Drobnym drukiem: Analiza problemów Sixers

Gdy po 29 spotkaniach Philadelphia 76ers miała  na koncie aż 20 wygranych wydawało się, że zespół Douga Collinsa jest na najlepszej drodze by w końcu nawiązać do sukcesów z lat świetności Allena Iversona. Od walentynek Sixers odnotowali jednak bilans na poziomie 9-16 i nie tylko stracili cały impet, ale także prowadzenie w Atlantic Division.

Co się dzieje w mieście braterskiej miłości i czy są szanse na uratowanie tego sezonu? Czy Doug Collins po tym jak w ciągu dwóch miesięcy stał się mocnym kandydatem do tytułu trenera roku powinien zostać zwolniony? Gdzie są największe luki 76ers? Na te wszystkie pytania postaram się odpowiedzieć w tym felietonie.

Styl gry

Sixers mają bilans 24-9 w spotkaniach, które decydują się dwucyfrową różnicą, ale tylko 5-16 w tych z przewagą zwycięzcy poniżej dziesięciu punktów. Najkrócej rzecz ujmując, nie potrafią wygrywać spotkań, które trzeba ‚wymęczyć‚.

Co ciekawe ich najlepszym strzelcem jest nominalny zmiennik – Lou Williams, ale notuje tylko 15,3 ppg. Wynika to ze sposobu gry Filadelfii, który opiera się na dzieleniu piłką i wzajemnym zaufaniu. To z kolei powoduje, że aż siedmiu graczy tego zespołu zdobywa przynajmniej 9 punktów na spotkanie.

Póki gra jest otwarta i ich dobra obrona przekłada się na łatwe punkty to wszystko jest w porządku. Jeżeli jednak przeciwny zespół zacieśni obronę i zmusi 76ers do grania ataku pozycyjnego to widać, że podopieczni Collinsa się gubią.

Brak lidera

Brakuje im przede wszystkim tzw. go-to-guy, czyli gracza, któremu można przekazać piłkę gdy wygrana jest na szali i pozwolić mu na wykreowanie akcji punktowej. Kogoś takiego jak Pierce, Rose, James, Wade czy Anthony wymieniając tylko rywali z najbliższej okolicy Filadelfii. W Sixers do takiej roli pretendowało lub pretenduje dwóch graczy – Andre Iguodala i Lou Williams.

Ten pierwszy ma 28 lat i już w poprzednim sezonie rozwiał wątpliwości kibiców. Jest przede wszystkim świetnym obrońcom i bardzo uniwersalnym graczem, który prawdopodobnie najlepiej spisywałby się w zespole, w którym byłby drugą lub nawet trzecią opcją w ataku.

Analizując statystki 82games widać, że Iggy zdobywał w poprzednich rozgrywkach średnio niecałe 20 punktów na każde 48 minut decydującego czasu gry (suma ostatnich minut w wyrównanych spotkaniach). To stawiało go daleko w tyle za takimi graczami jak Bryant (49,8) czy Rose (47,8), ale również za kolegami z Sixers – Williamsem (33,3), Meeksem (28,1) i Turnerem (22,6).

Sam Lou Williams jest natomiast zbyt nierówny. Dodatkowo jego punkty w decydujących akcjach najczęściej przychodzą z rzutów z dystansu i nie widać u niego zbytniej ochoty do wchodzenia wówczas pod kosz. Osobiście skłaniam się ku stwierdzeniu „you don’t live by threes, you die by threes” i chciałbym żeby Sweet Lou nauczył się lepiej wymuszać przewinienia szczególnie że ma solidne 80% z linii rzutów wolnych. To pozwoliłoby mu także na utrzymanie produktywności w spotkaniach, w których ma niską skuteczność z gry.

Nierówna gra podkoszowych

Sixers brakuje też większej produktywności graczy podkoszowych. Nie mają takiego komfortu jak Lakers (Bynum i Gasol), Grizzlies (Gasol i Randolph), czy nawet Spurs (Duncan), Celtics (Garnett) lub Magic (Howard). Nie mogą po prostu zagrać izolacji dla swojego wysokiego gracza i liczyć na to, że w każdym spotkaniu da im te 10-16 łatwych punktów. Philly musi się opierać na nierównej parze BrandHawes.

Pierwszy jest wciąż dobrym graczem, ale lata swojej świetności zdecydowanie ma już za sobą i jest w 76ers bardziej ze względu na doświadczenie, które może przekazać młodszym kolegom niż rzeczywisty wkład w grę (szczególnie w przeliczeniu na zarabiane dolary). Ma przebłyski, ale dużo częściej kończy zawody poniżej wymaganego od dobrych podkoszowych pułapu double-double.

Hawes tymczasem zaczął fantastycznie, ale z biegiem czasu zaczęły go dopadać kolejne urazy. Zbyt szybki powrót na parkiet kosztował go dodatkowe tygodnie poza grą i teraz dopiero próbuje nawiązać do udanego startu rozgrywek.

Ofensywa

Gdyby atak Sixers był choć w połowie tak godny zaufania jak obrona, to wyścig o pierwsze miejsce w Atlantic Division mielibyśmy już dawno za sobą. A tak, mimo że mają najlepszą defensywę według statystyk Hollingera (współczynnik efektywności na poziomie 95,5) i najmniej strat na mecz w historii NBA (11,04) to przegrali blisko połowę ze swoich spotkań!

Wracając do statyk Hollingera, gdy posłużymy się filtrem gry w ataku zobaczymy, że z pierwszego miejsca w obronie Sixers spadną aż na 17 lokatę. Podczas gdy w Top 5 zobaczymy ekipy Spurs, Thunder, Heat i Bulls, towarzystwem ekipy Collinsa będą Magic, Hawks, Kings i Nets – zdecydowanie nie są to przykłady zespołów o dobrej organizacji ataku…

Analizując grę w ataku trzeba także powrócić do tematu, który poruszyłem przy okazji Lou Williamsa. Sixers są najgorszym zespołem w lidze jeżeli chodzi o liczbę oddawanych rzutów wolnych na spotkanie. Notują zaledwie 17.5 wycieczki na linię. Znamienne jest to, że do drugiego najgorszego zespołu (Warriors) mają aż 2 próby straty. Dla porównania – najlepsi w NBA Nuggets, Thunder i Pacers są zdecydowanie powyżej granicy 25 rzutów wolnych na mecz.

Zarząd

Część winy za słabą grę ponosi też zarząd, który nie zdecydował się bardziej agresywnie szukać wzmocnień. Pozyskany z Grizzlies Sam Young jest dobrym zawodnikiem, ale nie rozwiązał żadnego z palących problemów, mało tego – oddany w jego miejsce Marreese Speights ma zdecydowanie więcej przebłysków formy.

Trener

Na koniec pozostawiłem sobie kwestię trenera. Gdy Doug Collins przejmował Sixers wydawało się, że stoi przed nim niezwykle trudne zadanie. Miał jedną z najmłodszych ekip w lidze, która dodatkowo nie miała swojego stylu gry. Doświadczony szkoleniowiec postanowił pilnować każdego detalu i zwracać uwagę swoim graczom nawet na najmniejsze pomyłki. Często ich strofował (nie w sposób agresywny, ale raczej jak dobry mentor) i narzucał zagrywki. Dodatkowo ukierunkował ich na grę obronną i wytłumaczył, że dzięki aktywnej grze pod swoją obręczą będą mogli liczyć na łatwe punkty z kontrataku.

Problem pojawił się gdy na fali dobrych rezultatów jego zawodnicy uwierzyli, że wiedzą lepiej co w danym momencie powinni grać. Uważnie oglądający spotkania NBA zauważą, że w Sixers w ostatnim czasie nie ma takiej sielanki jak kiedyś. Coraz częściej zdarzają się sprzeczki, a Collins niejako obserwuje to wszystko z boku.

W związku z tym o przyszłości klubu zadecydują najbliższe tygodnie. Jeżeli Doug wkroczy i pokaże że ma rację to ma szansę na uratowanie tego sezonu, odzyskanie czwartej lokaty na wschodzie i powalczenie o przynajmniej drugą rundę Playoff. Jeżeli nie, to możemy się spodziewać problemów z utrzymaniem się w ósemce, a potem szybkiej porażki z Heat lub Bulls i prawdopodobnie zmiany szkoleniowca.

Chciałbym, żeby zła passa Sixers szybko się zmieniła, ale jestem świadomy że każdy proces potrzebuje czasu. Czasu, którego Filadelfia już niestety w tym sezonie nie ma.

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *