Zemsta Williamsa to zbyt mało – Rockets gromią w Sacramento

Sacramento Kings nie sprostali faworyzowanym Houston Rockets i ulegli na własnym parkiecie 104-87. Dla Rakiet była to wygrana numer 31, która pozwoliła im awansować na szóste miejsce w tabeli Zachodu, a za razem co raz pewniej myśleć już o rywalizacji w rozgrywkach posezonowych.

Do składu gości powrócił po długiej nieobecności spowodowanej zatruciem Kyle Lowry. Niestety nie zaliczy on comebacku do zbyt udanych bowiem przez ponad 17 minut nie trafił żadnego rzuty z gry i zdobył tylko jeden punkt z linii rzutów osobistych. Miał natomiast siedem asyst co troszkę ubarwia jego występ w Power Ballance Pavillon. Rywalizacja przeciw Houston miała na pewno także spore znaczenie dla Terrence Williamsa, którego Rockets zwolnili w trakcie obecnych rozgrywek. Miał zatem okazję do pokazania, że w Teksasie popełniono błąd nie dając mu zbyt wielu szans na pokazanie swoich umiejętności.

Rakiety już od samego początku pokazały, kto jest lepszy na boisku kontrolując w pełni przebieg wydarzeń. Po kilku minutach było już 10-2, a olbrzymia w tym zasługa niezwykle aktywnego tego dnia Courtney’a Lee. Gracz ten penetrował kilka razy pod kosz, z czym nie radził sobie kryjący go tego dnia Jimmer Fredette. Zresztą pierwsza kwarta to popis Lee, który w tej części gry rzucił, aż 17 pkt ( na 32 Rakiet). Trafiał za trzy, z pod kosza z dystansu – był po prostu nie do zatrzymania – zatem trener Keith Smart miał spory ból głowy bo z taką obroną Kings nie mieli żadnych szans na wygraną.

W drugiej kwarcie do głosu doszli rezerwowi gości – Samuel Dalambert i Chase Budinger kolejnymi akcjami powiększali konto punktowe swojej drużyny. Przewaga Teksańczyków w pewnym momencie sięgała niemal dwudziestu punktów. W zespole z Bay Area bardzo dobrze radził sobie wspomniany Williams, który do przerwy miał 9 pkt. Sam Williams i jego chęć zemsty to za mało i po pierwszej połowie to Houston prowadziło 58-43.

W kolejnej kwarcie prowadzenie gości jeszcze się powiększyło przekraczając dwadzieścia punktów. Pod koszem wyśmienicie grał Louis Scola. Seria punktów Argentyńczyka była zabójcza dla Sacramento, którzy chyba w tym momencie zupełnie zapomnieli o założeniach jakie nakreślał im coach Smart i myśleli już o tym, żeby mecz z Rakietami jak najszybciej dobiegł końca. Jedynie Williams walczył w zespole gospodarzy. Zdobywał punkty spod kosza oraz po rzutach trzy punktowych. Naprawdę był wyróżniającą się postacią i chyba najjaśniejszym punktem swojej drużyny. Także dobre spotkanie rozgrywał Fredette, który co chwila trafiał trójki. Niestety nie przekładało się to na poprawę wyniku na korzyść graczy z dawnej Arco Arena.

W ostatniej kwarcie już nic nie uległo zmianie. Chase Budinger przypominał skuteczną grą trenerowi Kevinowi McHale’owie, że jeszcze nie odpuścił walki o pierwszy skład Rakiet. Patrick Patterson łatwo punktował spod kosza, a w przeciwnej ekipie z honorem mecz chciał zakończyć Isaiah Thomas, który przebudził się w końcówce zaskakując rywali punktami zza linii 7,24. Losy meczu jednak nie odmienił i Houston odnosi pewne zwycięstwo w Sacramento.

Bardzo słabo zagrali liderzy Kings. Demarcus Cousins zdobył 9 pkt, a Tyreke Evans ledwie sześć. Można zatem powiedzieć, że zupełnie nie istnieli w ofensywie przeciw Rockets. Najlepszy w zespole gospodarzy był Terrence Williams, zdobywca 21 pkt. Fredette dołożył 17 pkt (3 na 6 za trzy), a Thomas o jeden punkt mniej (3 trójki na cztery próby). I w zasadzie to tyle jeżeli chodzi o Króli …

Najlepszy w Houston był Courtney Lee, którego łupem padło 25 pkt. Przy takiej grze rzucającego obrońcy Rakiet kibice tego klubu chyba powoli zapominają, że w składzie jest jeszcze Kevin Martin. Ważną postacią był też Goran Dragić, który uzbierał 15 oczek i 9 asyst. Natomiast rezerwowy Patrick Patterson zanotował double-double mając 10 pkt i 10 zbiórek.

Teraz Rockets, którzy wygrali swój trzeci mecz z rzędu zmierzą się w Rose Garden z Portland Trail Blazers. Sacramento natomiast we wtorek jedzie do Dallas, gdzie zagrają z aktualnymi mistrzami NBA.

GRACZ MECZU: Courtney Lee

HOUSTON ROCKETS (31-25) – SACRAMENTO KINGS (19-38) 104-87

(32-21, 26-22, 15-20, 31-24)

C. Lee 25 pkt, G. Dragic i C. Budinger po 15 pkt –  T. Williams 21 pkt, J. Fredette 17 pkt, I. Thomas 16 pkt.

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *