Drafts from the past #2 NBA Draft ’91

Zapraszam wszystkich na przeczytanie drugiej odsłony cyklu o draftach z przeszłości. Pierwszy odcinek obejmował graczy draftowanych do NBA w roku 1990, dzisiaj zaś przedstawię Wam subiektywny ranking graczy, którzy zasilili ligę rok później, a więc w roku 1991.

 

Nabór do ligi miał miejsce, podobnie jak rok wcześniej, w Nowym Jorku. Tego lata do ligi przyszło trochę więcej godnych zapamiętania zawodników niż rok wcześniej, aczkolwiek ciągle nie był to najmocniejszy draft, który miał miejsce w złotych dla NBA latach 90. Z całą pewnością łatwiej było jednak wyselekcjonować mi dziesiątkę najlepszych zawodników rekrutowanych do ligi w tamtym okresie aniżeli w roku poprzedzającym tę selekcję.

 

#10. Billy Owens – rocznik 1969, 206cm. 102kg. Syracuse, 3 nr draftu.

 

Gdyby ktoś powiedział tuż przed samym wyborem tego gracza przez Sacramento, że znajdzie się on dopiero na 10 miejscu jakiegokolwiek rankingu obejmującego żółtodziobów z tamtego roku to pewnie zostałby wyśmiany. Owens miał bowiem wszelkie predyspozycje do tego by stać się prawdziwą gwiazdą ligi. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna niż przewidywania ekspertów. Pierwsze sezony skrzydłowego draftowanego przez Królów w lidze rzeczywiście wskazywały na to, że do NBA trafił zawodnik nietuzinkowy. Gwiazda uczelni Syracuse szybko została jednak sprowadzona na ziemię i zderzyła się z brutalnymi zasadami panującymi w tej lidze. Bardzo szybko był on uczestnikiem wymiany, w której trafił do Oakland w zamian za jednego z najlepszych rzucających obrońców tamtej dekady Mitcha Richmonda. To mogło działać na wyobraźnię, przecież nie każdy junior bierze udział w tak spektakularnej wymianie jeszcze przed oficjalnym debiutem na parkietach amerykańskiej ligi zawodowej. Ludzie chyba zbyt szybko uwierzyli w wielkość Owensa, co poskutkowało tym, że wokół zawodnika urosły olbrzymie oczekiwania, którym do końca nie umiał sprostać. Owszem, jak już wspomniałem, jego pierwsze lata w lidze były bardzo obiecujące. Notował bardzo solidne zdobycze punktowe, poparte dobrą pracą na deskach. Z miejsca stał się jednym z najlepiej zbierających niskich skrzydłowych w lidze, co nie było przecież kwestią dla wszystkich oczywistą. Bardzo skutecznie odnalazł swoje miejsce w szybkiej koszykówce prezentowanej przez Dona Nelsona i jego Warriors. Jak to często jednak bywa gracze, którzy odnajdują się w koncepcji jednego z najbardziej charyzmatycznych coachów, jacy kiedykolwiek pracowali w NBA często nie mogą potwierdzić swojej renomy grając w innych drużynach. Kiedy zmieniła się wizja rozwoju drużyny Wojowników pierwszym, który na tym stracił był właśnie trzeci wybór tamtego draftu. Trafił on do Miami w wymianie za Rony’ego Seikaly’ego i tak rozpoczęła się jego tułaczka po lidze. Nigdzie indziej nie potrafił już potwierdzić swojego nieprzeciętnego talentu, do gry zaczęły też dochodzić różnego rodzaju urazy i problemy pozasportowe i w krótkim czasie Owens przekształcił się z nadziei ligi na gracza, którego bez zawahania oddaje się innym klubom w kolejnych wymianach. O ile jeszcze na Florydzie grał poprawnie to jego dalsza historia w NBA nie jest już kolorowa. Po kilku latach niepowodzeń zdecydował się więc na zakończenie kariery i tym sposobem stał się zawodnikiem, jakich ta liga miała wielu. Jego głównym problemem był więc fakt, że nie trafił w swojej karierze na trenerów, którzy zdecydowanie by na niego postawili i to właśnie sprawiło, że jego talent rozmienił się na drobne. Tak więc można powiedzieć, że jego kariera przeszła bez echa. A szkoda, bo miał papiery na granie.

 

Statystyki z kariery – 600 meczów (475 w pierwszej piątce) – 29,4 min. 11,7 pkt. 6,7 zb. 2,8 as. 48,1 % z gry, 29,1 % za 3, 62,9 % z wolnych, 1,0 prz. 0,5 bl. 2,2 str.

 

Najlepszy sezon – (1993/94 Golden State) – 79 meczów (72) – 34,7 min. 15,0 pkt. 8,1 zb. 4,1 as. 50,7 % z gry, 20,0 % za 3, 61,0 % z wolnych, 1,0 prz. 0,8 bl. 2,7 str.

 

#9. Bobby Phills – rocznik 1969, 196cm. 103kg. Southern University, 45 nr draftu.

 

Bez wątpienia najlepszy player, jaki został wybrany tego roku w drugiej rundzie draftu. Jego początki w lidze nie wskazywały na to, że będziemy mieć do czynienia z zawodnikiem, którego nazwisko będziemy pamiętać przez lata. A tak na pewno jest. Po części jest to skutek tego jak tragicznie zakończyła się jego historia, ale nie tylko, nie możemy bowiem patrzeć na jego osobę tylko poprzez pryzmat tej katastrofy, której był uczestnikiem. Nie ukrywam, że kiedy piszę o tym zawodniku to górę zaczynają brać nade mną emocje, a nie realna ocena sytuacji. Pamiętam jak dowiedziałem się o jego wypadku to płakałem jak bóbr. Ja dziewięcioletni dzieciak zakochany w ówczesnych Charlotte Hornets nagle straciłem swojego ulubionego zawodnika, co to był za ból. Ból nie do opisania, bo każdy chyba wie jak reaguje na śmierć kogoś bliskiego każdy człowiek. A ja poczułem wtedy, że straciłem bardzo bliską mi osobę, pomimo tego, że nawet go nie znałem. Kończąc jednak ten ckliwy wywód powiem, że nie można postrzegać Phillsa tylko jako tego zawodnika, który stracił życie przez niejako swoją nieodpowiedzialność. Z czego jeszcze mamy pamiętać Phillsa? Przede wszystkim z tego, że był zawodnikiem, który wykonał ogromną, katorżniczą wręcz pracę by stać się kimś w tej lidze. Nigdy nie był to bowiem zawodnik obdarzony talentem czystej wody, któremu wszystko przychodziło z łatwością. Na swoją pozycję w NBA musiał zapracować, potrafił pokazać, że jeśli się chce to można osiągnąć każdy, nawet wydawałoby się najbardziej szalony cel. Bobby nie był wielkim wirtuozem basketu. Jego gra w ataku ograniczała się do wykorzystywania przewagi siły nad większością kryjących go rywali, miał też parę klepek na parkiecie, z których rzuty opanował do perfekcji, czego efektem jest bardzo dobra skuteczność za trzy z całej swojej kariery. Będzie jednak zapamiętany z czegoś innego – ze swojej świetnej defensywy. Ten gość naprawdę potrafił uprzykrzyć życie swoim rywalom. Nigdy nie odpuszczał, nawet jeśli dawał się mijać to w następnej akcji wracał jeszcze bardziej zmotywowany i nikomu nie pozwalał na zdobycie łatwych punktów. Kiedyś nawet sam wielki Michael Jordan powiedział, że obrońca Hornets jest najtwardszym przeciwnikiem, z jakim musiał się borykać na parkietach ligi. To właśnie był jego znak rozpoznawczy. Kiedy ktoś mówił o Phillsie to od razu rzucało się na myśl to, że jako jeden z nielicznych od czasu do czasu potrafił okiełznać samą legendę basketu. I ja zapamiętam go właśnie z tego, a nie z faktu, że w jedną, krótką chwilę zaprzepaścił to na co przez całe życie tak sumiennie pracował. Świetny gracz, legenda dla kibiców Hornets i bardzo pozytywna postać dla wszystkich, którzy wychowali się na lidze z lat 90.

 

Statystyki z kariery – 467 meczów (379) – 28,7 min. 11,0 pkt. 3,1 zb. 2,7 as. 44,3 % z gry, 39,0 % za 3, 73,8 z wolnych, 1,3 prz. 0,3 bl. 1,5 str.

 

Najlepszy sezon – (1995/96 Cleveland) – 72 mecze (69) – 35,1 min. 14,6 pkt. 3,6 zb. 3,8 as. 46,7 % z gry, 44,1 % za 3, 77,5 % z wolnych, 1,4 prz. 0,4 bl. 1,8 str.

 

#8. Chris Gatling – rocznik 1967, 208cm. 104kg. Pittsburgh: Old Dominion, 16 nr draftu.

 

Pamiętany do dziś głównie z jednego względu – w 1997 roku zagrał życiowy sezon, który poskutkował nominacją do All-Star Game. Ten wybór stanowi po dzień dzisiejszy jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji o powołaniu gracza na coroczne święto koszykówki amerykańskiej w całej historii National Basketball Association. Rzeczywiście trudno nazwać Gatlinga gwiazdą rozgrywek. Nigdy tak naprawdę, no może poza tym jednym sezonem, nie wzbił się ponad przeciętność i nie dał swoim przeciwnikom żadnych powodów do tego by twierdzić, że jego kandydatura do ASG nie była pomyłką. Uważam jednak, że pomimo tego należy mu się miejsce w tym rankingu. Nie dowiemy się bowiem, czy nie potrafiłby być wyróżniającym się zawodnikiem jakiegoś konkretnego teamu. A to dlatego, że zawsze, kiedy zaczynało mu iść dobrze był ofiarą roszad w składzie. Menedżerowie nigdy nie przywiązywali go do swojego zespołu i nader ochoczo wymieniali go do innych klubów. Przyczyną takiego stanu bywał zazwyczaj niełatwy charakter zawodnika. Przez całą swoją karierę był on uważany za faceta, który swoją postawą może rozwalić każdy zespół. Poświęcali więc jego niemałe umiejętności by tylko oczyścić swój zespół z wewnętrznej ‚zarazy’, która niszczyła drużyny od środka. Ja nie zajmuję się jednak oceną usposobienia zawodników, tylko oceną ich kwalifikacji. A kwalifikacje tego koszykarza uprawniały go do gry na naprawdę niezłym poziomie. Dużą zasługą tego skrzydłowego był też fakt, że pomimo tego, iż nigdy nie był zawodnikiem podstawowym to jednak potrafił wpisać się w historię tej dyscypliny. Nie każdy umiałby się pogodzić z rolą wiecznego rezerwowego, a jemu to się udawało, z trudem, bo z trudem, ale zawsze to jest olbrzymi plus dla takiego gracza.

 

Statystyki z kariery – 700 meczów (86) – 19,7 min. 10,3 pkt. 5,3 zb. 0,7 as. 51,3 % z gry, 24,9 % za 3, 66,0 % z wolnych, 0,7 prz. 0,5 bl. 1,5 str.

 

Najlepszy sezon – (1996/97 Dallas-New Jersey) – 47 meczów (1) – 27,3 min. 19,0 pkt. 7,9 zb. 0,6 as. 52,5 % z gry, 16,7 % za 3, 71,7 % z wolnych, 0,8 prz. 0,7 bl. 2,6 str.

 

#7. Darrell Armstrong – rocznik 1968, 185cm. 82kg. Fayetteville State, niedraftowany.

 

Do dzisiaj pewnie wielu GM-ów pluje sobie w brodę widząc jak potoczyły się losy tego koszykarza w NBA. Jak to możliwe, że wszyscy przeoczyli tego drobnego rozgrywającego z małej uczelni Fayetteville State i nie wybrało go w ogóle w tamtym drafcie? Niechciany przez nikogo playmaker trafił więc trochę przez przypadek do Orlando, gdzie przez pierwsze sezony było mu bardzo ciężko. Większość ludzi, których napotykał na swojej koszykarskiej drodze traktowało go po macoszemu stwierdzając, że jak taki facet, który nikogo nie zainteresował w dniu draftu może stworzyć całkiem ciekawą karierę w lidze. Okazało się jednak, że może. Ktoś w Orlando wreszcie na niego postawił i dał mu szansę na wybicie się. Tym kimś okazał się nieodżałowany Chuck Daly, który powierzył mu w pewnym momencie rolę pierwszego rezerwowego skleconych naprędce Magików. Armstrong odpowiedział na to zaufanie najlepiej jak tylko mógł, a więc swoimi dokonaniami na parkiecie. A te z czasem pozwoliły mu na przebicie się do piętnastki najlepszych rozgrywających tamtego okresu w lidze. Wprawdzie Armstrong nigdy nie prowadził gry mocnego zespołu, ale w średnich na tamte czasy Magic spisywał się bardzo dobrze pokonując kolejne szczeble wtajemniczenia w swojej przygodzie z ligą. Z czasem stał się cenionym graczem, którego w drużynie chciało mieć wielu trenerów. Armstrong był bowiem całkowitym zaprzeczeniem stereotypu rozgrywającego owych czasów. Nigdy nie pracował na to by wyrabiać sobie świetne statystyki, zawsze za to mówiąc kolokwialnie zapierdzielał na parkiecie do upadłego, bo to by korzyść czerpała z tego drużyna. Potrafił też pracować nad wykluczeniem swoich wielu przywar, przykładem na to niech będzie fakt, że udało mu się nauczyć rzucać za trzy punkty. Na początku nie rzucał w ogóle, potem z czasem stworzył z tego elementu całkiem groźną broń w swoim wachlarzu zagrań w ataku i naprawdę zaczął grozić tym, że może celnie rzucić z dystansu. Ponadto jak na swoje mikre dosyć warunki fizyczne był niezłym obrońcą, który wspaniale potrafił przewidywać to, co ma zaraz zagrać przeciwnik. Śledząc postępy tego gracza naprawdę dziwnym staje się fakt jak można było go tak pominąć przy selekcji zawodników do ligi. Po dzień dzisiejszy jest on bowiem jednym z najlepszych, niewybranych w ogóle w drafcie graczy, którym udało się zapisać całkiem udaną kartę ze swoich występów w lidze.

 

Statystyki z kariery – 840 meczów (337) – 23,7 min. 9,2 pkt. 2,7 zb. 4,0 as. 40,9 % z gry, 33,4 % za 3, 87,1 % z wolnych, 1,4 prz. 0,1 bl. 1,9 str.

 

Najlepszy sezon – (1999/00 Orlando) – 82 mecze (82) – 31,6 min. 16,2 pkt. 3,3 zb. 6,1 as. 43,3 % z gry, 34,0 % za 3, 91,1 % z wolnych, 2,1 prz. 0,1 bl. 3,0 str.

 

#6. Dale Davis – rocznik 1969, 211cm. 114kg. Clemson, 13 nr draftu.

 

Kolejny z zawodników, który przez to, że został wybrany do All-Star Game narobił sobie tym wielu wrogów i przeciwników. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Davis za darmo tej nominacji nie otrzymał. Przez lata był on zawodnikiem zadaniowym z najwyższej półki. Nigdy nie był mistrzem w swoim fachu, ale polecenia nakreślane mu przez kolejnych trenerów wykonywał z pokorą i dużą pieczołowitością. Był częścią świetnie funkcjonującego systemu mocnej na owe czasy Indiany, gdzie wspólnie z Antonio Davisem, Derrickiem Mc’ Keyem i Rikiem Smitsem stworzył jeden z najmocniejszych frontcourtów całej NBA. To, że utrzymał się w tej lidze przez aż 16 sezonów to kolejny z dowodów na to, że był graczem bardzo cenionym przez trenerów, wiele przecież wymagających od zawodników formacji podkoszowych. To, co mogło imponować w przypadku tego zawodnika był fakt, że nieustannie pracował nad sobą. Wymagał od siebie bardzo wiele, przez co potrafił ukryć swoje niedoskonałości, kosztem ukazania swoich plusów. A że nie było ich znowu tak wiele to może to być kolejny argument na to, że Davis zasługuje na miejsce w moim rankingu. Na pewno dużo więcej dawał od siebie po bronionej stronie parkietu. Jego gra w ataku opierała się bowiem na kilku mało wytrawnych schematach, które opanował jednak do perfekcji. Za to w obronie był prawdziwą zaporą nie do przejścia. Świetna praca stóp, połączona z całkiem niezłą jak na te gabaryty dynamiką sprawiały, że potrafił radzić sobie nawet z dużo wyższymi i silniejszymi od siebie rywalami. Miał świetne wyczucie piłki, co z kolei pomagało mu kolekcjonować bloki w bardzo dużej ilości. Dobry timing wsparty wspomnianą już przeze mnie poprawną motoryką pozwalał mu na bardzo dobre wskaźniki zbiórek na obu deskach. W końcówce swojej kariery był z kolei świetnym wzorcem dla młodych, prowadził się bowiem bardzo dobrze i mógł niektórym młokosom pokazać, czego tak naprawdę nauczył się przez tę wieloletnią, owocną karierę w lidze. Wprawdzie po zakończeniu kariery nieco się pogubił, ale rozliczajmy go tylko z tego, co pokazywał na parkiecie, a tu jego postawa mogła pozytywnie zaskakiwać.

 

Statystyki z kariery – 1094 mecze (863) – 27,1 min. 8,0 pkt. 7,9 zb. 0,9 as. 53,0 % z gry, 0,0 % za 3, 56,2 % z wolnych, 0,6 prz. 1,1 bl. 1,0 str.

 

Najlepszy sezon – (1993/94 Indiana) – 66 meczów (64) – 34,7 min. 11,7 pkt. 10,9 zb. 1,5 as. 52,9 % z gry, 0,0 % za 3, 52,7 % z wolnych, 0,7 prz. 1,6 bl. 1,6 str.

 

#5. Kenny Anderson – rocznik 1970, 185cm. 76kg. Georgia Tech, 2 nr draftu.

 

Anderson przychodził do ligi jako rozgrywający nowego typu. Szybko zrezygnował z dalszego studiowania na dobrej uczelni Georgia Tech by przystąpić do draftu ’91. Wybrany został już z drugim numerem przez New Jersey Nets. Działacze ‚Siatek’ mieli w swoich głowach wizję budowy składu wokół świetnego playmakera, za jakiego uważany był właśnie Kenny, a także utalentowanego silnego skrzydłowego, numeru jeden poprzedniego draftu – Derricka Colemana. Tak wysoki wybór w tamtym naborze do ligi zamiast stać się błogosławieństwem dla Andersona, stał się chyba jednak przekleństwem. Na bohatera naszego tekstu zewsząd zaczęły spływać peany i to sprawiło, że do głowy uderzyła mu popularna sodówka, z której szponów nigdy nie umiał się wyplątać. Rozgrywający New Jersey bardzo szybko uwierzył w swoją wielkość, nie chciał nawet słyszeć o tym by nie był podstawowym graczem swojego teamu, a wszelkie przejawy krytyki traktował jako personalny atak na swoją osobę. Za dużymi umiejętnościami nie szło więc w parze odpowiednie przygotowanie mentalne do tego by podjąć walkę o to by stać się gwiazdą ligi. Zresztą tak zostało mu już do końca, niezłą w sumie przygodę z NBA co rusz przerywały doniesienia o kolejnych widzimisię playmakera dorastającego w bardzo trudnej i znanej ze swojej brutalnej renomy dzielnicy Nowego Jorku – Queens. Kiedy nawet Anderson zaczynał grać w taki sposób, do jakiego predestynowały go jego wysoki kunszt to od razu zaczynały się problemy natury ludzkiej. Kenny postrzegany był bowiem jako skrajny egocentryk, wokół którego zawsze trzeba było roztaczać parasol ochronny, który miał zapobiegać kolejnym problemom wokół niego narastającym. Ta cała mało przyjazna aura, którą wokół siebie wytworzył sprawiała, że każda kolejna próba ratowania jego podupadającej kariery kończyła się fiaskiem. I tak zamiast wielkiego zawodnika mieliśmy marudnego, niedojrzałego człowieka, z którym nikt nie chciał współpracować. To wszystkie przywary sprawiały, że mało kto pamiętał o tym, że kiedy Anderson przychodził do ligi miał być jej wielką postacią i poskutkowało tym, że nie zrobił takiej kariery, jaka była mu pisana. A trzeba pamiętać, że oprócz tych wszystkich spraw, nazwijmy je mało sportowych, gracz ten był przede wszystkim świetnym koszykarzem, który z rzadka, bo z rzadka, ale dawał próbkę swoich nieprzeciętnych umiejętności. To, z czego zapamiętamy tego grajka to na pewno fakt, że jak mało kto potrafił kreować swoich partnerów i czynić ich lepszymi graczami niż byli w rzeczywistości. Świetny przegląd pola łączył z wrodzoną szybkością, które pozwalały mu na bycie naprawdę świetnym rozgrywającym. Trzeba jednak przyznać, że o ile w ataku był prawdziwym piorunem to jednak był tylko graczem jednej strony parkietu. Nie był on bowiem nawet przez chwilę choćby niezłym obrońcą. W głównej mierze był to efekt tego, że był on po prostu słabej budowy fizycznej i często w pojedynkach z silniejszymi od siebie rywalami bardzo im ustępował. Drugim powodem takiego stanu rzeczy mogło być to, że tak naprawdę od zawsze bazował tylko i wyłącznie na swoim talencie, a brak gruntownego wykształcenia w collegu sprawił, że nikt go nie nauczył jak odnaleźć się w schematach obrony zespołowej. Anderson pozostaje więc jednym z najbardziej niespełnionych prospektów lat 90 i być może inni cieszyliby się z takiej przygody z ligą, ale w jego przypadku to raczej nie ma się z czego radować.

 

Statystyki z kariery – 858 meczów (693) – 30,1 min. 12,6 pkt. 3,1 zb. 6,1 as. 42,1 % z gry, 34,6 % za 3, 79,0 % z wolnych, 1,5 prz. 0,1 bl. 2,1 str.

 

Najlepszy sezon – (1993/94 New Jersey) – 82 mecze (82) – 38,2 min. 18,8 pkt. 3,9 zb. 9,6 as. 41,7 % z gry, 30,3 % za 3, 81,8 % z wolnych, 1,9 prz. 0,2 bl. 3,2 str.

 

#4. Steve Smith – rocznik 1969, 203cm. 100kg. Michigan State, 5 nr draftu.

 

Jednokrotny uczestnik meczu gwiazd NBA. Zawodnik, o którym przez całą karierę można było mówić jako solidnym aż do bólu. Praktycznie nie miewał słabych meczów, zawsze maksymalnie skoncentrowany na pracy, którą miał do wykonania. Bardzo lubiany przez współpartnerów i kolejnych szkoleniowców, pod którymi miał okazję trenować. Kojarzy się go też z najlepszych czasów nowożytnej Atlanty, gdzie wspólnie z Blaylockiem i Mutombo stworzyli bardzo dobry, oparty na rzetelnej defensywie skład, który praktycznie zawsze walczył do ostatnich sił w Play-Offach. Patrząc z perspektywy czasu to zasłużył chyba na odrobinę więcej niż tylko ten jeden, skromny występ w ASG. Cała jego przygoda z NBA stała się niejako synonimem tej wspomnianej już przeze mnie solenności i sumienności. To, że jego kariera potoczyła się jednak tak, a nie inaczej w głównej mierze zawdzięcza temu, że spotykał na swojej drodze szkoleniowców, którzy w pełni umieli docenić jego predyspozycje. A największe predyspozycje miał do tego by być częścią zdrowo działającego systemu. Odnajdował swoje miejsce idealnie właśnie w koszykówce poukładanej, pozbawionej fajerwerków, w której mógł pokazać w pełni swoje najsilniejsze cechy, a więc stabilność formy i pewność, co do tego, co ma w danej chwili robić. Zresztą pewnie, gdyby nie Lakers to mówilibyśmy o nim teraz w trochę innych kategoriach. W pewnym momencie porzucił on bowiem życie w Atlancie i wybrał drogę szukania swojego pierwszego mistrzowskiego pierścienia w Oregonie. Tam pokazywał znowu to, z czego zostanie najlepiej zapamiętany. Miał jednak tego pecha, że trafił na fantastycznych w tamtym okresie Jeziorowców, którzy po siedmiomeczowej batalii rozprawili się z Portland i awansowali tym samym do finału NBA. Jeśliby to Portland wygrało tamtą rywalizację to pewnie oni sięgnęliby po upragnioną koronę i to właśnie Steve cieszyłby się z tytułu, w którym miał wydatny swój udział. Stało się jednak inaczej i na swój laur musiał poczekać jeszcze kilka lat, gdy udało mu się sięgnąć po prym w lidze w barwach San Antonio. W Teksasie znowu oczywiście pokazywał swoją świetną koszykówkę, no ale oczywiście w samym sukcesie miał już mniejszy udział aniżeli stałoby się to w przypadku gry w stanie Oregon. Niemniej jednak Smith zostanie na pewno zapamiętany przez tych kibiców, którzy zamiast efektowności wolą efektywność i cenią zawodników, którzy umieją podporządkować się pewnemu sprawnie działającemu systemowi. Ciężko było bowiem trafić na podobnego jemu zawodnika, który zawsze dawał swoim zespołom to, co najlepsze, nawet jeśli czasami odbywało się to kosztem indywidualnych osiągnięć. Dobry gracz, solidna firma, tylko tyle, a zarazem aż tyle.

 

Statystyki z kariery – 942 mecze (717) – 30,6 min. 14,3 pkt. 3,2 zb. 3,1 as. 44,0 % z gry, 35,8 % za 3, 84,5% z wolnych, 0,8 prz. 0,2 bl. 1,8 str.

 

Najlepszy sezon – (1997/98 Atlanta) – 73 mecze (73) – 39,1 min. 20,1 pkt. 4,2 zb. 4,0 as. 44,4 % z gry, 35,1 % za 3, 85,5 % z wolnych, 1,0 prz. 0,4 bl. 2,4 str.

 

#3. Terrell Brandon – rocznik 1970, 180cm. 79kg. Oregon, 11 nr draftu.

 

Bodaj największy pechowiec w całym dzisiejszym rankingu. Brandon był bardzo elegancko grającym rozgrywającym, który poruszał się na parkiecie z gracją równą najlepszym baletmistrzom. To właśnie od zawsze go cechowało. Pomimo tego, że nie został obdarzony nadludzkimi warunkami fizycznymi to jednak umiał sprostać wymaganiom na newralgicznej dla każdego zespołu pozycji, a więc pozycji rozgrywającego. Nie zawsze to wszystko jednak wyglądało tak różowo. Od początku swojej przygody z ligą traktowany był trochę przez pryzmat swoich słabych warunków fizycznych. Kolejni trenerzy trochę bali się zaryzykować i podporządkować takiemu młodziakowi swojego zespołu. Zarówno Lenny Wilkens, ówczesny trener Cleveland, jak i jego następca Mike Fratello (z początku) woleli widzieć Brandona jako kluczowego rezerwowego swoich zespołów. Po części jest to oczywiście zrozumiałe, bo kiedy Brandon przychodził do ligi to drużyna z Ohio była w samej czołówce Wschodu i jak równy z równym walczyła z Chicago o prymat w tej części Stanów Zjednoczonych. Zawodnik rodem z Oregonu był jednak takim typem, który by grać najbardziej efektywnie musiał czuć pewność, musiał wiedzieć, że w razie czego nikt nie obarczy go winą za jakieś niepowodzenie. Był to bowiem zawodnik o dość kruchej osobowości, do którego trzeba było podchodzić bardzo ostrożnie by nie nastawić go na jakiekolwiek przejawy krytyki. Kiedy bowiem Terrell był na cenzurowanym wtedy Jego gra traciła bardzo wiele na produktywności. Z czasem jednak zaczął pokonywać wszelkie przeszkody i eliminował kolejnych rywali w walce o miejsce w składzie. Zaowocowało to tym, że stał się jednym z najlepszych rozgrywających tamtej epoki w całej lidze. Wtedy to jednak doszły do głosu jego nawarstwiające się problemy ze zdrowiem. W momencie, kiedy wszystko zaczynało iść po myśli Brandona wpadł on w olbrzymie kłopoty związane z jego delikatną budową ciała. Obijany przez silniejszych rywali zaczął uskarżać się na coraz poważniejsze dolegliwości, które notorycznie hamowały rozwój jego kariery i sprawiały, że nie mógł on ustabilizować swojej wysokiej ówcześnie pozycji w lidze. Po jednym z takich urazów nasz bohater powiedział dość i zawiesił buty na kołek. Tego kroku żałowali wszyscy koszykarscy puryści, dla których oglądanie rozgrywającego kolejno Cavs, Bucks i T-Wolves było czystą przyjemnością. Nie ukrywam, że ja również należałem do tego grona, stąd być może ta wysoka pozycja w mojej klasyfikacji. Uważam jednak, że tak inteligentnego rozgrywającego naprawdę nie można było nie doceniać, bo kontakt z jego koszykówką był prawdziwym doznaniem natury estetycznej. Ciężko mi szukać kogoś podobnego do niego w dzisiejszej koszykówce i aż szkoda, że Terrell nie osiągnął w tej lidze więcej. A uważam, że naprawdę miał do tego wszelkie umiejętności. Niestety jak wielu przed nim przegrał z trapiącymi go urazami i musiał przedwcześnie zakończyć swoją i tak bogatą karierę. No cóż, podobno wszystko, co dobre szybko się kończy i tego się trzymajmy.

 

Statystyki z kariery – 724 mecze (480) – 29,8 min. 13,8 pkt. 3,0 zb. 6,1 as. 44,8 % z gry, 35,5 % za 3, 87,3 % z wolnych, 1,6 prz. 0,3 bl. 2,0 str.

 

Najlepszy sezon – (1999/00 Minnesota) – 71 meczów (71) – 36,4 min. 17,1 pkt. 3,4 zb. 8,9 as. 46,6 % z gry, 40,2 % za 3, 89,9 % z wolnych, 1,9 prz. 0,4 bl. 2,6 str.

 

#2. Larry Johnson – rocznik 1969, 201cm. 107kg. UNLV, 1 nr draftu.

 

Ach, co to był za zawodnik. Postać wielowymiarowa, o której można by napisać nie tylko kilka zdań, ale cały bardzo długi artykuł. Zresztą do Larry’ego po dziś dzień mam olbrzymi sentyment i uważam go za jednego z najbardziej ulubionych zawodników, jacy kiedykolwiek biegali po parkietach National Basketball Association. Johnson był prawdziwym objawieniem, od kiedy tylko pojawił się w tej lidze. Kombinacja fantastycznych warunków fizycznych z nieprzeciętnym talentem i sporą chęcią do pracy, tak opisywało go wielu, którzy mieli przyjemność śledzić postępy tego gracza od samego początku kariery ‚Grandmy’ w NBA. Gdzie tylko się pojawił, wzbudzał wielkie emocje. Był bowiem typem człowieka, który co ma w sercu, to na języku. Nigdy nie przewijał w słowach, zawsze otwarcie wyrażał swoje poglądy i to przysporzyło mu zarówno wielu wielbicieli, jak i licznych wrogów. Skupmy się jednak na tym, co prezentował w swojej grze. Jak już wspomniałem na początku Johnson łączył w sobie to, co dla koszykarza najważniejsze. A więc olbrzymie predyspozycje do gry w basket z osobliwą budową ciała. Przy swoich nieco ponad dwóch metrach wzrostu dysponował olbrzymią, gigantyczną wręcz siłą. Pozwalało mu to na miarodajną walkę z graczami na prawie każdej pozycji w składzie. Kiedy tylko piłka trafiała w jego ręce to przeciwnik mógł obawiać się o swoje zdrowie, a zarządca hali o to, czy kosze wytrzymają napór jego stalowych mięśni. Grał on bowiem tak jak żył, mając pomarańczowy kawałek skóry w dłoniach za wszelką cenę chciał wsadzić ją do kosza, najlepiej efektownie, z dużym impetem, tak by pokazać kto tutaj rządzi. Przy tym wszystkim niesamowicie jednak dzielił się piłką, przy swoich imponujących gabarytach urzekał tym jak potrafi rozprowadzić grę. Grał niesamowicie mądrze, w większości przypadków wybierając najlepszy wariant na rozegranie akcji. Czasem wprawdzie ponosiły go nerwy i wtedy jego postawa wiele traciła na wartości, gdyż często w takich sytuacjach nie potrafił wyzwolić się od negatywnych myśli. Prezentując tak wartościowy poziom gry bardzo szybko wyrósł na gwiazdę całej ligi i miał potencjał do tego by stać się jej ikoną przez następne kilka lat. Jak to często jednak bywa w takich sprawach sytuacja nieco się skomplikowała. Po pierwsze ‚Grandma’ chyba zbyt szybko uwierzył w to, że wszystko zostanie mu podane na tacy, że skoro ma taki status w lidze to już nie musi się wysilać by go utrzymać. Wiemy jak zazwyczaj kończą się takie historie i w przypadku tego gracza niestety nie było inaczej. Po drugie Johnson grał nawet pomimo tego, że często uskarżał się na drobne dolegliwości. Z czasem jednak te drobne dolegliwości zaczęły przekształcać się w coraz groźniejsze, niedoleczone urazy. Chorobliwa ambicja, która rozpierała skrzydłowego ‚Szerszeni’ trochę kolidowała z tym jak sytuacja wyglądała w rzeczywistości. Bo oprócz tego, że Larry dawał z siebie wszystko na parkiecie to jednak wewnątrz jego psychiki zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Prowadził on m.in. otwarty konflikt z drugim z wielkich zawodników Hornets tamtego okresu Alonzo Mourningiem. Doprowadziło do to otwartej wojny i wtedy włodarze klubu z Północnej Karoliny stwierdzili, że czas na zmiany, że czas na wyczyszczenie atmosfery, choćby kosztem obniżenia poziomu gry drużyny. Pożegnano się z oboma panami i tym samym Johnson trafił do stolicy koszykówki, a więc Nowego Jorku. Tutaj właściwie można byłoby skończyć pisanie, albo dopiero je zacząć. Ja jednak postaram się streścić w kilku zdaniach to, co miało miejsce w czasie jego przygody z Knicksami. O ile pierwszy etap jego przygody z drużyną z największego miasta w USA był w miarę udany to jednak później zaczął się zjazd po równi pochyłej. Po Johnsonie-dominatorze został tylko cień koszykarza z dawnych lat. Larry miał problemy z nadwagą i postępującymi kontuzjami, które były efektem siłowego stylu gry tego gracza. Słabo było również u niego ze znalezieniem motywacji do gry, czego efektem było popadanie w coraz większy marazm. To wszystko doprowadziło do jednego z najbardziej spektakularnych upadków wielkich gwiazd lat 90 i zakończyło się dla Johnsona popadnięciem w zawodniczy niebyt. Pomimo tego w świadomości kibiców ‚Grandma’ na pewno pozostanie przez wiele, wiele lat. Nigdy przedtem nie było bowiem w lidze takiego zawodnika, który łączyłby w sobie tyle przeciwstawnych sobie cech. Facet o twarzy buldoga, w środku miękki jak dziecko, o muskulaturze Conana i zmyśle Magica Johnsona. Tak, te wszystkie ingrediencje były w posiadaniu zaledwie jednego gracza. Naprawdę szkoda, że ta historia tak się zakończyła, bo gość miał papiery na naprawdę wielkie granie okraszone czymś więcej niż dwoma marnymi występami w ASG. Najgorsze w tej całej historii jest to, że tak naprawdę nikt nie wie, czego mu zabrakło do tego by rządzić NBA. Po części zdrowia, po części odpowiedniej psychiki, a i tak pewnie największą rolę odegrało tutaj zwykłe, ludzkie szczęście.

 

Statystyki z kariery – 707 meczów (699) – 36,3 min. 16,2 pkt. 7,5 zb. 3,3 as. 48,4 % z gry, 33,2 % za 3, 76,6 % z wolnych, 0,7 prz. 0,3 bl. 2,0 str.


Najlepszy sezon – (1992/93 Charlotte) – 40,5 min. 22,1 pkt. 10,5 zb. 4,3 as. 52,6 % z gry, 25,4 % za 3, 76,7 % z wolnych, 0,6 prz. 0,3 bl. 2,8 str.

 

#1. Dikembe Mutombo – rocznik 1966, 218cm. 118kg. Georgetown, 4 nr draftu.

 

Tyle było o zmarnowanych, albo nie do końca wykorzystanych talentach. Czas więc na milszy akcent, a więc przypomnienie sylwetki faceta, który swój czas w NBA wykorzystał do absolutnego maksimum. Jak się niedawno okazało, przekroczył też pewną bardzo cienką granicę, ale o tym nie będę pisał, bo każdy ma już chyba swoje zdanie na ten temat. Sympatyczny Zairczyk jest dla NBA postacią pomnikową, jako pierwszy pokazał bowiem, że można być graczem upośledzonym w ataku, a i tak stać się jej symbolem. Nikt tak naprawdę nie wie, ile Dikembe ma lat, ile miał wzrostu i jak długie były jego ramiona, ale uznajmy szczerze, że każda z podawanych w tych kategoriach liczb nieco mija się z prawdą. Ok, ale do rzeczy. Żaden z ekspertów zajmujących się na co dzień tematyką ligi nie był w stanie sobie chyba wyobrazić jak wielka kariera czeka tego gracza, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy go w akcji. Jedno jest pewne – Mutombo wyszedł naprzeciw wszelkim przeciwnościom losu i wytyczył w NBA nowy szlak. Szlak dla zawodników, którzy myślą, że wielki center może tylko ładować piłkę z góry do kosza i od czasu do czasu zebrać coś nad niższymi rywalami. Mutombo oparł swoją grę na kilku podstawowych zasadach. Nigdy nie brał się za to, co nie jest jego specjalnością. Swoją postawę w ataku ograniczył do kilku opanowanych przez siebie zagrywek i przez całą swą przygodę z ligą konsekwentnie je dopracowywał, czyniąc z nich swą jedyną broń w ataku. W obronie za to rozwijał się z sezonu na sezon. Nie było przedtem chyba zawodnika, który pomimo swojej jednotorowości potrafił robić to na tak wiele sposobów. Chudy jak tyczka Afrykanin rokrocznie udowadniał sceptykom, że z obrony też można zrobić swoje pole do popisu i jeszcze zbierać za to brawa ze wszystkich możliwych stron. Do bólu wykorzystywał to, co otrzymał od natury i tym samym uczynił z tego swój największy atut. Dzięki swoim długim dłoniom potrafił zablokować każdego rywala w tej lidze i każdemu z wielkich centrów tamtego okresu nieraz pokazywał, że by go ograć potrzeba włożyć w to więcej inwencji niż zwykle działo się to w podobnych przypadkach. Do kanonu powiedzeń z NBA już na stałe weszło jego powiedzonko ‚not in my house’, którym kwitował każde spektakularne zatrzymanie rywala, gdzieś na granicy trzeciego piętra. Ponadto walczył do upadłego o każdą piłkę, w imponujący sposób kolekcjonując kolejne zbiórki. Jak na takiego wielkoluda także bardzo poprawnie wykonywał rzuty wolne mając lepszą średnią z kariery niż chociażby Shaq O’Neal. Do legendarnych wręcz rozmiarów urosła też jego etyka pracy nad samym sobą, zawsze najdłużej zostawał w hali i ćwiczył kolejne warianty, aby udoskonalać swoją grę i wznosić ją na coraz to wyższy poziom. Sportowy tryb życia, pozbawiony wszelkich, tak charakterystycznych dla amerykańskich sportowców, uciech życia spowodował, że zagrzał w tej lidze miejsce tak długo dopóki nie wykończyła go starość. A zwazywszy na to, że tak naprawdę ma pewnie kilka wiosen więcej na karku niż wskazywałyby na to oficjalne wskaźniki to okazuje się, że grał najdłużej ze wszystkich nam znanych zawodników. Ponadto zawsze bardzo wspierał młodych adeptów basketu z Afryki, pokazywał im właściwą drogę, wysyłał na kursy dokształcające, angażował się w politykę Unicefu i różnego rodzaju akcje dobroczynne. Chodzący ideał, tak o nim mawiano. I pewnie mówiono by tak o nim nadal, ale jak wszyscy wiemy ostatnimi czasy wyciekły bardzo niepokojące wieści, które rzuciły się na nieskazitelny dotąd obraz wielkiego sercem wielkoluda z Zairu. Odłóżmy to jednak na bok i przyznajmy obiektywnie – drugiego takiego koszykarza jak Dikembe nie było i już pewnie nie będzie. A to, że zbłądził to i tak pewnie zostanie mu policzone. Dla nas najważniejszy jest aspekt czysto koszykarski i pod tym kątem rozpatrujmy jego osobę. Swoją postawą na boisku zapracował na wieczny szacunek wśród fanów basketu i to wszystko zapewne zakończy się w Hall-Of-Fame. Wielki zawodnik i to nie tylko wzrostem.

 

Statystyki z kariery – 1196 meczów (997) – 30,8 min. 9,8 pkt. 10,3 zb. 1,0 as. 51,8 % z gry, 0,0 % za 3, 68,4 % z wolnych, 0,4 prz. 2,7 bl. 1,8 str.

 

Najlepszy sezon – (1991/92 Denver) – 38,3 min. 16,6 pkt. 12,3 zb. 2,2 as. 49,3 % z gry, 0,0 % za 3, 64,2 % z wolnych, 0,6 prz. 3,0 bl. 3,6 str. 

22 komentarze

  1. Woy9 pisze:

    jeden z najlepszych draftów w całej historii. Kto wie czy nie lepszy od 1992roku. 7 graczy z 10 wymienionych przez Ciebie trafiła do All Star Game.

    • doli_nski pisze:

      No tak, jeśli będziemy analizować ten nabór tylko pod kątem awansów do ASG to rzeczywiście był mocny. Zauważ jednak, że zawodnicy ci wnieśli do NBA przede wszystkim dużą dozę solidności, a żaden z nich nie był tak naprawdę wielką gwiazdą ligi. Może poza Mutombo (ale to oryginał) i chwilowo Larry’m.

  2. Lanfaust pisze:

    Jak dla mnie Armstrong zdecydowanie za wysoko, poza tym brak Foxa, bardzo dobrze grał tez Augmon w Atlancie.

  3. Lanfaust pisze:

    i jeszcze jedno jak dla mnie (oczywiście subiektywnie) Smith zdecydowanie przed Brandonem. przez 10 lat był jedną z wiodących postaci na swojej pozycji. Bardzo wszechstronny z dobrym rzutem

    • doli_nski pisze:

      Nikt temu nie zaprzecza. Zresztą opisując Smitha wskazałem na to, że był bardzo solidnym graczem, który praktycznie nigdy nie zawodził. Wiesz jednak jak to jest z różnego rodzaju rankingami, często o konkretnym miejscu decyduje sympatia. Oczywiście wiadomo, że pewne podstawy obiektywizmu zachować trzeba, ale kiedy masz do wyboru dwóch podobnych sobie graczy to wyżej ustanowisz tego, którego bardziej lubisz. ;)

      Co do Foxa to był pierwszy, który nie zmieścił się na liście. Postawiłem na Owensa, bo mimo wszystko w mojej ocenie skrzydłowy GSW dysponował odrobinę większym talentem.

  4. woy9 pisze:

    Terrell Brandon był prawdziwym liderem i podporą Cavs. W All Star zagrał 2 razy 1996/1997.

    Smith z kolei był jednym z liderów Heat (obok Rice’a) Hawks (obok Mutombo, Blaylocka czy Leattnera) lub Blazers (Wallace, Pippen jednak przed nim).

    Armstronga należy wysoko ocenić bo zdobywał kolejno nagrody za Największy Postęp i Najlepszego Rezerwowego.

    • doli_nski pisze:

      Brandon wszędzie, gdzie grał zapisał się bardzo pozytywnie. I przez ten krótki okres w Milwaukee i za czasów gry w Minnesocie, kiedy byli oni naprawdę bardzo mocni.

      Smith wszędzie, gdzie tylko się pojawiał był bardzo ważną postacią zespołu. Miał w sobie tę nutkę leadershipu i dlatego kolejni trenerzy chętnie powierzali mu istotne role w swoich teamach.

      Ja Armstronga cenię przede wszystkim za to, że pomimo tego, że nie był w ogóle draftowany to jednak osiągnął coś w tej lidze. Pokazał tym samym, że nie trzeba być gladiatorem by móc zajść daleko, nawet będąc pominiętym przy naborze do ligi.

  5. darkcore pisze:

    Fajny artykuł. Ja także zamieniłbym Smitha z Brandonem ale w sumie kolejność tutaj nie jest ważna. To są jedyni zawodnicy godni wyróżnienia z tego draftu, oprócz Mutombo nie ma tutaj gwiazd czy świetnych zawodników, są rzemieślnicy. Nie wiem jak można nazywać ten draft lepszym od 1992: O’Neal, Mourning, Leattner, J.Jackson, Gugliotta, Sprewell, Weatherspoon, Christie, Ellis, Horry, już pierwsza piątka niszczy cały poprzedni. Dla mnie osobiście nie ma porównania.

  6. Woy9 pisze:

    Darkcore popatrz uważnie na co zwraca uwagę Kamil (autor) Armstrong undrafted, Brandon z 11. a Davis z 13. Phills 45! 7-ka osiągnęła All Star Game.
    z draftu 1992 : Shaq, Alonzo, Leattner, Guggliotta (czwórka to czołowa 6) i z 24 numerem Spreewell.
    pozdro!

    • darkcore pisze:

      No i co w związku z tym?

    • Woy9 pisze:

      Gugliotta i Jackson kogo z tej siódemki tak wyraźnie niszczy? zwłaszcza na swojej pozycji??

    • Kamil Doliński pisze:

      Na Jacksona na pewno będę musiał zwrócić uwagę. Facet miał wszystko by być prawdziwą gwiazdą tej ligi, a trzeba przyznać, że jego kariera zaczęła się jeszcze szybciej niż się zaczęła. Zresztą, to będzie w trzeciej części cyklu.

    • Kamil Doliński pisze:

      Tam oczywiście miało być, że skończyła się szybciej niż się zaczęła. A to był naprawdę mega utalentowany facet, który w ofensywie był prawdziwym zwierzęciem.

    • darkcore pisze:

      Kolego, możesz oczywiście twierdzić, że dla Ciebie 91 jest lepszy od 92, ok – ja twierdzę odwrotnie. Nie ma sensu przerzucać się nazwiskami i analizować tego dogłębnie bo i tak pewnie nie dojdziemy do kompromisu. Wg mnie 92 bije na głowę 91 i tyle. Mało tego, jakoś specjalnie nie widzę za bardzo porównania tych dwóch draftów. Jak masz czas to zlicz sumę pkt, zb, as, prz, blk, str i inne staty wszystkich zawodników, podziel przez rozegrane mecze albo jak chcesz to taką analizę przeprowadzę dla Ciebie, natomiast co to da? Później podliczymy sobie udziały w ASG i inne nagrody? ;) A jak Ci powiem kogo niszczy Leattner to co? Przez tydzień będziemy dyskutować na ten temat? Pozostańmy lepiej przy swoich odczuciach, tak będzie lepiej dla wolnego czasu w naszym życiu. ;) Pzdr.

    • Kamil Doliński pisze:

      Mądre, dojrzałe podejście. Wiadomo, że jak ktoś jest obeznany z realiami ligi to wytworzył już w sobie pewne opinie, z którymi ciężko polemizować. Tak naprawdę każdy draft dawał nam kilku wartościowych graczy, zdarzały się lata lepsze i gorsze. Jednak chyba jedynym pewnikiem, z którym każdy się zgodzi jest fakt, że rok 2000 był rokiem najgorszej selekcji zawodników do ligi. Już teraz jak sobie pomyślę, że będę musiał z tego stworzyć ranking dziesięciu najlepszych graczy to trochę dziwnie się z tym czuję.

    • Woy9 pisze:

      tekst typu ‚no i co w związku z tym’ teraz ja mogę sprzedać..słowo ‚niszczy’ do mnie nie przemawia w tym wypadku w ogóle. chcesz to licz.

      w ostatniej dyskusji też jakoś nie widziałem argumentów Twoich przy All Star (propozycji na nowy temat i brakujących w Meczu Gwiazd też nie widzę z twojej strony) i teraz też widzę ucieczkę.

      Graczy widziałem, oglądałem, polecam podejrzeć. Kilku z draftu jak Googs, J.J. i Leattner nie spełniło oczekiwań i pokończyło się bez większych zdobyczy. Leattner był przez lata postrzegany jako FLOP. Jacksonowi z kolei szybko sodówka uderzyła do głowy i jego charakter zburzył Mavs trzech Panów J (Jason,Jamal,Jim).

  7. bargnani pisze:

    Wiecie co, a ja powiem tak. Dla mnie np. draft 2003 nigdy nie będzie najlepszym w historii ze względu na prawdopodobnie największą w historii ilość bustów… tak to się niestety zgrało, że wybrano najwięcej europejskich drewien w drafcie wielkich gwiazd XXI wieku.

    ale z kolei draftu 91 nie nazwałbym jednym z lepszych w historii, bo tak naprawdę nie ma do tego podstaw. draft równy, przyzwoity, ale absolutnie nie najlepszy.

    • darkcore pisze:

      ale my porównujemy 91 i 92

    • Kamil Doliński pisze:

      Poczekajcie na draft ’96. To będzie prawdziwe pole do dyskusji. Już widzę jak ludzie będą się sprzeczać kto bardziej zasługuje na każde z poszczególnych miejsc w rankingu. Będzie rzeźnia. ;)

  8. darkcore pisze:

    Woy, widzę, że się zagotowałeś trochę ;) „No i co w związku z tym” – odnosiło się do Twojego argumentu, że 7-ka była w ASG. Ponadto nie rozumiem dlaczego uzurpujesz sobie prawo do znajomości czy oglądania NBA w tamtych czasach. Uwierz mi nie byłeś jedyny, który oglądał wtedy NBA. Prawdopodobnie jesteśmy z podobnego wieku. Naprawdę nie chce mi się dyskutować z czymś takim: „Kilku z draftu jak Googs, J.J. i Leattner nie spełniło oczekiwań i pokończyło się bez większych zdobyczy. Leattner był przez lata postrzegany jako FLOP. Jacksonowi z kolei szybko sodówka uderzyła do głowy i jego charakter zburzył Mavs trzech Panów J (Jason,Jamal,Jim)”. Tzn. że co? Że terell brandon czy tam inni z tej listy (oprócz oczywiście Mutombo) spełnili te oczekiwania lepiej niż Ci, których wymieniasz? Please ;) A może je spełnili bo byli w ASG? Wiesz dlaczego mnie nie przekonują takie argumenty i nie chce mi się dyskutować w taki sposób? Bo cała ta 9-ka (bez mutombo) grała w sumie 2 razy mniej w ASG niż sam Shaq, ale właśnie dla mnie nawet to nie jest argumentem w tej dyskusji, a może dla Ciebie będzie. Dobranoc.

  9. Woy9 pisze:

    szacunek dla zdobyczy tych graczy. a nie co w związku z tym. jak napisałem wyżej, Brandon dźwigał Cavs po odejściu Price’a , Nance’a, Daugherty’ego. Swego czasu wymieniony za samego Shawna Kempa (!) Phills z dalekiego rezerwowego też zresztą w Cavs, stał się kimś i awansował z Hornets w hierarchii NBA. Z kolei tych ,których Ty wymieniłeś można nazwać zaczęli z wysokiego C spadli do prawie zera (żal mi tylko Googsa ,który zażył jakieś tabsy i przekreślił swoje koszykarskie życie; poza Shaquiem i Zo). Każdy z tych graczy których podał Kamil , doszli do swojego wysokiego poziomu wielką pracą nad sobą , zwłaszcza Armstrong. Stąd i dlatego cenię ich wyżej. dobrej nocy.

  10. darkcore pisze:

    No widzisz, teraz przynajmniej wiem dlaczego optujesz za tym draftem (Twój szacunek dla nich) i taki argument mogę uznać, choć to nie zmienia mojego zdania, bo to że pracą i rzetelnością coś osiągneli to wg mnie nie stawia ich w pozycji lepszych od tych co powoli (wg Ciebie) spadali w dół (może się to podobać natomiast nie jest to wyznacznik ani umiejętności ani pozycji w lidze) Co do Brandona i Kempa to trochę nie tak, z tego co pamiętam. To była trójstronna wymiana MIL-SEA-CLE i Brandon razem z T.Hillem (chyba) trafili do MIL, Douglas do CLE, Baker do SEA i Kemp do CLE, poza tym wszyscy pamiętają chyba sytuację Kempa wtedy, także nie wywyższałbym tak Brandona bo dla CLE była to okazja w tej sytuacji. Dobra, naprawdę uciekam – miło się dyskutowało. Do następnego razu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *