Niedźwiadki nie wystraszyły się Żaru i wracają z tarczą z eskapady na Florydę.

Dzisiejszy pojedynek w American Airlines Arena miał jednego faworyta i była nim zdecydowanie ekipa gospodarzy. Jak jednak często to bywa, przebieg spotkania nijak nie miał się do przedmeczowych oczekiwań. Miami zagrało jeden z najgorszych meczów w tej kampanii i musiało uznać wyższość zdecydowanie tego dnia dominujących Grizzlies.

 

Sam mecz nie był raczej najlepszą reklamą NBA. Obfitował on bowiem w różnego rodzaju błędy, a niedokładności było w nim więcej niż koszykówki w prawdziwym wydaniu. W drużynie z Florydy na przyzwoitym poziomie zagrali chyba tylko Chris Bosh i LeBron James, a reszta ekipy (łącznie z Dwyane’m Wade’m) zdecydowanie odstawała poziomem od wyżej wymienionej dwójki.

 

Prowadzenie Niedźwiadków nie było chyba ani przez chwilę zagrożone. Team Lionela Hollinsa zaczął to spotkanie od zdecydowanego natarcia na zdezorientowanych rywali, wśród których widoczne było rozdrażnienie i nerwowość. Chwilę po rozpoczęciu pierwszej części gry Grizzlies zbudowali sobie pewną przewagę, którą konsekwentnie powiększali, co zaowocowało wygraniem pierwszej ćwiartki aż trzynastoma oczkami. Prym w tej dobrej grze wiedli szczególnie Rudy Gay i Marreese Speights, którzy swoją postawą wydatnie przyczynili się do takiego rezultatu. Wśród graczy z Florydy w mecz wszedł dobrze jedynie Chris Bosh, który trafiał z półdystansu i tym samym próbował ciągnąć jakoś swój zespół. Zawodzili natomiast i LeBron, i Flash, którzy zamiast przebojowej i błyskotliwej gry prezentowali koszykarską mizerię.

 

Druga odsłona spotkania nie przyniosła wyraźnych zmian. Podopieczni Ericka Spoelstry dalej byli uśpieni i zagubieni, a gracze Memphis przez swoją konsekwentną grę kontrolowali wydarzenia boiskowe. Duża w tym zasługa graczy rezerwowych, którzy bardzo dobrze realizowali polecenia taktyczne kreślone przez Hollinsa i dzięki temu nie zmienił się w ogóle obraz gry. W tym wszystkim imponował głównie Gilbert Arenas, który momentami przypominał zawodnika znanego ze swojej kapitalnej postawy za czasów Waszyngtonu. Agent Zero trafiał z dystansu i całkiem rozważnie kierował poczynaniami swoich partnerów. Tego samego niestety nie można było powiedzieć o bohaterze ostatnich meczów w drużynie Hollinsa, a więc O.J. Mayo, który pudłował na potęgę. Za to do przerwy uzyskał on już aż pięć asyst, co jak na tego gracza jest wynikiem absolutnie godnym odnotowania. Przewaga Grizzlies w tej kwarcie była bezdyskusyjna i ich prowadzenie nie było ani przez moment zagrożone. Ostatecznie udało im się jeszcze powiększyć różnicę z pierwszej ćwiartki i pozwoliła ona do przerwy prowadzić aż szesnastoma oczkami.

 

Po przerwie gracze Żaru wyszli na parkiet bardzo zmotywowani do odrabiania strat. Werwy wystarczyło jednak tylko na kilka minut, kiedy to udało im się odrobić kilka oczek dzielących ich od graczy Niedźwiadków. W pewnym momencie podopieczni coacha Hollinsa obudzili się jednak z letargu i szybko na nowo uzyskali wysokie prowadzenie. Było to możliwe m.in. dzięki celnym trójkom Mike’a Conleya i Gilberta Arenasa, które chyba ostatecznie podcięły skrzydła zrezygnowanym Heat. Wprawdzie  dwoił się i troił James, ale i jemu nieobce były w tym meczu potknięcia. Pomimo tego, że dobrze kreował pozycje swoim partnerom to ci nie potrafili z nich korzystać. Jak wiadomo gwiazda tej wielkości jak LeBron powinna wziąć sprawy w swoje ręce i zamiast bezustannie podawać piłkę kolegom, mógłby grać więcej samemu. Kiedy jednak zaczynał grać troszkę bardziej indywidualnie to jednak gracze gości szybko wybijali mu podobne pomysły z głowy bardzo dobrze go broniąc.

 

W czwartej kwarcie meczu nie wydarzyło się już tak naprawdę nic, co w znaczący sposób wpłynęłoby na oblicze tego pojedynku. Memphis poprzez solidną grę cały czas kontrolowało przebieg tego spotkania i ani na chwilę nie pozwoliło gospodarzom na pojawienie się myśli, że ten mecz można jeszcze wygrać. Sam szkoleniowiec ekipy z Florydy Erick Spoelstra dość szybko spuścił głowę i zrezygnował z myśli, że korzystny wynik w tej potyczce jest jeszcze realny. Zaowocowało to wpuszczeniem na parkiet w samej końcówce głębokich rezerw, które normalnie nie mają miejsca w składzie. Za przykładem Spoelstry poszedł też Hollins, czego skutkiem było to, że obie drużyny kończyły ten mecz w dość eksperymentalnych ustawieniach.

 

Kluczem do zwycięstwa w dzisiejszej grze dla Niedźwiadków była bardzo dobra obrona. Ulubieńcy fanów z FedEx Forum bardzo mocno naciskali graczy z piłką, co wpływało na bardzo dużą ilość straconych posiadań, które były zamieniane na łatwe punkty. Tak naprawdę zawodnicy z Tenneesee nie pokazali w tym meczu niczego szczególnego, byli jednak dużo bardziej stabilni niż rywale i to poprowadziło ich do końcowego sukcesu. Nie bez wpływu na końcowy rezultat był też fakt, że wśród gości wszyscy ważni zawodnicy zagrali bardzo równo, co miało bezpośrednie przełożenie na osiągnięcia statystyczne. Każdy z liczących się w tej ekipie graczy zanotował na swoim koncie co najmniej przyzwoity występ i właśnie przez tę głębię składu, i mnogość rozwiązań taktycznych Hollins mógł pozwolić sobie na różnorakie konfiguracje personalne i szerokie rotowanie składem. Tego samego nie można niestety powiedzieć o ekipie Żaru, w której prócz Wielkiej Trójki zawiedli wszyscy inni koszykarze.

 

Ta wygrana jest bardzo ważna dla Grizzlies nie tylko w kontekście walki o jak najlepsze rozstawienie przed Play-Offami, ale też jeśli weźmiemy pod uwagę sferę mentalną. Niedźwiadkom udało się pokonać na wyjeździe trzeciego, bardzo mocnego, kandydata do tytułu Mistrza NBA i taki sukces na pewno bardzo pozytywnie wpłynie na morale zespołu. Tym samym gracze z miasta Elvisa dali wszystkim w tej lidze wyraźny sygnał do tego, że nie wolno ich lekceważyć i trzeba bardzo poważnie brać pod rozwagę kandydaturę Memphis do naprawdę wysokich celów. Miami natomiast zanotowało bardzo kiepski, bezbarwny występ i na pewno nie mają być z czego po tym meczu zadowoleni. Ta porażka skutkuje bowiem nie tylko pogorszeniem nastrojów, ale też przerwaniem świetnej passy siedemnastu kolejnych zwycięstw na własnym parkiecie.

 

Ciekawostki:

 

  • W drużynie Memphis aż siedmiu zawodników zapisało na swoje konto dziesięć, albo więcej punktów. Po stronie pokonanych takich zawodników było tylko czterech.
  • Czternaście zbiórek Zacha Randolpha jest jego tegorocznym najlepszym wynikiem w tej kategorii.
  • Cztery celne trójki Gilberta Arenasa spowodowały, że to był jego najlepszy występ w tym sezonie.
  • Dwyane Wade trafił piętnastą trójkę w tym sezonie, do osiągnięcia z zeszłego sezonu brakuje mu jeszcze… 48 takich rzutów.
  • Porażka Miami powoduje, że dobiega końca najlepsza w tym sezonie passa kolejnych meczów bez porażki na własnym parkiecie. Zakończyła się ona na siedemnastu spotkaniach i jest drugim najlepszym wynikiem w historii klubu.
  • Dziewięć strat w pierwszej kwarcie meczu Miami jest najgorszym wynikiem klubu od sezonu 1995/96.

 

Najlepsi:

 

Miami:

 

Punkty: James 21, Wade 20, Bosh 19

Zbiórki: Wade 7, James, Anthony, Harris po 6

Asysty: James 6, Harris 4, Wade, Chalmers, Cole po 2

Przechwyty: Wade, James po 2

Bloki: Anthony 2

 

Memphis:

 

Punkty: Gay 17, Conley, Speights po 15

Zbiórki: Randolph 14, Gasol 9, Speights 5

Asysty: Mayo 6, Conley 4, Cunningham 3

Przechwyty: Conley, Gay po 3

Bloki: Gasol 3

 

Gracz meczu:

 

Mike Conley – rozgrywający Memphis może nie był w tym meczu najlepszym kreatorem pozycji dla swoich kolegów, ale przez cały mecz grał bardzo równo, wystrzegając się poważnych błędów. Poza tym trafił dwie arcyważne trójki w trzeciej kwarcie spotkania, kiedy zahamował tym samym pogoń rozochoconych graczy Heat. Widać, że jego współpraca z Arenasem może być całkiem ciekawym rozwiązaniem dla Niedźwiadków na Play-Offy.

 

Antybohater meczu:

 

Mario Chalmers – playmaker Heat był w tym rozdaniu całkowitym przeciwieństwem swojego vis-a-vis z ekipy przeciwników. Wystraszony, grający bardzo bojaźliwie, a przy tym niesamowicie chaotycznie, wprowadzał tylko niepotrzebny zamęt do gry swojego zespołu. Jego jedynym sposobem na wyprowadzenie akcji było przejście z piłką na stronę gości i oddanie ją w ręce LeBrona Jamesa. Naprawdę bardzo kiepski występ, o którym sam zawodnik pewnie chce jak najszybciej zapomnieć.

3 komentarze

  1. Przemekgr napisał(a):

     To że Niedźwiadki mają power było już widać w zeszłorocznych playoffach także jeśli Żar miał być przez kogoś zgaszony to czemu nie przez nich.

  2. Kolektor7 napisał(a):

    Ale trzeba przyznać, Memphis grali dobrze, ale nie wiem czy wystarczyłoby to na Miami w normalnej dyspozycji. A Heat grali wczoraj taką padakę, szczególnie w pierwszej kwarcie. Wystarczy powiedzieć że zdobyli najmniej punktów w pierwszej kwarcie i do przerwy. W pierwszej ćwiartce można było liczyć tylko na Bosha, Wade z Jamesem niewidoczni, potem nieco otrzeźwiał Wade, w 3 kwarcie James, ale to nadal nie była ich dyspozycja .. Dobre zmiany Anthonego i Harrisa, ale to też było zdecydowanie za mało, Memphis rządzili cały mecz praktycznie w każdym elemencie gry, a największą przewagę (może poza momentami gdy dobrze tam radził sobie Anthony) mieli w pomalowanym. Mam nadzieję że to zdecydowanie był wypadek przy pracy i Żary odrodzą się w meczu z Pistons a następnie rozjadą C’s. Pozdro!

  3. woy9 napisał(a):

    ta pierwsza kwarta to była florydzka masakra niedźwiedzią łapą;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *