To wydarzyło się… znowu! A więc Memphis wygrywa dzięki pomocy sił nadprzyrodzonych.

Jeden z najbardziej znanych frazesów zawierających w swojej treści słowo nadzieja mówi o tym, by nigdy jej nie tracić. Dla sympatyzujących z drużyną Memphis Grizzlies to stwierdzenie przestaje nosić w sobie znamiona truizmu, a staje się po prostu pewnikiem, prawdą, której nie należy negować. Jak bowiem inaczej określić to, z czym mamy do czynienia w ostatnich dwóch spotkaniach Niedźwiadków jak to, że  w tych pustych z pozoru słowach można odnaleźć jednak jakiś głębszy sens. Znawcy koszykówki na pewno nie będą optować za tym by wspierać tak chimeryczną ekipę, ale do cholery  za to właśnie kochamy basket. It’s time to grind baby! 

Kibice Memphis Grizzlies oglądający mecze swych ulubieńców w jednej z najgorętszych hal w całej lidze muszą zacząć chyba powtarzać sobie jak mantrę stwierdzenie, że ‚jedno, co jest absolutnie pewne w przypadku meczu Grizzlies to fakt, że niczego nie można być pewnym’. Ten zabawny zabieg tautologiczny może być pewnego rodzaju podsumowaniem tego, co zapewniają swoim wielbicielom Ich pupile. Każde, kolejne spotkanie Niedźwiadków we własnej hali kończy się bowiem horrorem lub w najlepszym razie mocnym thrillerem, który może przyprawić, co mniej odpornych kibiców o drżenie serc i wzmożone pocenie się dłoni. Przysłowiowym ‚szczytem wszystkiego’ było wczorajsze spotkanie z sąsiadującymi w tabeli Zachodu Nuggets. Gospodarzom najpierw w prosty, żeby nie powiedzieć bezmyślny sposób udało się zmarnotrawić ponad dwudziestopunktową zaliczkę z początków trzeciej kwarty, by następnie w cudowny sposób odrodzić się w samej końcówce i sięgnąć po bardzo ważne zwycięstwo. Ojcem sukcesu był Dante Cunningham, który instynktowną dobitką na 0,2 sek. przed końcem zapewnił gospodarzom bezcenny triumf.

Dzisiaj do hali FedEx Forum na gościnne występy zajechała wesoła gromadka Marka Jacksona z Oakland. Warriors również poprzedniego wieczoru grali swój mecz, nie zachodziła, więc obawa, że będą górowali nad wymęczonymi morderczym finiszem Grizzlies. Ekipa Warriors po dwóch kolejnych porażkach do minimum ograniczyła swoje szanse na awans do gier posezonowych, zdawała sobie więc sprawę, że pojedynek z faworyzowanymi gospodarzami jest Ich swoistą szansą na złapanie rytmu, powrotu na właściwe tory i w konsekwencji próbą nawiązania jeszcze walki z bardzo mocnymi przecież drużynami z Zachodniego Wybrzeża o awans do dalszych rozgrywek. Przed meczem lider gospodarzy Monta Ellis mówił o tym, że nie wszystko jest jeszcze stracone i w drużynie entuzjazm wcale nie osłabł, czego niezbitym dowodem miało być zwycięstwo na bardzo ciężkim terenie w Tennessee.

Pojedynek nie rozpoczął się jednak dla przyjezdnych najlepiej. Opromienieni imponującym rozwiązaniem meczu z Nuggets gospodarze bardzo szybko złapali swój rytm i po nieco trzech minutach trwania gry udało im się wyjść na prowadzenie 9:0. Od początku ton zmaganiom nadawali dobrze dysponowani w pierwszej odsłonie meczu starterzy drużyny Grizzlies. Sporym zaskoczeniem była zwłaszcza świetna postawa Marreese Speights’a, który dwukrotnie trafił z dalekiego półdystansu, czym zdezorientował całkowicie defensywę gości. Trójkę dołożył Conley, w swoim stylu zagrał Gay i fani tłumnie tego wieczoru zgromadzeni w arenie Memphis mieli prawo odczuwać deja-vu z wydarzeń dnia poprzedniego. Czas wzięty przez coacha Jacksona na niewiele się zdał, zawodzili najważniejsi gracze Wojowników Ellis i Curry. Z kolei zawodnikom gospodarzy wychodziło w pierwszej ćwiartce dosłownie wszystko, swój doskonały run kontynuował Speights (10 punktów w tej części spotkania) , do gry podłączył się Gasol i wszystko szło w dobrym kierunku. Wydarzenia całej otwierającej mecz kwarty miały bliźniaczo podobny przebieg jak te, które rywale Grizzlies przerabiali 24godziny wcześniej. Ostateczny wynik rozpoczynającego mecz starcia widoczny na tablicy wyników po jej zakończeniu brzmiał 34-19 dla Grizzlies.

To, co zdarzyło się we wczorajszym meczu Grizzlies w trzeciej ćwiartce, dzisiaj nadeszło w drugiej. Zespół Lionela Hollinsa chyba zbyt szybko uwierzył w to, że ta bitwa jest już rozstrzygnięta. Piątka Niedźwiadków desygnowana na start tej odsłony zaczęła odrobinę zbyt rozluźniona. Być może czynnikiem, który na tym zaważył było postępujące zmeczenie – był to bowiem trzeci pojedynek gospodarzy rozgrywany w przeciągu ostatnich pięciu dni. Pomimo to ciężko jednak znaleźć okoliczności usprawiedliwiające fakt, że solidna zazwyczaj obrona trzeciej drużyny Southwest Division pozwoliła sobie na tak długie momenty dekoncentracji podczas drugich dwunastu minut tego spotkania.

Ekipa Marka Jacksona zaczęła grać swój basket, długimi chwilami drugiej kwarty zespół Warriors przypominał bowiem to Golden State, które pokochało wielu kibiców koszykówki na całym świecie. Drużynę grającą ofensywnie, przebojowo, z dużą ilością improwizacji i swobody w ofensywie. Szczególnie korzystne wrażenie sprawiał Stephen Curry, który znakomicie odnalazł się w tym pozbawionym zaawansowanych schematów taktycznych, nieco nieokrzesanym stylu gry i dzięki czterem trójkom i dwóm celnym rzutom po penetracjach zgromadził na swoim koncie aż osiemnaście oczek. Z czasem ze wsparciem koledze przybył drugi z liderów Wojowników Monta Ellis i sytuacja systematycznie zaczęła zmieniać swój obrót. Dobrą zmianę dał również pożyteczny po obydwu stronach parkietu Ekpe Udoh, co pozwoliło najpierw zniwelować stratę z pierwszej kwarty, a z czasem wyjść nawet na ośmiopunktowe prowadzenie. Szczególnie istotnym elementem koszykarskiego rzemiosła stały się zbiórki ofensywne zespołu prowadzonego przez byłego znakomitego rozgrywającego m.in. Indiany i Denver. Zbiórki te prowadziły do ponowień, z których padały kolejne punkty, co tylko potęgowało frustrację graczy Grizz. W końcówce kwarty, dzięki mądrym, ustawianym akcjom Niedźwiadkom udało się podgonić rywala i dzięki temu wynik ciągle oscylował wokół remisu. Po końcowym gwizdku obwieszczającym czas na przerwę rezultat brzmiał 56:54 dla Warriors. Wśród gospodarzy na uznanie w tej odsłonie zasługuje bodaj jedynie gra Gasola, który parokrotnie wykorzystywał przewagę wzrostu nad kryjącymi go rywalami i w różny sposób umieszczał piłkę w koszu.

Wydarzenia, które miały miejsce po przerwie można określić tylko jednym stwierdzeniem – dla widzów o mocnych nerwach. Puryści koszykarscy mający okazję oglądać ten mecz będą pewnie psioczyć na fatalną skuteczność obydwu zespołów, proste błędy po obu stronach parkietu, czy też na fakt marnotrawienia naprawdę prostych posiadań, ale… who cares?! To, co miało miejsce w mieście Elvisa to jest to, za co najbardziej kochamy koszykówkę w wydaniu NBA.

Obie drużyny wyszły na trzecią kwartę bardzo zmotywowane, z mocnym postanowieniem przyparcia swojego rywala do muru i zbudowanie przewagi przed kluczową czwartą ćwiartką. Początkowo lepiej wychodziło to graczom z Oakland, którzy niesieni przez fantastyczny duet Ellis-Curry raz za razem dziurawili kosz Grizz. W szczególności mogła podobać się gra Ellisa, który grał z typową dla siebie pasją i instynktem mordercy rzuconego na bezbronną zwierzynę. Szybko trafił dwie trójki, dolożył akcję po typowej dla siebie penetracji, miał także okazję rzucać trzy wolne po faulu przy próbie rzutu zza łuku, gdyby trafił wyprowadziłby swoją ekipę na pięć punktów przewagi tuż przed samą czwartą kwartą. Ręka jednak zadrżała i zamienił tę akcję na tylko jeden punkt, w odpowiedzi odważną akcję przeprowadził Pargo, który był faulowany i zamiast pięciu punktów, zrobiło się dwa i powrót do tego, co mieliśmy na tablicy wyników przed przerwą. Krótko o trzeciej kwarcie, bo to co istotne dla losów spotkania – miało dopiero nadejść.

Przed czwartą kwartą coach Hollins zdecydował się na ryzykowny manewr – dał odpocząć piątce swoich starterów i wprowadził na boisku backup. Piątka Pargo-Mayo-Pondexter-Cunningham-Haddadi wyglądała jednak bardzo solidnie i zagranie va banque trenera Grizzlies okazało się skuteczne. Szczególnie mogła się podobać gra Mayo, który grał z odpowiednią dla swojej osoby pewnością siebie, nie bał się podejmować trudnych decyzji rzutowych, które zazwyczaj przynosiły korzystny rezultat i dzięki temu Niedźwiadkom udało się wyjść na nikłe prowadzenie. W tym momencie gra nabrała rumieńców i już praktycznie do końca trwała walka punkt za punkt. Jednocześnie w grze obydwu zespołów było widać narastające zmęczenie, gdyż bardzo długo ani jedna, ani druga ekipa, nie mogły wejść w odpowiedni rytm, co skutkowało wspomnianymi przeze mnie wcześniej szkolnymi błędami i bardzo niskim procentem celnych rzutów z gry. Jackson widząc, że sytuacja zaczyna robić się dla Jego zespołu coraz mniej korzystna postanowił całkowicie uzależnić grę swojego teamu od dwójki Curry-Ellis. Dość powiedzieć, że większość rzutów oddanych przez Warriors w tym fragmencie meczu była autorstwa bądź to jednego, bądź drugiego z obwodowych gwiazd GSW.

Mniej więcej w połowie kwarty Hollins wrócił do ustawienia opartego na graczach podstawowych, co zaowocowało zwiększeniem intensywności gry. Wolne trafiał Gasol, swoje robił Mayo, uaktywnił się też bardzo skuteczny tego dnia w izolacjach Gay. Jednocześnie zza łuku trafiali Curry, Ellis i Brandon Rush, co pozwalało gościom na trzymanie wyniku na przysłowiowym styku. Co warto odnotować w końcówce uaktywnili się niestety również bardzo nierówno sędziujący to spotkanie arbitrzy, którzy w kilku sytuacjach (dwa nieodgwizdane offensy Warriors) podjęli decyzję ewidentnie krzywdzące gospodarzy. Z równowagi wytrącony został nawet zwykle spokojny Gasol, co zaowocowało faulem technicznym i szansą Warriors na wyrównanie wyniku meczu (wcześniej spektakularną akcję 2+1 przeprowadził Conley, co wyprowadziło gospodarzy na trzypunktowe prowadzenie). Od tego momentu mecz stał się bardzo nerwowy, co niestety prowadziło do zupełnie niepotrzebnego zelektryzowania graczy, którzy nie szczędzili sobie złośliwości.

Ostatnie trzydzieści sekund meczu to materiał na zupełnie nowy akapit.W tym momencie Grizzlies prowadzą , piłkę w posiadaniu traci genialnie grający tegoż wieczoru Steph Curry, przechwyt notuje Gay, szybki faul, dwa wolne i… i nic. Gay pudłuje obydwa fts, piłkę zbiera Udoh, który dodatkowo jest faulowany przez Tony’ego Allena. Tym razem to goście mają dwa wolne, które na punkty zamienia Nigeryjczyk. Goście prowadzą 103-102 i są o krok od wywiezienia z Memphis bardzo cennego zwycięstwa.

Czas w tym momencie bierze trener Hollins, akcja jak to zwykle bywa w takich krytycznych chwilach jest rozpisana na Rudy’ego, który jest bardzo dobrze kryty przez słabo grającego do tej pory Wrighta. Firmowy fadeaway lidera Grizzlies nie znajduje drogi do kosza, wtedy to jednak jak z podziemi wyrasta Tony Allen, który nie niepokojony przez graczy z Oakland spokojnie dobija rzut kolegi (nie ma już na boisku wyfaulowanego Biedrinsa). Kibice w FedEx Forum przecierają oczy ze zdumienia, dociera bowiem do Nich, że drugi kolejny mecz Ich ulubieńców może zakończyć się wręcz w identyczny sposób jak ten z wieczoru ubiegłego. Na zegarze zostaje 5,6 sek, Jackson bierze czas, piłka trafia do Davida Lee, któremu staje na drodze Conley, chwila ciszy i mamy gwizdek – offensive foul byłego All-Stara i wiemy już wszystko – Grizzlies nie mają już prawa tego przegrać. Cud wydarzył się ponownie, Memphis w wielkim stylu wygrywa w drugą kolejną noc i tym samym przedłuża swój winning-streak do pięciu i umacnia się tym samym na szóstym miejscu w Western Conference.

To, co zapamiętamy z tego meczu oprócz kolejnej fantastycznej końcówki w wykonaniu Niedźwiadków (zapominamy nawet o sześciu przestrzelonych wolnych w crunch-time) to fakt, że ten zespół naprawdę potrafi grać pod presją i w każdym meczu może liczyć na to, że inny zestaw zawodników może wpłynąć swoją postawą na końcowy wynik spotkania. Wczoraj bohaterem był Cunningham, dzisiaj Speights i Allen. Jeśli natomiast chodzi o Warriors to w mojej opinii należy przestać próbować robić z tego zespołu drużynę skłonną do ofiarnej walki w defensywie, po raz kolejny bowiem pokazali Oni, że najskuteczniejsi są wtedy, kiedy grają koszykówkę nieco zwariowaną, kończoną rzutami nieraz w piątej sekundzie akcji. Mając w składzie takie strzelby jak Ellis, czy Curry nie powinno się Ich po prostu krępować, bo są Oni stworzeni do tego by grać jak za czasów GSW Dona Nelsona.
Pozdrawiam i dzięki za uwagę!

1 Odpowiedź

  1. Cosmo pisze:

    Z Gaya lider jak się patrzy… 0/4 z osobistych w końcówce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *