej kwarty bliźniaczo przypominał to, co stało się na wstępie drugiej ćwiartki. Grizzlies znowu lepiej weszli w mecz i rzucili cztery kolejne oczka. W tym momencie różnica między obiema ekipami wynosiła piętnaście punktów i można było oczekiwać, że Gasol i spółka będą spokojnie kontrolować przebieg boiskowych wydarzeń. Fani Clippers mieli jednak nadzieję na to, że los w tym meczu może się jeszcze odmienić, bo przecież cały czas nieźle grali zawodnicy z wyjściowego składu Del Negro. I owszem, kilka udanych akcji sprawiło, że Los Angeles w krótkim czasie zniwelowało sześć z piętnastu oczek dzielących ich od gospodarzy. Znowu dużo dobrego działo się pod tablicami, gdzie swoje robili Griffin i zaskakująco tego dnia skuteczny DeAndre Jordan. Memphis miało jednak tego wieczoru w swoim składzie kilku graczy, którzy przez swoją niezłą postawę znacząco wpływali na przebieg tego spotkania. Tym razem ich wybawcą stał się O.J. Mayo, który ważnym rzutem trzypunktowym zwiększył prowadzenie Niedźwiadków do jedenastu punktów. W ogóle trzeba przyznać, że może rzucający Memphis nie był tego dnia jakoś szczególnie skuteczny, ale kiedy już trafiał, robił to w bardzo istotnych momentach dla losów konfrontacji. Po tym trafieniu z dystansu przyszedł moment bardzo nieskutecznej gry z obydwu stron, kiedy oba teamy bardziej skupiały się na pokazaniu swojej niefrasobliwości, aniżeli dobrej koszykówki. Efektem tego był fakt, że przez prawie dwie minuty nie udało im się znaleźć drogi do kosza i na ostatnią część gry gospodarze wychodzili przy akompaniamencie jedenastu punktów przewagi.

 

Kwarta numer cztery miała nieco inny przebieg od pozostałych. Tym razem zaczęło się od celnego rzutu bardzo solidnie grającego tego dnia Erica Bledsoe, który chyba jako jedyny z rezerwowych zasłużył na miano zawodnika, który rzeczywiście wsparł swój zespół. O postawie Younga i Martina nie da się powiedzieć wiele dobrego, dlatego ich występ skwitujmy po prostu milczeniem. Wspomniany Bledsoe trafił także w kolejnej akcji Clippers, nie dało to jednak żadnego wymiernego rezultatu w postaci odrobienia części strat (po drodze bowiem cztery oczka dla Memphis zdobył Zach Randolph). Tak więc mimo starań rozgrywającego LA wynik ciągle nie był korzystny dla podopiecznych Del Negro. W tym momencie wydawało się, że wszystko zmierza ku nieubłaganej porażce dla przyjezdnych, gdyż Niedźwiadki w bardzo umiejętny i dojrzały sposób utrzymywały Clipps na odpowiedni dystans. Jak to jednak często bywa w przypadku Memphis, w pewnym momencie ekipa Hollinsa po prostu stanęła, na nieszczęście dla ulubieńców miejscowych fanów stało się to w bodaj najgorszym dla nich momencie, a więc na około dwie minuty przed rozwiązaniem spotkania. Wtedy to gościom, głównie dzięki postawie nieocenionego w takich momentach Chrisa Paula, udało się dojść na trzy punkty. Wtedy to jednak bardzo ważne punkty dołożył ten, od którego w Tennessee oczekuje się najwięcej, a więc Rudy Gay. Dzięki temu trafieniu Niedźwiadkom udało się odetchnąć i wrócić na właściwe tory. W odpowiedzi zdziałać próbował coś wspomniany już Paul, ale zmęczenie dało się we znaki (Clipps przez cały mecz grało raptem ósemką zawodników) i lider gości popełnił błąd. Poskutkowało to szybkim faulem na Gayu, który trafił oba osobiste i dzięki temu odłożył ten mecz do lodówki.

 

Memphis dołożyło do swojego dorobku bardzo cenne zwycięstwo, które może dla nich oznaczać ewentualną przewagę parkietu w pierwszej rundzie Play-Offs. Jeśli dołożymy do tego fakt, że najprawdopodobniej ich rywalem będą gracze, których dzisiaj udało im się odprawić z kwitkiem to otrzymujemy odpowiedź, dlaczego dzisiejszy triumf był tak ważny. Nie dość że wygrana ta utrzyma ich w realnej walce o to by cztery z możliwych siedmiu spotkań rozegrać na własnym parkiecie, to jeszcze wreszcie udało im się pokonać Clipps, z którymi ich bilans w tym sezonie wynosił do tej pory 0:2. To ważny sukces także w sferze morale, które po takim meczu może wystrzelić do góry.

 

Historią i kluczem do dzisiejszego spektakularnego osiągnięcia była pewna subtelna różnica między oboma zespołami zauważalna już na pierwszy rzut oka. Grizzlies mają w tej chwili bardzo szeroką rotację złożoną z co najmniej dziesięciu równorzędnych koszykarzy, Clippers natomiast są ekipą w olbrzymim stopniu uzależnioną od postawy swoich graczy wyjściowej piątki. Doskonale było to widać w tym starciu – każdy z rezerwowych Niedźwiadków włożył istotną cegiełkę do tego by pokonać gości, natomiast ci, mogli liczyć tylko na sześciu, produktywnie grających zawodników. Spowodowało to olbrzymie zmęczenie liderów w samej końcówce pojedynku, kiedy ważyły się jeszcze losy tej konfrontacji. Del Negro ma teraz spory orzech do zgryzienia, bo musi jakoś dotrzeć do swoich podopiecznych. Musi sprawić, żeby Ci, którzy wchodzą dobrze realizowali swoje zadania i by podczas ich obecności na parkiecie efektywność gry drużyny nie spadała. Nie wiem, czy to wszystko nie przerasta trochę szkoleniowca ekipy z Miasta Aniołów i czy nie okaże się czasami gwoździem do trumny tego sezonu dla Clipps.

 

Natomiast wśród zawodników i kibiców Memphis może zapanować w obecnej chwili prawdziwa euforia. W krótkim czasie pokonali oni Oklahomę, Dallas, Miami i LAC, zdając tym samym celująco egzamin na to, czy są gotowi do tego by móc intensywnie włączyć się do walki o najwyższe laury w tym sezonie. Jeśli dodam do tego fakt, że ostatnie trzy mecze, z bardzo wymagającymi rywalami udało im się wygrać w zaledwie cztery dni, to już w ogóle możemy to uznać za gigantyczne osiągnięcie. Szczerze mówiąc nie wiem, czy jest w tej chwili na Zachodzie drużyna, która chciałaby spotkać się z nimi w pierwszej rundzie rozgrywek posezonowych.

 

Ciekawostki:

 

  • Gospodarze wygrali walkę na tablicach aż 48-36, co najważniejsze do tego wyniku przysłużyło się aż pięciu graczy, którzy mieli co najmniej sześć zbiórek.
  • Jedenastopunktowe prowadzenie Memphis do przerwy było największą przewagą w tym sezonie osiągnięta po dwóch kwartach spotkania.
  • Asystent Lionela Hollinsa Barry Hecker wrócił na ławkę trenerską po tym, jak zabrakło go w spotkaniu z Dallas. Dla Heckera absencja w meczu z drużyną z Teksasu była pierwszą od czasów, kiedy rozpoczął karierę trenerską w… 1971 r.
  • Memphis zdecydowało się na przywrócenie do rosteru Josha Selby’ego, który został na tę okoliczność sprowadzony z NBDL League.
  • Zach Randolph zagrał w tym spotkaniu pomimo tego, że jeszcze w poniedziałek, w godzinach rannych uczestniczył w niegroźnym wypadku samochodowym.

 

Najlepsi:

 

Memphis:

 

Punkty: Gasol 18, Gay 16, Conley&Mayo po 13

Zbiórki: Randolph 12, Gasol&Speights po 8

Asysty: Gasol 7, Mayo 5, Conley 3

Przechwyty: Mayo 2

Bloki: Gasol 2

 

L.A. Clippers:

 

Punkty: Paul 21, Griffin 19, Jordan 14

Zbiórki: Jordan 14, Griffin 6, Martin 5

Asysty: Paul 6, Griffin&Foye po 3

Przechwyty: Paul 3

Bloki: Jordan 2

Gracz meczu:

Marc Gasol – Hiszpański Center Memphis może nie zagrał dzisiaj piorunująco po bronionej stronie parkietu, gdzie średnio radził sobie z atletycznymi Griffinem i Jordanem. Jednak wszelkie zastrzeżenia, co do jego postawy w defensywie zniwelowała jego fantastyczna gra w ataku, gdzie dość łatwo nabierał obu wyżej wymienionych panów na szereg swoich opanowanych do perfekcji zagrań w ofensywie. Naprawdę należy docenić to jak rozwinął się ten gracz w przeciągu ostatniego sezonu i trzeba stwierdzić, że jego repertuar manewrów w ataku jest naprawdę ponadprzeciętny. Jeśli do tego dodamy osiem zbiórek i siedem asyst to otrzymamy doprawdy kapitalny występ. Może nie był on królem crunch-time, ale przecież liczymy osiągnięcia z całego meczu, prawda?

Antybohater meczu:

Nick Young – kiedy analizowałem dla was trójstronną wymianę pomiędzy Clippers&Nuggets&Wizards to z całym przeświadczeniem stwierdziłem, że to świetny ruch ze strony włodarzy ekipy dowodzonej przez Donalda Sterlinga. Dzisiaj jednak jestem skłonny odszczekać swoje słowa, bo Young nie robi nic, co mogłoby wskazywać, że rzeczywiście będzie wzmocnieniem teamu z Miasta Aniołów. Jego postawa jest naprawdę przygnębiająca, wydawało się, że w mocnym zespole może odnaleźć swoje miejsce shootera z ławki, który wchodząc na boisko za każdym razem daje z siebie wszystko i dorzuca coś do dorobku drużyny. Póki co jednak przez swoją grę bardziej przeszkadza on Clippersom, aniżeli ich wspomaga. Dzisiaj po raz kolejny zagrał beznadziejnie. Przez dziewiętnaście minut pobytu na parkiecie nie wskórał nic. Oddał pięć niecelnych rzutów, zanotował dwie straty, zszedł i słuch po nim zaginął. A szkoda, bo dzisiaj miał idealną okazję na to by wreszcie pokazać pełnię swoich umiejętności. Szansy jednak nie wykorzystał i naprawdę ciężko będzie mu do siebie przekonać (rosnącą grupę) krytyków.

 

 

 

 

 

2 komentarze

  1. Adrian89 pisze:

    Bardzo lubię Twoje relacje, ale dziś chyba pisałeś to z jakimś dziwnym słownikiem w ręku. nie rozumiem skąd kwiatki  „na ostatnią część gry gospodarze wychodzili przy akompaniamencie jedenastu punktów przewagi.” czy też ” Druga kwarta rozpoczęła się od skomasowanej ofensywy Grizzlies” . 

    • Doli_nski pisze:

      Chciałem jakoś ubarwić tę skostniałą relację z dzisiejszego spotkania. ;) Nie bierz tego na poważnie, przecież to są jaja. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *