Co oni wykombinowali, czyli podsumowanie transferów 2010/11

Autor: Jan Zwierzyński

W NBA czasami jedna zła decyzja kadrowa może odwrócić o 180 stopni dotychczasową pozycję zespołu w lidze. Jednym razem przynosi to pozytywne skutki, a w innych przypadkach wręcz odwrotnie – opłakane. Zapraszamy na cykl podsumowujący decyzje transferowe kilku klubów, a rozpoczynamy od New York Knicks.


New York Knicks

Wszystko zaczęło się od maksymalnego możliwego kontraktu dla Amare.  Wielu sądziło, iż to kolejne tragiczne przepłacenie tego sezonu, wielu, że ten tytan ofensywny Suns, bez Nasha ugrzęźnie na mieliźnie i spadnie z poziomu all-star. Jednak Donnie Walsh nie był laikiem w transferach koszykarskich i współpraca Stata i Feltonem zaczynała się układać całkiem dobrze aż do momentu…

MELODRAMY

Kolejny nużący, mający serial w roli głównej z jednym z czołowych niskich skrzydłowych ligi dobiegł końca jeszcze w trakcie ubiegłego sezonu. Jak podpowiadali sceptycy, GM Knicksów był jedynie marionetką w negocjowaniu tej wymiany – bo przecież właśnie ten trade przekreślił jego świetnie przeprowadzaną odbudowę potęgi drużyny z Madison Square Garden.
Do NYK powędrowali:
Carmelo Anthony – podpisując kontrakt na kolejne 4,5 roku za kwotę przekraczającą 18 mln dolarów rocznie.
Chauncey Billups – weteran z wysokim wygasającym kontraktem. Zespół z Nowego Jorku miał jednak opcję przedłużenia o rok 8-cyfrowej umowy mistrza z Detroit.
Anthony Carter i Shelden Williams – Niestety dla kibiców NYK mało znaczący koszykarze.
Corey Brewer –  najstarsi Indianie zastanawiają się czemu ten zawodnik nie przebił się do słabej rotacji Knicks.
Pozbyto się następujących graczy :
Eddy Curry – i jego proporcjonalnie do gracza (wagi nie jakości gry…) gruby, spadający kontrakt.
Anthony Randolph – w Minnesocie nieoczekiwanie popisał się dobrymi kilkoma dobrymi spotkaniami.
Danilo Gallinari, Raymond Felton, Timohey Mozgov, Wilson Chandler – 60% pierwszej piątki i sixth-man Chandler.
Doświadczenie Billupsa, życiowa forma Douglasa i entuzjazm przybyłego Carmelo przyćmiły nieco obraz pogarszającej się gry Knicks. W pierwszej rundzie stoczyli jakieś tam boje z Bostonem (porażka 0-4 chwały nie przynosi, ale NYK walczyli) Wszakże gra ulec poprawie miała w następnym sezonie. Zaraz, zaraz… Tylko czy przypadkiem NYK nie musieli oddawać niemal wszystkich wartościowych graczy, picków w drafcie oraz pieniędzy jeśli uderzyć chcieli w następnym roku? Można było  poczekać na koniec kontraktu Melo i próbować utrzymać skład drużyny.

Dobiegł końca sezon i przed lockautem NYK podjęli właściwie ledwie dwie znaczące dezycje. W drafcie wybrali Imana Shumperta oraz Josha Harrelsona. W obu przypadkach nadzieję mieli, iż rookies spiszą się przynajmniej w połowie tak dobrze jak zeszłoroczny nabytek Landry Fields. Zdecydowali się także na wykorzystanie opcji w kontrakcie i zatrzymanie na następny sezon Billupsa. Wydawało się to dobrym posunięciem, aż do momentu, gdy potrzebując pieniędzy na gigantyczny kontrakt Tysona Chandlera wykorzystali amnestię na doświadczonym rozgrywającym – jednym słowem lekką ręką wyrzucili w błoto ponad 10 mln dolców.

W międzyczasie odszedł też Ronny Turiaf, a Knicksi hojnie pozbywali się kolejnych picków. Do gry w MSG nie udało się namówić kilku obwodowych – inne opcje wybrali Grant Hill i Jamal Crawford. Wzmocnieniem miał się okazać amnestiowany przez Cavaliers Baron Davis, na którego szczęśliwie wydać musieli ledwie minium dla weterana. Minus – niegdysiejszy ulubieniec Golden State opuścić miał przynajmniej kilka tygodni i tak skróconego sezonu.

Obecnie ta drużyna jest cholernie niezbilansowana. Niby mają silny frountcourt. No właśnie niby. O ile Carmelo jest graczem, który potrafi wykreować sobie rzutową akcję, o tyle Stat i Tyson Chandler to zawodnicy, którzy jak ryba wody potrzebują dobrego rozgrywającego.

A kogo Knicks mają na obwodzie ? Szalonego strzelca Douglasa, który nie potrafi uporządkować nie tylko gry zespołu, ale i swojej. Landry’ego Fieldsa, który znacznie obniżył notowania po dobrym pierwszym sezonie w NBA. Imana Shumperta – zapowiadającego się na świetnego defensora, ale nie posiadającego żadnej selekcji rzutowej i nieraz tragicznie oddającego rywalom piłkę. Wciąż kontuzjowanego Barona Davisa, na którego fani NYK czekają, jak na zbawienie.

Mike Bibby, Steve Novak, Jeremy Lin – koszykarski szrot (Lin w ostatnich dwóch meczach udowodnił, że coś może jeszcze z niego będzie) jak na warunki najlepszej ligi świata. Na obecną chwilę w tej drużynie nie ma kto rozgrywać, nie ma spacingu, nie ma obrony – na którą tak czekali fani po sprowadzeniu Tysona Chandlera.

Hej! Przecież TC miał w Mavs tylko jednego słabego defensora – Nowitzkiego. Shawn Marion był w porównaniu do Melo najlepszym obrońcą w lidze, a nawet Jason Terry krył lepiej niż Mike Bibby czy Douglas.

Bilans 10-15 to nie jest przypadek. Na koniec zostawiłem sobie smaczek w postaci trenera. Mike D’Antoni i jego filozofia gry sprawdzała się w Phoenix, gdzie rozgrywał Steve Nash, gdzie miał kto biegać do kontr (11.1 punktów z szybkiego ataku w każdym meczu, co daje 21. miejsce w lidze) i kto rzucać za 3 (30.5%/ 25 m.). W Nowym Jorku nie ma takich graczy. I naprawdę nie jest ciekawie nawet na słabszym wschodzie. Groźba nie wejścia do playoffów staje się realna. Moim subiektywnym zdaniem uda się im to, ale najprawdopodobniej 7-8 pozycja oznacza walkę w 1 rundzie z Miami/Chicago. Czytaj szybkie wędkowanie. A przecież gdyby poczekali na Melo to przed rozpoczęciem rozgrywek mieliby następujący roster (uwzględniam niezatrudnianie szrotu i podpisanie restricted agents) :

PG Felton/Douglas
SG Fields/Chandler/Shumpert
SF Anthony/Gallinari/Walker
PF Stoudemire/Randolph/Balkman/Harrelson
C Mozgov/Turiaf

Już taka drużyna wygląda znacznie lepiej niż obecna. A przecież uderzyć w swoim czasie mogliby w wymianie po klasowego rozgrywającego – CP3, Deron Williams czy też po wielu innych ciekawych graczy ligi. Obecnie nie mają nikogo wartościowego do transferowania, drużynę obciążoną gigantycznym kontraktami ‚prawie big 3’ , pozbawioną picków w drafcie. Witamy w przeciętnych latach, gdzie nadzieją będzie zatrudnienie coraz starszego Kanadyjczyka z Phoenix.

 

6 komentarzy

  1. El pisze:

    Idealnie podsumowane:D Hahahahahaha… Współczuję kibicom NYK. Jeżeli była by nagroda dla najgłupszych właścicieli/managerów to Nowy Jork co roku bił by się o tą nagrodę z Jordanem:D

  2. Finley pisze:

    To już się nie śmiejemy z Kahna ? No tak – Rubio. Chyba muszę odkopać stare tematy i zobaczyć kto pisał teksty w stylu „Rubio jest za słaby fizycznie na NBA i nie ma rzutu”. Też go bardzo lubię i cenię od dawna, ale lubię jak ktoś przegina w drugą stronę, w ostatnim artykule to już brakło tylko tego by ktoś napisał, że Rubio znaczy więcej niż Love.

    Polemizowałbym z większością tego artykułu, ale nie mam teraz czasu, dla mnie sprawa jest jasna, przepłacili sporo, ja po transferze Melo napisałem, że się wykrwawili by być bardziej dosadnym, ale Melo to TOP 3 ligi na pozycji SF, Tyson moim zdaniem podobnie ( kto polemizuje, to niech zobaczy PO albo chociaż jego difens na Howardzie w ostatnim meczu ), a Amare to bestia na ofensie. Wiadomo, że czarną owcą jest D’Antoni i brakuje rozgrywającego, takiego typowego do dzielenia się piłką. Mimo wszystko jest to zaskoczenie, bo pamiętam, że większość stawiała ich przed sezonem nie tylko na miejscach 1-8, ale nawet 1-4. Dla mnie też to był typowy zespół pod zasadniczy. Na pewno do takiego czegoś jak u Słońc im daleko, bo zamiast Nasha, mają Melo w sile wieku. Może pozbędą się Douglasa i jeszcze coś z Nich będzie.

    Rany, czy wspominałem, że jestem hejterem Knicks ? A co do czekania, to przecież inne kluby również wykazywały zainteresowanie Melo ( stąd, przecież Melodrama ) a sam zawodnik chciał, by Denver miało coś z transferu, a nie zdezerterować jak LeBron.

    Haters gonna hate ! Nie ma wśród Was nawet małego sympatyka Knicksów :)

  3. january pisze:

    Tekst jest subiektywny, więc wręcz naturalnie zachęca do polemiki ;)
    Pisałem go przed wybuchem J.Lina – ale nawet jego lepsza gra nie zmieni mojej negatywnej opinii na temat niezbilansowania drużyny Knicks.

  4. Borsuk pisze:

    zapalczywie kibicuje Knicks od 2001. Ach te czasy kiedy grał Spree. Później trenerzy się zmieniali, menadżerowie się zmieniali, zawodnicy się zmieniali ale show time cały czas nie było. Przybyli STAT i Melo i miło iść + 0.500 (wierzyłem w to) a jest dołowanie. Z drużyną na dobre i złe oby do play off się załapali. Teraz został tylko promyczek nadziei co się zowie Lin. W to że trener Mike wskrzesi w zawodnikach ikrę żeby pokazali twardość jaj niestety już nie wierzę. Nie z tym trenerem.

  5. Kowiak pisze:

    Rozumiem, że tekst pisany przed dobrymi występami Lina, ale nazywanie drugoroczniaka „szrotem” to oksymoron :D

  6. Boban pisze:

    Tej drużynie brakuje jednego podstawowego elementu jakim jest rozgrywający. Jak wielką różnicę może zrobić PG widać po pewnej drużynie z Minnesoty którą wreszcie ogląda się z przyjemnością. Lin pokazał w tych dwóch meczach jaki drzemie w nim potencjał, ale to raczej materiał na dobrego zmiennika niż gościa który będzie dowodził tą drużyną na parkiecie w drodze po najwyższe cele. Świat kocha takie historie, ale dwa mecze to zbyt mała próba.
    Stawiam klawisz ENTER, End i lewy Ctrl ze swojej klawiatury, że jak wróci Davis, NY podniesie się z kolan i że (przynajmniej w ataku)będą wyglądali jak TEAM, a nie jak przypadkowa zbieranina utalentowanych gości gdzie każdy „gra swoje”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *