Cegła, cegła… game-winner. Kobe zrobił to jeszcze raz

Czy można spudłować pierwsze 15 rzutów z gry, a później trafić próbę za trzy, która zadecyduje o wygranej twojej drużyny?  A jeśli można, to kto jest w stanie dokonać takiego wyczynu? Tak, kolejny raz nie mylicie się. Kobe Bryant przez całe spotkanie był bliżej pobicia rekordu Tima Hardaway’a z 1991 roku, który spudłował wszystkie 17 rzutów w meczu niż pokonania rywala, ale ostatecznie oddał najważniejszy rzut, a Lakers mogą cieszyć się z 32. zwycięstwa w sezonie.


Drużyna Bilans I kwarta II kwarta III kwarta IV kwarta Wynik
New Orleans Hornets 13-39 14 25 28 18 85
Los Angeles Lakers 32-20 20 23 18 27 88

Mało kto przed spotkaniem Hornets – Lakers brał pod uwagę możliwość nawiązania walki przez gości z Nowego Orleanu, tym bardziej, że trener Monty Williams nie mógł skorzystać z kontuzjowanych Erica Gordona, Trevora Arizy, Carla Landry’ego, Emeki Okafora, Gustavo Ayona i Chrisa Kamana.

Zgodnie z przewidywaniami, gospodarze rozpoczęli od osiągnięcia szybkiej przewagi i już w pierwszej kwarcie prowadzili 20-6. Przewaga wynikała głównie z dobrego dzielenia się piłką oraz dostarczania dokładnych piłek do Pau Gasola oraz Andrew Bynuma, którzy nie mieli równych sobie przeciwników pod jednym i drugim koszem. W drugich 12 minutach przewaga utrzymywała się przez pierwsze 9 minut na poziomie około 8-9 punktów. Ostatnie 180 sekund to jednak run 9-2 w wykonaniu Hornets, dzięki czemu ich strata zmalała do zaledwie 4 oczek (39-43).

Lakers wydawali się jednak ciągle kontrolować wynik. Ciągle dobrze wyglądał ball movement, a pod koszami rządził i dzielił Gasol, który już do przerwy zanotował 14 punktów i 6 zbiórek. Wszystkie 16 celnych rzutów z gry LAL było asystowanych, a po 5 decydujących podań zaliczyli Ramon Sessions oraz Kobe Bryant.

„Black Mamba” był jednak głównym bohaterem tego spotkania. Do przerwy spudłował wszystkie 7 swoich rzutów, a w trzeciej kwarcie kontynuował serial, nie trafiając kolejnych 8 prób. Jego brak skuteczności był coraz bardziej uciążliwy dla drużyny, która zupełnie się pogubiła i po objęciu prowadzenia przez Hornets w połowie trzeciej odsłony, przegrywała już 65-75 po czterech minutach ostatniej ćwiartki.

Dopiero 7:30 przed końcem meczu Kobe Bryant trafił swój pierwszy rzut. „Marzenia” wielu fanów NBA o pobiciu rekordu Tima Hardaway’a pękły, a Kobe postanowił poprowadzić swój zespół do kolejnej wygranej. W kolejnej akcji wbił się na siłę pod kosz, trafił, a dodatkowo faulowany przez Chrisa Johnsona dorzucił jeden rzut wolny.

Mijały jednak kolejne minuty, a Lakers nie potrafili znaleźć skutecznej odpowiedzi na Jarreta Jacka (18 pkt, 10 ast), który trafiał skutecznie nad rękami Gasola i Bynuma. Jego celne rzuty w połączeniu z kolejnymi pudłami Bryanta dawały kibicom NOH ciągle nadzieje na zwycięstwo.

Wtedy jednak, Lakers powrócili do gry z początku meczu i zaufali swojemu środkowemu. Bynum zdobył sześć punktów z rzędu, Kobe dołożył jeden z linii i na 56.4 sekund do końca, było tylko 85-83 dla Hornets. Goście nastawili się na rozegranie długiej akcji, którą kończyć miał Greivis Vasquez. Wenezuelczyk spudłował jednak swoją próbę, a piłka trafiła w ręce Lakers.

Jak zawsze w takiej sytuacji, to Bryant wziął na siebie odpowiedzialność za wynik i mimo wcześniejszych 18 pudeł w 20 rzutach,  zagrał 1 na 1 na dystansie, a broniący go Jarret Jack na pewno wiedział co będzie chciał zrobić lider Lakers. Wszystko trwało tylko chwilę. Jeden kozioł, wyjście w górę i piłka przelatuje przez obręcz, muskając tylko siatkę. 86-85, 20.2 sekund do końca meczu. Staples Center szaleje i nikt już nie pamięta o poprzednich pudłach. Liczy się tylko tu i teraz. Publiczność skanduje „MVP, MVP, MVP”, a zawodnicy z Nowego Orleanu już chyba sami nie wierzą, że są w stanie wygrać.

Jack próbuje penetrować jeszcze pod kosz w ostatniej akcji, ale jego próba odbija się od kosza. Lakers wygrywają, a Kobe może unieść pięść w geście triumfu, jak na powyższym zdjęciu.

W całym spotkaniu trafił 3 z 21 rzutów z gry. Celna próba, która dała wygraną, okazała się jedynym celnym rzutem za trzy z ośmiu oddanych. Kobe jednak zrobił to ponownie. Nie trafiał, nie trafiał, a i tak wygrał mecz dla Lakers. Który to już raz? Ciężko zliczyć.

Lakers wygrali 88-85, a 40 punktów, 21 zbiórek i 4 bloki zanotowali w sumie Gasol i Bynum. Ich przewaga w ofensywie nieco jednak blednie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że pozwolili Jasonowi Smithowi i Chrisowi Johnsonowi na aż 23 punkty i 18 zbiórek (aż 6 ofensywnych). Hiszpan po udanej pierwszej połowie, przestał być aktywny pod tablicami, jakby bardziej myślał o kolejnych pudłach Bryanta.

Spotkanie przeciwko Hornets udowodniło, jak bardzo Lakers są uzależnieni od swojego lidera. Bryant zakończył mecz z 11 punktami i 5 asystami. Kiedy wydawało się, że on także jest tylko zwykłym człowiekiem, któremu zdarzają się gorsze dni, pokazał kolejny raz swój charakter zwycięzcy i wygrał ten mecz.

No właśnie, uważacie, że KB24 wygrał to spotkanie, czy jednak tylko uratował, po tym jak wcześniej sam je zawalił?

Piotr Gładczak

Miłośnik NBA od prawie 20 lat. Tropiciel ciekawostek statystycznych i wielbiciel NBA lat 90-tych. Nauczyciel WF i właściciel firmy gomaster.pl.

3 komentarze

  1. Rafi23 napisał(a):

    Kobe troszkę popsuł to spotkanie, bo gdyby trafiał regularnie NOH nawet nie objęliby prowadzenia. Jednak mimo wszytko ostatecznie dzięki niemu Lakersom udało się wygrać, więc nie ma co rozpamiętywać ;)

  2. Lanfaust napisał(a):

    Powiem szczerze, że takiego drukowania jak w końcówce meczu to dawno nie widzialem.

  3. woy9 napisał(a):

    na korzyść Hornets? jak Gasola trzymał Smith przy osobowych?? czy jak były punkty z krokami?? bo wg mnie sędziowie gwizdali w obie strony. Jack miał setkę i sam sobie winien ,że nie trafił lay up’a

    tutaj powtóreczka meczyku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *