Bez rezerwowych nie zrobisz sztycha. Sorry Clippers…

W spotkaniu z Minnesotą Tomberwolves, zawodnicy i sztab szkoleniowy Clippers przekonali się, jak ważne jest posiadanie odpowiednich rezerw, które w razie gorszej dyspozycji podstawowych zawodników mogą „pociągnąć” zespół. Zawodnicy wchodzący z ławki Wolves rzucili aż 72 punkty, przy zaledwie 11 takich Clippers i zasłużenie, aczkolwiek patrząc na przebieg pierwszych dwóch i pół kwarty, dość niespodziewanie.

Drużyna Bilans I kwarta II kwarta III kwarta IV kwarta Wynik
Minnesota Timberwolves 18-17 22 29 22 36 109
Los Angeles Clippers 20-12 31 23 22 21 97

Po przerwie na Mecz Gwiazd od razu otrzymaliśmy nie lada propozycję od NBA. Spotkanie Wolves z Clippers pozwoliło się dobrze przestawić z trybu gwiazdorskiego na ten zwykły, sezonowy. Oba zespoły stworzyły fajne, szybie i efektowne widowisko, w których jednak nie zabrakło walki i emocji. Clippers, których czeka w marcu aż 20 spotkań w ciągu 31 dni od początku meczu wyglądali na wypoczętych i zaczęli spotkanie bardzo energicznie, rzucając 18 z pierwszych 20 punktów z pomalowanego, a sam Blake Griffin mijał bez trudu kolejno Nikolę Pekovica, Kevina Love’a, Derricka Williamsa i Darko Milicica, po czym uzbierał już 18 oczek w 12 minut, a jego zespół prowadził 31-22.

Już w drugiej kwarcie objawiło się to, co przeważyło ostatecznie o końcowym zwycięstwie Wolves. Skuteczni byli Williams oraz Michael Beasley, którzy wg. niedawnych plotek transferowych mogą przenieść swoje talenty do Los Angeles, a konkretnie do Lakers. Przewaga Clippers nieco zmalała, i do przerwy, wynosiła już tylko 3 punkty (54-51). Beasley razem z Williamsem rzucili w tej odsłonie po 7 punktów, ale to co najważniejsze z ich strony, miało dopiero nadejść.

Gospodarze posiadali wielką przewagę w pomalowanym, gdzie niepodzielnie rządził Blake Griffin wraz z DeAndre Jordanem. Obaj rzucili w sumie 32 punkty do przerwy, a aż 36 z 54 wszystkich oczek Clippers, zostało zdobytych z trumny. Wolves mieli problem, ponieważ ich lider – Kevin Love, zupełnie nie był sobą. Nie trafiał (2-7 FG), a przy dwóch wieżach z Los Angeles, opornie szło mu także zbieranie piłek z tablicy (3 zb).

Clippers rozpoczęli trzecią kwartę od serii 7-0 i szybko objęli prowadzenie 61-51. Chris Paul co i rusz szkolił JJ Bareę i wydawało się, że jego drużyna za chwilę odskoczy rywalom na bezpieczną odległość. Nic jednak z tego. Kolejne osiem punktów rzucili Wolves i po dwóch trafieniach Wesleya Johnsona (5 pkt, 2-6 FG) zrobiło się tylko 59-61 i już do końca kwarty trwała wyrównana walka, mimo że Clipps prowadzili jeszcze przez moment 70-63, po ostatnim trafieniu z gry Griffina (30 pkt, 7 zb, 4 ast).

To co stało się w czwartej kwarcie, trudno jednoznacznie wytłumaczyć. W 10 minut pomiędzy 35 a 45 minutą, Wolves zanotowali run 31-11 i na 3:39 przed końcem meczu prowadzili niezagrożenie 99-85. Co stało się w ciągu tych 10 minut?

Goście trafili 10 swoich pierwszych rzutów z gry w ostatniej ćwiartce, a Derrick Williams (28 min, 27 pkt, 9-10 FG, 4-4 3P) i Michael Beasley (30 min, 27 pkt, 11-15 FG, 3-3 3P) rzucili po 13 punktów i właściwie we dwójkę poprowadzili swój zespół do zwycięstwa. W sumie, w ciągu 12 minut, gracze Timberwolves trafili 11 z 14 rzutów z gry, 5 z 7 za trzy, a wszystkie punkty rzucili rezerwowi. Mało tego, zawodnicy z pierwszej piątki Minny spędzili w ostatniej  kwarcie na parkiecie zaledwie 2 minuty! Ricky Rubio (1-8 FG, 9 ast, 7 zb) i Wesley Johnson zagrali po minucie.

W sumie, rezerwowi Timberwolves rozbili swoich odpowiedników z Los Angeles aż 72-11, a taka zdobycz z ich strony jest rekordem NBA w tym sezonie. Kolejny raz potwierdziło się, że Clippers jeśli marzą o sukcesach już w tym sezonie, muszą koniecznie pomyśleć o wzmocnieniu swojej ławki. Szczególnie po kontuzji Chaunceya Billupsa. Co prawda doszedł Bobby Simmons, ale jego 3 zbiórki w 17 minut podczas ponownego debiutu w Clipps na kolana nie powalają.

Kevin Love zakończył spotkanie z 10 punktami i 7 zbiórkami, nie wychodząc na parkiet ani an sekundę w ostatniej kwarcie. Mimo tego, Clippers wygrali tylko nieznacznie walkę na tablicach (42-39), a ich przewagę w punktach zdobytych w pomalowanym (58-38), Wolves z nawiązką odrobili trafiając 10 z 22 rzutów za trzy, przy zaledwie 2 na 11 trafieniach gospodarzy. Wolves zanotowali aż 27 asyst, przy zaledwie 9 stratach i to co jest ich tegoroczną pięta achillesową, czyli stosunek asyst do strat (1.18, 25 m.) został w tym meczu przekroczony ponad dwukrotnie.

Wolves tracą już tylko 0.5 zwycięstwa do ósmych na zachodzie Blazers i niewykluczone, że niebawem ich prześcigną, aczkolwiek najbliższy terminarz nie jest dla nich zbyt łaskawy. Zagrają trzy kolejne mecze na wyjazdach, a ich rywalami będą: Lakers, Suns i właśnie Blazers.

Piotr Gładczak

Miłośnik NBA od prawie 20 lat. Tropiciel ciekawostek statystycznych i wielbiciel NBA lat 90-tych. Nauczyciel WF i właściciel firmy gomaster.pl.

1 Odpowiedź

  1. sitjs napisał(a):

    ja jako kibic Minny licze na bilans 3-1 w tym tygodniu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *