Lin po raz kolejny bohaterem Nowego Jorku

NBA ma swojego nowego bohatera. To już pewne. Jeremy’ego Lina nie chciał nikt, nie został nawet wybrany w Drafcie mimo aż 60 miejsc, nie zagrzał też długo miejsca w Warriors i Rockets.Także początek tego sezonu, już w barwach Knicks, wyglądał przeciętnie.

Teraz, dzięki czterem fantastycznym meczom pod nieobecność liderów NYK stał się bohaterem tego miasta, pisząc swoją grą najlepszą historię tego sezonu i jedną z najlepszych tego tysiąclecia.

Na naszej stronie opublikowany został już film z wyczynami Tajwańczyka w dzisiejszym meczu z Lakers. Oglądałem go trzy razy, by jeszcze przypominać sobie przede wszystkim cudowny spin-move na Dereku Fisherze, ale też inne świetne zagrania. Lin nie mógł lepiej trafić – swoje umiejętności pokazał już w trzech poprzednich spotkaniach, gdy jego talent eksplodował, ale tamte spotkania (z Nets, Jazz i Wizards) nie były szczególnie obserwowane. Dziś w Madison Square Garden, przy kamerach ogólnokrajowego ESPN’u, zmierzyły się dwie ekipy z największych rynków w całych Stanach Zjednoczonych – Nowego Jorku i Los Angeles. Pośrodku tego starcia był chłopak, o którym jeszcze tydzień temu słyszeli tylko najzagorzalsi kibice NBA. Teraz jest na ustach wszystkich, głównie dzięki dzisiejszym 38 punktom (rekord gracza Nix w tym sezonie) i 7 asystom. Nie były to jednak ‚ciułane’ punkty – Lin wyraźnie panował nad grą, bardzo pewny siebie trafiał kolejne rzuty (13-23 FG), uświadamiając Kobe’go Bryanta, że ktoś taki, jak Jeremy Lin, rzeczywiście istnieje i ma się dobrze.

To materiał na gwiazdę – wątpię, by inny gracz będący w podobnej sytuacji spisał się tak dobrze, jak Lin. W czterech kolejnych meczach zagrał na poziomie All-Star, notując w nich średnio 28,5 punkta i 8 asyst. Biorąc pod uwagę nieurodzaj takich graczy we Wschodniej Konferencji oraz umiejętność zmobilizowania się azjatyckich kibiców (YAO!) można stwierdzić, że gdyby wybuch tego tajwańskiego wulkanu talentu nastąpił miesiąc wcześniej, Jeremy znalazłby się w All-Star Game już w drugim roku swojej kariery. To może zbyt daleko idący wniosek, ale co do tego, że Lin zasługuje na udział w meczu debiutantów i drugoroczniaków, już chyba nikt nie ma wątpliwości.

Coraz głośniej mówi się o wymianie Carmelo Anthony’ego i Amare Stoudemire’a za kogoś bardziej pasującego do zespołowej koszykówki, a zespół Knicks oprzeć na młodej azjatyckiej gwieździe. Powiem tak – Amare’a bym zostawił, bowiem i on, i Lin, i cały zespół NYK, skorzystałby na dwójkowej grze między nimi. Boję się natomiast o to, jak powrót Anthony’ego wpłynie na osiągi Lina – wszak to właśnie Melo jest oskarżany o całkowite zburzenie zespołowej gry w ataku Knicks i niepotrzebne oddawanie rzutów zamiast podań, co przekłada się na kolejne pudła. Zaczekałbym także z budowaniem na Jeremy’m zespołu, bowiem cztery mecze, jakkolwiek nie byłyby dobre, to zdecydowanie za mała próbka. W całym tym szaleństwie wokół Lina, które trochę mi się udzieliło, zachowałbym jednak zdrowy rozsądek i zaczekał na jego dalsze poczynania. Ale cieszyć się nikomu nie mogę zabronić:

„To be honest with you, 38 points I was shocked. He got 38 points in the context of team basketball. To me, that really says it all.” – Mike D’Antoni

Dobrze, że coach Knicks, często krytykowany za swoje ruchy, widzi, co się dzieje i daje młodemu rozgrywającemu szansę (dziś 38 minut). Jestem ciekaw, jak będzie rotował swoim składem po powrocie liderów i komu da piłkę – Anthony’emu czy Linowi? Bardziej popularną decyzją wydaje się pozostawienie piłki przy Tajwańczyku, ale ten wybór będzie też (biorąc pod uwagę ostatnie mecze) bardziej efektywny. Knicks wygrali ostatnie cztery mecze, reperując swój marny z początku bilans do 12-15, które już lepiej wygląda. Zgadnijcie, kto był wtedy pierwszoplanową postacią w barwach Nowego Jorku? Nie, nie Anthony.

Wyrasta nam nowy John Starks, który też będąc niewybranym w Drafcie został gwiazdą Nowego Jorku. Oby Linowi nigdy nie przydarzyło się 2-18 w siódmym meczu Finałów, do których, mam nadzieję, kiedyś trafi. Może nie jako pierwszoplanowa postać (choć jak tak dalej pójdzie, to rzeczywiście taką zostanie), ale np. jako dobra trzecia, może nawet druga opcja w ataku. Żeby tak się stało, Lin musiałby chyba odejść z NY, bo w tym zespole, który jest po prostu sparaliżowany przez wysokie kontrakty (zgadnijcie kogo), pytanie tylko – gdzie? I jakie pieniądze zaoferuje mu nowy klub, i jak bardzo będzie on nim zauroczony? To zależy od tego, jak dalej będzie grał Lin. Ja w niego wierzę – cztery mecze na takim poziomie to nie przypadek i coś musi w tym być. Tym bardziej, że nie tylko statystyki, ale i jego ogólna postawa na parkiecie dobrze rokuje.

Ten mecz był świętem dla kibiców Knicks. Głównie ze względu na Linsanity’ego (czy Yellow Mambę, jak kto woli), ale już sama wygrana z tak mocnym zespołem jak Lakers, którzy dzień wcześniej pokonali Celtics, to wielki powód do radości tym bardziej, że to nie jest najlepszy sezon dla Nowojorczyków. Po raz kolejny bardzo dobrze niesieni przez grę Lina spisali się Jared Jeffries (11 pkt, 9 zb), Iman Shumpert (12 pkt) i Tyson Chandler (9 pkt, 11 zb). Ten ostatni przypomniał się Andrew Bynumowi (3 pkt, 13 zb, 1-8 FG), gdy jeszcze grał w Dallas, którzy wyrzucili Lakers z ostatnich play-offs, sweepując ich.

Kobe Bryant (34 pkt, 10 zb) przebudził się dopiero w drugiej połowie, nadrabiając trochę swój fatalny start (2-12 FG, ostatecznie 11-29 FG), ale sam nie potrafił odrobić 14-punktowej straty, która stała się faktem dzięki świetnej grze.. wiecie kogo. Nie dostał wsparcia od reszty swoich kolegów, o ławce rezerwowych (poza Mattem Barnesem – 11 pkt, 5-6 FG) nawet nie wspominam, ale także pozostali starterzy (w sumie 25 punktów, w tym 16 punktów Pau Gasola [+10 zbiórek]) zawiedli. Nie wiem, w jakim kierunku zmierzają w tej chwili Lakers, ale bez wsparcia dla Kobe’go (nie licząc Gasola i Bynuma, na których można liczyć) z pewnością zmierzają donikąd.

Następny mecz Knicks rozegrają już dziś, pojadą do Minnesoty. Lepszego pojedynku, niż Rubio – Lin, na tę chwilę sobie nie wyobrażam. Dwaj koszykarze, którym jeszcze jakiś czas temu nikt nie dawał szans na karierę w NBA, teraz tworzą wokół siebie największy szum. Różnica jest taka, że Lina nikt nie znał, a Hiszpan właśnie przez swoją nadmierną i według niektórych nieuzasadnioną popularność był hejtowany. Dziś zobaczymy, jak wypadną w bezpośrednim starciu.

Przepraszam, że tyle tekstu poświęciłem Linowi, pomijając trochę Lakers, ale mi też udzieliła się Linomania. Zrozumcie byłego Małyszo- i Kubicomaniaka. Gortatomania dopiero raczkuje i jest niemowlęciem w porównaniu do Linowego Szaleństwa. Poza tym – nie obserwować tak świetnej historii to grzech.

Linsanity continues.

Wojtek Żuławiński

Fan Orlando Magic, człowiek od statystycznych ciekawostek. Prawdopodobnie rekordzista świata w liczbie godzin spędzonych na basketball-reference.com.

12 komentarzy

  1. Currose301 pisze:

    Oglądałem ten mecz i jestem zachwycony tym zawodnikiem jak GSW mogło go puścić!

    • Wojtek Żuławiński pisze:

      ale z drugiej strony – kto się spodziewał choćby jednego takiego meczu w jego wykonaniu? Knicks mieli szczęście, że Linsanity eksplodował akurat w ich koszulce

  2. ckje pisze:

    Lin to nie jest Yellow Mamba to Kobe jest Black Lin!

  3. Finley pisze:

    Melo z Billupsem przez lata współpracował świetnie, skąd pomysł, że nie umie grać zespołowo. Prawda jest taka, że rządził piłką, bo nikt inny miał pojęcia co z Nią zrobić, ani Douglasy, ani Shumperty.

    Zachwyty nad Lin są w pełni zrozumiałe, sam obejrzałem spotkania Knicks tylko dla Niego, bo bądźmy poważni skoro w piątce biega Walker czy Jeffries to wygląda to mało poważnie i od początku stwierdzam, że ma w sobie coś.

    Ale też nie rozumiem skąd tyle hejterów Melo, co przeglądam portale to czytam jaki to rzekomo jest beznadziejny i nic tylko go wymienić, a team oprzeć na Linie, który mimo wszystko ma za sobą ledwie 4 spotkania. Nie płyńcie tym nurtem i Wy, bo będzie potem żenujący, gdy nagle Melo znowu będzie grał świetnie, a że graczem jest wielkim nie wątpi chyba nikt.

    • Wojtek Żuławiński pisze:

      „Zaczekałbym także z budowaniem na Jeremy’m zespołu, bowiem cztery mecze, jakkolwiek nie byłyby dobre, to zdecydowanie za mała próbka.”

      Co do Melo – pamiętacie wszyscy zapewne jego jednopunktowy występ, gdzie nie dominował ofensywy – zauważył, że mu nie wpada i dzielił się piłką z tymi, którzy byli skuteczni – efekt: Knicks wygrali +33. A jego +25-punktowe występy kończyły się zazwyczaj porażką. Gdy Melo miał taką liczbę punktów, Knicks mają bilans 4-8. Trzy z czterech omawianych wygranych to bardzo zacięte mecze (poza blow-outem z Pistons). Dalej – gdy Melo oddaje min. 22 rzuty, Knicks są 2-7. To samo – oba zwycięstwa to bardzo zacięte mecze. Jeśli wysokie zdobycze punktowe lidera idą w parze z porażkami, to ja dziękuję.

      Nie kwestionuję talentu Melo, jest jednym z najlepszych ofensywnie graczy ligi, gdy jest w formie, trafia z każdej pozycji. Ale często nie jest w formie, a zapomina się w rzucaniu, czego efektem jest wspomniana przez Ciebie krytyka. Kibice są po prostu oburzeni, że drużyna z dwoma supergwiazdami, podobno ‚contender’, ma bilans 8-15. Dlatego hype wokół Lina jest jeszcze większy, bo on sprawia, że Knicks wygrywają.

  4. Kobas(Fan Detroit) pisze:

    Finley- Gwiazda, która jest najczęściej podwajana, i ma często piłkę przez całą karierę ma 3.1 asyst. To nazywasz zespołową grą? Przy 3.03 strat w przeciągu całej kariery AS/TO wychodzi piękne ZERO. Pau Gasol ma większą średnią asyst…
    Melo jest wybitnym strzelcem, nic więcej. Nie jest przywódcą, nie jest sercem drużyny. Jest świetnym scorerem, tak jak przed laty T-Mac i Vince Carter. Sam nie pociągnie drużyny do mistrzostwa. Co najwyżej wygra pojedyncze mecze.
    BTW. Gdy grał Melo i Stat to Walker i Jeffries grali jak niedorajdy, gdy zaczął dyrygować nimi Lin, nawet Novak zaczął punktować, a Jeffries miał występy ocierające się o solidność.

    • ckje pisze:

      Jak możesz T-Maca porównywać do Melo? Przecież T-Mac normalnie rozgrywał piłke, skąd Ty to wziąłeś w ogóle porównanie do Melo który nie podaje?!

    • Kobas(Fan Detroit) pisze:

      Ale jednak, McGrady był głównie scorerem. Faktycznie rozgrywał, ale jednak mi chodzi o to że bardzo dużo punktował. Anthony również w Knicks próbuje ale wychodzi mu to marnie.

  5. Globus pisze:

    Lin świetnie mi pasuje do Lakers, nie mają tam dobrego rozgrywającego ( to już nie ten fisher) i w dodatku przypuszczam że Gasol i Bynum przy takim rozgrywającym graliby lepiej. Życze chłopakowi jak najlepiej rzadko spotyka się taką historię

  6. tommy pisze:

    na dzień dobry wieczór witam wszystkich
    Jak dla mnie Melo też out tylko pytanie na kogo wymienić. Natomiast Lin ma od kogo się uczyć jest Baron tak więc na spokojnie może się rozwijać i oby dzięki temu będzie jeszcze ciekawiej. Miami, Chicago

  7. czubek23 pisze:

    Chyba wszystkim trochę odbija. Transfer Melo? Ludzie trochę lodu w gacie. Anthony rozegrał w lidze ponad 500 gier ze średnimi pewnie na poziomie 25/7/4 (nie chce mi się sprawdzać). A nawet nie wszedł w swój prime. To jeden z top10 NBA, jedna z największych gwiazd ligi. Dla mnie to najlepszy w tej chwili ofensywny gracz NBA. Istny morderca w ataku. Ale nawet on potrzebuje dobrego rozgrywającego.
    W Linoskoczku jest coś ciekawego. Nawet nie to że rzuca tyle punktów i Nowojorczyce wygrali 4 mecze z rzędu. On całkowicie panuje nad grą kiedy jest na boisku i potrafi porwać i pociagnąć swoich kolegów do wygranej. To istny wulkan energii, taki mały, żółty T.Chandler.

  8. Michał pisze:

    Kto by teraz wywalał melo?? Chyba idiota, w końcu nie będzie musiał sam sobie kreować gry, będzie miał mu kto dogrywać, będzie miał więcej miejsca, nie będzie ciągle podwajany. Knicksi mają ogromnego farta bo brakowało im rozgrywającego a tu im Lin wyskoczył jak królik z kapelusza. I teraz skłąd knicks wydaję sie prawie kompletny, jeszcze jakiegoś weterana na 10-15 minut z ławki potrzebują i stają się faworytami do finału wschodu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *