„Leśne Wilki” kolejny raz poskromione przez Lakers. Debiut Sessionsa.

W Los Angeles Lakers ostatnio bardzo dużo się działo. Do drużyny dołączyło kilka nowych twarzy, ale kilka też opuściło. Teraz trener Mike Brown musi to jak najlepiej poukładać. Minionej nocy rywalem „Jeziorowców” była Minnesota Timberwolves i dokonane zmiany chyba im nie zaszkodziły, bo LAL odnieśli kolejne zwycięstwo nad „Leśnymi Wilkami”. Ten mecz był debiutem dla Ramona Sessionsa, czyli nowego człowieka w Lakers, z którym wszyscy wiążą spore oczekiwania.

Drużyna Bilans I kwarta II kwarta III kwarta IV kwarta Wynik
Minnesota Timberwolves 22-23 19 22 20 31 92
Los Angeles Lakers 28-16 23 27 24 23 97

Spotkanie rozpoczęło się od czterech punktów z rzędu Pau Gasola. To pozwoliło Los Angeles Lakers dobrze wystartować. Hiszpan z cała pewnością miał ostatnio ciężkie dni. W spekulacjach łączono jego osobę z wieloma zespołami. Koniec transferów to dla Gasola zrzucenie dużego ciężaru z ramion. Teraz ma pewność, że zostaje w L.A. i może skupić się wyłącznie na grze. Z Timberwolves poradził sobie całkiem dobrze, bo zanotował 17 punktów, 11 zbiórek i 3 bloki.  „Leśne Wilki” po starcie 0:4 jednak się nie wystraszyły i szybko się otrząsnęły. Gra stała się dość wyrównana.

Na 2:51 min przed końcem pierwszej kwarty na parkiecie pojawił się Ramon Sessions. Jego debiut to jedno z największych, jeśli nie największe, wydarzeń tego spotkania. Zaledwie kilkanaście sekund po wejściu na parkiet udanie wjechał na kosz i zdobył swoje pierwsze punkty dla Lakers. łącznie grał 19 minut i w tym czasie zanotował 7 punktów i 5 asyst. Debiut całkiem przyzwoity. Widać, że może ożywić grę „Jeziorowców”.  W jednej z akcji szybko wbiegał na kosz, ale dostrzegł, że Matt Barnes robi to samo, więc idealnie w tempo podał do niego piłkę. Akcja oczywiście zakończyła się łatwymi punktami. Takie właśnie zagrania są potrzebne Lakers. Dodam jeszcze, że współczynnik +/- Sesionsa wyniósł +8. Więcej w całym zespole miał tylko Andrew Bynum (+18). Pozostałe nowe twarze LAL, czyli Jordan Hil i Christian Eyenga, muszą jeszcze poczekać na swój debiut.

Pierwsza kwarta zakończyła się niewielkim prowadzeniem Lakers. W drugiej odsłonie przewaga już rosła. Działo się tak głównie za sprawą dobrej gry Matta Barnesa. Widać było, że to gospodarze tego starcia wyraźnie kontrolują przebieg tego starcia. Właśnie ławka rezerwowych odegrała ważną rolę. Jak wiadomo, w obecnym sezonie „Jeziorowcy” nie mogą się poszczycić dobrą grą zmienników. Tym razem było inaczej. Wspomniany Barnes grał naprawdę bardzo dobrze i zdobył 17 punktów. Łącznie w pojedynku zmienników LAL wygrali 31:19. Najlepszym rezerwowym Timberwolves był JJ Barea. Jego dorobek to 8 punktów i 5 zbiórek.

W III kwarcie obraz gry niewiele się zmienił. Lakers cały czas byli stroną wyraźnie dominującą. „Leśne Wilki” próbowały coś zmienić, ale niewiele mogły. Gospodarze tego spotkania wyrobili sobie spokojną przewagę punktową. Nie był to jakiś wielki pogrom, ale było wiadomo kto rozdaje karty. W końcówce tej odsłony Kobe Bryant trafił jeszcze dwie trójki (dwukrotnie asystował Sessions) i zrobiło się 74:58. Była to najwyższa przewaga ekipy z „Miasta Aniołów”. Minnesota nawet przez chwile nie zasmakowała przewagi.

Obraz gry troszeczkę uległ zmianie w ostatniej części meczu. Goście starali się jeszcze bardziej, a Lakers delikatnie odpuścili. W efekcie tego na 5:10 min przed końcową syreną Kevin Love zdobył dwa punkty i zmniejszył stratę swojego zespołu do sześciu punktów. Taka przewaga nic nie może gwarantować. Oglądając ten mecz byłem jednak jakoś dziwnie spokojny. Lakers wyglądali jakby wiedzieli co robić i odpuścili tylko, aby się nie przemęczać. Kilka kolejnych akcji znowu zaprowadziło poprzedni porządek na parkiecie. drugi raz Timberwolves zbliżyli się tak blisko swoich rywali jeszcze w samej końcówce. Na 18 sekund przed końcem Luke Ridnour trafił rzut wolny i znowu przegrywali tylko sześcioma. Czasu było jednak bardzo niewiele, więc trzeba było faulować. Na linii rzutów wolnych bezbłędni jednak byli Pau Gasol i Matt Barnes. Goście nie dawali jednak za wygraną. Nawet, gdy na 10 sekund przed końcem przegrywali 98:87 trener Rick Adelman poprosił o czas i jak to żartowali komentatorzy „szykuje ośmiopunktową zagrywkę”. Taka zagrywka jednak nie wyszła, a ostatnie punkty w meczu zdobył Martell Webster (12 pkt w całym meczu) rzutem za trzy ustalając wynik tej konfrontacji na 92:97.

Wspomniałem o zaskakującej grze ławki Lakers, ale jeszcze jeden element w ich grze był zaskakujący. Chodzi o rzuty z dystansu. „Jeziorowcy” nie są potęgą w tym elemencie, ale podczas tego meczu całkiem nieźle sobie poradzili. Zanotowali 10/22 za trzy (niecałe 46%). Minnesota miała 4/22 (18%). Bardzo dobrze zza łuku radził sobie Kobe Bryant. Przy sześciu pierwszych próbach z dystansu trafił pięciokrotnie. Później jeszcze dwa rzuty mu nie wyszły i zanotował 5/8 za trzy. „Black Mamba” był oczywiście najlepszym strzelcem swojego zespołu. Rzucił 28 punktów (9/20 z gry).

W starciach Lakers z Timberwolves ciekawym dla mnie aspektem jest walka podkoszowa. O Gasolu już wspomniałem, a druga wieża z L.A. też całkiem nieźle sobie poradziła. Andrew Bynum zanotował 15 punktów i 14 zbiórek. Podkoszowi rywali wypadli jednak jeszcze jeden. Dorobek Kevina Love’a to 27 punktów i 15 zbiórek. Z kolei Nikola Pekovic zanotował 20 punktów i 12 zbiórek (7 w ofensywie!). Czasami sam się dziwiłem jakim cudem piłka wpada w ręce koszykarza rodem z Bałkanów mimo dużego tłoku. „Leśne Wilki” były również lepsze w punktach z pomalowanego (48:34) oraz w zbiórkach (55:47). Tym razem Lakers nie zdominowali tablic, ale zaskoczyli w innych aspektach i dzięki temu wygrali.

Warto jeszcze wspomnieć o takim zawodniku jak Luke Ridnour. Ze względu na kontuzje Rubio na jego barkach spoczywa większa odpowiedzialność za rozgrywanie ataków swojego zespołu. Ridnour to jednak zawodnik już doświadczony i nie boi się odważnie grać. Przeciwko Lakers zanotował double-double na poziomie 12 punktów i 11 asyst.

Minnesota ma szczególnie duży problem z Los Angeles Lakers. „Jeziorowcy” wygrali 19 ostatnich meczów między tymi zespołami. „Leśne Wilki” ostatni raz wygrały 06.03.2007 r. W swojej historii Lakers mieli tylko jedną dłuższą serię zwycięstw nad jednym zespołem. W latach 1983 – 1988 pokonali ekipę Kings 24 razy z rzędu.

Obecnie Lakers legitymują się bilansem 28-16 i zajmują trzecie miejsce w Konferencji Zachodniej. Hala „Staples Center” to ich prawdziwa twierdza. Na własnym parkiecie mają bilans 19-2 i jest to najlepszy wynik w całej lidze. Gorzej bywa na wyjazdach… Natomiast Minnesota Timberwolves ma bilans 22-23 i cały czas walczy o Playoffs.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Jakoś dziwnie ogląda się mecz Lakers, gdy nawet na chwile na parkiecie nie pojawia się Derek Fisher. Pierwszy raz od niemal pięciu lat. No, ale w NBA nie ma miejsca na sentymenty…

4 komentarze

  1. Kuba pisze:

    Mecz oglądałem od połowy, gdyż prędzej ekscytowałem się SAS-OKC, wydał mi się nudny jak flaki z olejem.:P Grali powolnie, bez większego zaangażowania ze strony Lakersów i z niewiele większym zapałem u MInny. Aczkolwiek ciesze się że w końcu „zaskoczył” Barnes.

  2. woy9 pisze:

    świetna relacja Maciek. ja skoncentrowałem się na meczu Knicks z Pacers i nie zawiodłem się;-) pozdro.

  3. Mac pisze:

    @Kuba zgadzam się z Twoją opinią. Mecz nie był porywającym widowiskiem. Miałem wrażenie, że ta pierwsza ucieczka punktowa Lakers już ustawiła rywalizację. T’Wolves stracili wiarę w zwycięstwo, a Lakers wrzucili wolniejszy bieg.

    Pozdrawiam

  4. Cosmo pisze:

    Powiem szczerze, że Pekovic ma wielkiego nosa do zbiórek w ataku, Varejao, bo chyba on był dotychczas liderem w tej kategorii ma sporego konkurenta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *