Boston, we have a problem!

Autor:  Peter

Obserwując ich grę, człowiek nagle wspomina niedzielny, stylowy obiad u rodziców. Widzi przed oczami ten kotlet schabowy, który w złocistej panierce prezentuje się nader okazale. Słodkawo-kwaśny smak mizerii fantastycznie komponuje się ze szlachetnym ziemniakiem, a buraczki ze skraju talerza spoglądają na nas po przyjacielsku. Innego razu widząc ich poczynania podczas wyjazdowego spotkania z nie pamiętam kim (a może nie chcę pamiętać), uzmysłowiłem sobie, że mam do przeczytania podobno dobry kryminał pod wiele mówiącym tytułem „Prawnik z Lincolna” autorstwa niejakiego Michaela Connelly.

Chyba już z wolna wnioskujecie, o jaką drużynę ze stanu Massachusetts chodzi, bo nie zadawałbym sobie trudu, by pisać felieton o Milwaukee Bucks… No chyba, że nagrodą byłby taki odświętny obiad, to wtedy napisałbym nawet rezolutną rozprawkę o zespole Seoul Samsung Thunders z koreańskiej ligi basketu zawodowego.

Przechodząc jednak do meritum musicie wiedzieć, że decydując się na zarwanie kolejnej nocy, by zobaczyć ich w akcji narażacie się na dość sporych rozmiarów rozczarowanie (dosadniej się nie wyrażę, a byłoby to wielce uzasadnione). Aktualnie „Zielony Gang”, który w moim sercu zajmuje dość szczególne miejsce z bilansem 6 zwycięstw i 9 porażek niebezpiecznie pikuje w okolice miejsc, zarezerwowanych przez lata całe dla ligowych lamusów.Czy to nieoczekiwana zniżka formy Boston Celtics, a może po prostu nie istnieje sposób, który gwarantowałby oszukanie przeznaczenia?

Chciałbym napisać coś w ten deseń. Spokojnie, nie przekreślajmy Mistrzów, nie obwieszczajmy przedwcześnie ich końca, to cały czas jest drużyna piekielnie groźna dla każdego i jeszcze zaskoczą. Doc Rivers jest doskonałym motywatorem i z całą pewnością odmieni bieg niekorzystnych wydarzeń. Pierce, Garnett i Allen wraz z całym bogactwem inwentarza opamiętają się w porę. Zagorzali fani tej organizacji wyczekują okoliczności, które ewidentnie powinny zacząć się urzeczywistniać. Wszystko zaczyna się zazębiać, a czas w momentach kryzysowych jest chyba najlepszym lekarstwem. Przecież drużyna, która w ubiegły sezonie poległa dopiero w półfinale konferencji, nie może zanotować tak drastycznej obniżki formy. Pierwsza piątka jest praktycznie bez zmian, doszli mocni rezerwowi, którzy są wzmocnieniem. Mistrzowie są wyrachowani, a braki w szybkości potrafią nadrobić dojrzałością i koszykarskim szelmostwem. To się tak nie skończy, to się tak nie może skończyć. Wszystkie składowe wskazują na dość pomyślną przyszłość.

Siląc się na obiektywizm w temacie wypada napisać jednak coś takiego. Basta, nazwijmy w końcu rzeczy po imieniu. Boston Celtics lata świetności mają już za sobą. Systematyczne reanimacje tego „zielonego trupa” nie przynoszą oczekiwanych efektów. Włodarze klubu muszą zdobyć się na rewolucyjne decyzje, pora na odmładzanie składu. Nikt nie ma patentu na długowieczność, a tym bardziej „Wielka Trójka”. Mistrzostwo z 2008 roku było ich szczytowym osiągnięciem, ale od tych radosnych momentów minęło już prawie 4 lata. Nadal mogą stanowić o sile drużyny, ale już częściej z ławki niż jako starterzy. Sukcesywne budowanie składu wokół Rajona Rondo ma przyszłość i to wszystko nie musi się skończyć taką zapaścią jak w latach 90. Maskowanie upływającego czasu jest kiepskim zabiegiem. Niewykluczone, że Celtowie będą musieli poświęcić sezon, by zbudować solidną odpowiedź na mocarstwową politykę kilku ekip na wschodzie. Gwiazdy Bostonu nie mogą opierać swej egzystencji na przezimowaniu rozgrywek regularnych, by na względnej świeżości po raz kolejny spróbować ugrać coś w fazie playoffs.

Całkiem niedawna zdrowotna absencja Pierce’a pokazała bezradność drużyny w starciach z możnymi ligi. Obawiam się, że kolejne kontuzje pośród Celtów, które z racji meczowych obciążeń pewnie niechybnie się pojawią, równoznaczne są z rewolucyjnymi zmianami. Nie chcę wieszczyć najgorszego, ale w zaistniałej sytuacji niezwykle ciężko o jakikolwiek optymizm.

Nie będę silił się na rezolutne metafory względem „Zielonego Gangu”, ale nadchodzi to, czego wszyscy zorientowani w temacie się spodziewali! Danny Ainge jest menadżerem światłym i rozumnym, który zapewne od dłuższego już czasu, posiada odpowiedni plan na okoliczności, które właśnie zdają się mieć miejsce. Spekulacje transferowe w tym momencie są bezzasadne, ale możemy być pewni, że jeśli nawet nie Kevin Love, to ktoś perspektywiczny tej drużynie się niebawem przydarzy.Zespół z takimi tradycjami winien zostać odmładzany praktycznie w trybie natychmiastowym, a doświadczenie starych wilków powinno zostać należycie wykorzystane. Realia na Wschodzie są bezlitosne. Robi się bardzo ciasno, a nie wyobrażam sobie, by bostońską drużynę czekały teraz lata chude. Niedzielne obiady celebruję i smakują mi bardzo, ale nie zwykłem wspominać ich w środku tygodnia, a już na pewno nie za sprawą ulubionej drużyny. Reasumując moje wizjonerskie uniesienia rzucę mimochodem – „Let’s Go Celtics”.

3 komentarze

  1. Romney pisze:

    Tyle, że Milwakee jest w stanie Wisconsin…

  2. Krzychair pisze:

    Trochę dziadki pojechały z Orlando… jutro spodziewam się artykułu: Orlando, we have a problem” ;-))

  3. Peter pisze:

    @ Romney

    Bucks są dla mnie synonimem ekipy z dolnych rejonów ligi, która nie pobudza mojej koszykarskiej wyobraźni i raczej nie przewiduję eseju o ich poczynaniach w tym sezonie. Tylko z tego powodu pozwoliłem sobie się do nich odnieść w tekście! W jakim stanie znajduje się „metropolia” Milwaukee wiem natomiast doskonale. Mimo wszystko bravo za czujność.

    @Krzychair

    Jutro artykułu o punktowym antyrekordzie Magic nie będzie, ale pewnie będzie przepis na polędwiczki wieprzowe w sosie musztardowym. Życie pewnie podsunie temat kolejnego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *