Celtics odrabiają 27 punktów straty i w końcówce miażdżą Orlando Magic

3:11 do końca drugiej kwarty, Magic wygrywają z Celtics aż 52:25. Deklasacja. Od poniedziałku obie ekipy zamieniły się rolami – takie można było odnieść wrażenie oglądając pierwszą połowę tego spotkania. Z tym, że cały mecz składa się z dwóch połów i właśnie ostatnie 24 minuty okazały się kluczowe dla losów meczu. Celtics całkowicie ograniczyli gospodarzy (25 punktów Magic po przerwie), szczególnie w czwartej kwarcie (8 pkt Orlando), co okazało się kluczem do udanego powrotu i, w konsekwencji, dość niespodziewanego zwycięstwa.

91:83

Pierwsza połowa była idealną rehabilitacją po poniedziałkowej klęsce. Po pierwszej kwarcie było 32:16 dla Magic, wszystko wskazywało na to, że gospodarze wezmą na Celtach udany rewanż. Najlepszym przykładem na diametralną poprawę od ostatniego meczu z Bostonem był Ryan Anderson, który w pierwszej kwarcie zdobył aż 12 punktów (w poniedziałek – 0-8 FG). Inna sprawa, że w dalszej części meczu już nie zapunktował. Co podobało mi się najbardziej w Magic z pierwszej połowy (bo to ważne) – walka na tablicach i świetna obrona. Celtics byli tak dobrze kryci, że musieli rzucać daleeekie podania na słabą stronę bądź ‚top to the key’. Tor lotu piłki przecinał obrońca Orlando i zaczynał kontratak. Tak to działało. Nawet jeśli nie udało się trafić rzutu, to pod koszem rywala czaili się już Ryan Anderson z Glenem Davisem (Howard miał kłopoty z faulami). Niestety, sielanka trwała tylko do halftime’u.

Po raz kolejny gwoździem do trumny z napisem ‚RIP Orlando Magic’ okazała się fatalna gra w drugiej połowie (8-35 FG). Co z tego, że dziś w pierwszych 24 minutach Magic zdobyli więcej punktów, niż w całym poniedziałkowym meczu (56:87 dla C’s), skoro po halftime powróciło Orlando sprzed 3 dni i zdobyło w drugiej połowie ledwie 25 punktów (w poniedziałek – 20). Najsłabiej Magic zagrali w czwartej kwarcie (2-17 z gry, 5 TO), gdzie zdobyli tylko 8 punktów (w poniedziałek – 10), grając też słabiej w obronie. Pozwolili Celtom (którzy trafili pierwsze 18 z 28 rzutów po przerwie), którzy zrobili w drugiej połowie run 44-15, na powrót i zwycięstwo. Zieloni przy stanie remisu w czwartej kwarcie (76:76) byli już rozpędzeni w przeciwieństwie do Orlando, którzy w ataku nie wiedzieli co zrobić z piłką. Najczęściej kończyło się to jumperem Glena Davisa bądź innym głupim posunięciem. Nietrudno było więc przyjezdnym wyjść na prowadzenie i je spokojnie utrzymać.

Bohaterem Celtics i graczem, którzy przewodził come-backowi, był Paul Pierce (24 pkt, 10 ast, 6 zb), który w pierwszej połowie nie trafił żadnego rzutu z gry, w drugiej zdobywając aż 19 punktów. Bardzo dobry mecz Kevina Garnetta (12 pkt, 10 zb, 4 ast, 4 blk, 3 stl), który ograniczył w pierwszej połowie Dwighta Howarda urządzając sobie block-party oraz wpędził Supermana w kłopoty z faulami. Powracający do Orlando Brandon Bass (10 pkt, 5 zb, 4-12 FG) udanie zastąpił w pierwszej piątce kontuzjowanego Jermaine’a O’Neala. Mickael Pietrus (12 pkt), również były gracz Magików, ciągnął swoją drużynę na początku meczu, zdobywając 8 z 10 pierwszych punktów C’s. Najlepszy występ w swojej krótkiej karierze zanotował E’Twaun Moore, który w 18 minut zdobył 16 punktów (4-4 3pt). To jego trójka zapoczątkowała run Bostonu 15-1, od którego rozpoczęła się czwarta kwarta.  To jego trójka dała gościom prowadzenie, którego Celtics już nie oddali.

Dwight Howard (16 pkt, 16 zb, 5 zb. w ataku) był jedynym graczem Orlando, który w porównaniu do pierwszej połowy spotkania nie zaliczył regresu w drugiej. Wskaźnik +/- jest jednak dla DH12 bardzo surowy (-25). Ryan Anderson (12 pkt, 4 zb) zagrał rewelacyjnie w pierwszej kwarcie, ale nie powtórzył tej sztuki wtedy, gdy było to potrzebne. Ale wolę na parkiecie jego niż Glena Davisa (7 pkt, 6 zb, 3-11 FG). Sorry Baby, podobała mi się Twoja walka o piłkę, hustle, ale dobre wrażenie zmazałeś pudłując kolejne rzuty z wyskoku, gdy Celtics trwali w come-backowym runie. Oglądałem to spotkanie bez dźwięku, nie wiem, czy kibice w Amway Center wzorem fanów z MSG nie krzyczeli ‚Pass, Baby, pass!’. Hedo Turkoglu (10 pkt, 7 ast, 5 zb, 3-10 FG) nie zagrał źle, w końcówce trafił nawet trójkę przywracającą Magikom nadzieję, ale również popełniał bardzo dużo błędów (4 TO), myląc się w ważnym momencie na linii rzutów osobistych. Jason Richardson zdobył 13 punktów, ale popełnił w końcówce, gdy jeszcze Magic mogli chociaż doprowadzić do dogrywki, faul w ataku. Jameer Nelson (11 pkt, 5 zb, 5 ast) w pewnym momencie leżał na parkiecie z grymasem bólu, ale zdołał wrócić na ostatnią odsłonę. Ale Magic w niczym to nie pomogło.

Magic przegrali z C’s mimo 21-punktowej przewagi po pierwszej połowie. To największa w historii przewaga Magic po pierwszych 24 minutach w meczu, który zakończył się porażką. I pomyśleć, że stało się tak bez trzech ważnych dla Bostonu graczy – Rajona Rondo, Ray’a Allena i Jermaine’a O’Neala. Gracze Orlando w drugiej połowie mieli dużo pretensji do sędziów, którzy rzeczywiście dziś pozwalali na twardą grę, a taką częściej stosowali Celtics. Mimo wszystko, Magic powinni pluć sobie w brodę, że tego nie wygrali. 27 punktów przewagi i porażka? Are you kidding me?

Wojtek Żuławiński

Fan Orlando Magic, człowiek od statystycznych ciekawostek. Prawdopodobnie rekordzista świata w liczbie godzin spędzonych na basketball-reference.com.

1 Odpowiedź

  1. Mac pisze:

    Uwielbiam takie powroty z dalekiej podróży ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *