Pierwsza wyjazdowa wygrana Warriors. Druga połowa spod znaku Ellisa.

Po raz pierwszy na wyjeździe w tym sezonie wygrali Golden State Warriors. Wojownicy uporali się ze słabymi Detroit Pistons 99:91, a do zwycięstwa poprowadzili ich David Lee (24 pkt) i Monta Ellis (22 pkt).

Początek spotkania to bój środkowych obu ekip. Po stronie Wojowników udanie prezentował się David Lee, który w całym spotkaniu trafił aż 10 z 12 rzutów z gry. Bierny nie pozostawał mu drugoroczniak Greg Monroe, stający na linii rzutów wolnych aż 14 razy i co dość rzadko spotykane na środkowego, spudłował tylko jedną próbę (13/14). Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż goście mimo nie najlepszej postawy Andrisa Biedrinsa (4pkt i 7zb), absencji kontuzjowanego Kwame’a Browna, dominowali w walce na tablicach (43-32), a przy tym zbierając 10 piłek w ataku.

Wiele problemów obronie Tłoków sprawiał Monta Ellis, który odpowiednio wyregulował celownik (7-14 z gry) i znajdywał wolnych na obwodzie lub pod koszem kolegów (7 asyst). Równie łatwo, co Ellisowi przychodziło gościom zdobywanie punktów w pobliżu obręczy. Z trumny Warriors zdobyli aż 48 oczek.

Sam Ellis swoje 17 oczek z 22 zdobył w trzeciej i czwartej kwarcie, kiedy przyjezdni zbudowali 12-punktową przewagę.

Jeśli Mark Jackson miałby do kogoś zastrzeżenia w tym spotkaniu, to może tylko do bohatera zeszłotygodniowej potyczki z Heat, Dorrella Wrighta. Skrzydłowy ten w drodze między Oakland a Detroit zgubił gdzieś swoją skuteczność i spudłował 10 z 13 rzutów z dystansu. Na szczęście dla siebie i kolegów zrehabilitował się on przy walce o zbiórki, notując w statystykach 11 odskoków.

Dobrze broniliśmy, nie mieliśmy żadnych wymówek i nie irytowaliśmy się niepowodzeniami. Ogólnie zagraliśmy bardzo dobre zawody – przyznał Mark Jackson.

Warriors w tym sezonie i do meczu z Pistons wygrywali tylko na własnym parkiecie. Co ciekawe aż dwa zwycięstwa przyszły im w potyczkach ze znacznie wyżej notowanymi, niedawnymi finalistami ligi – Lakers i Heat.

Mimo absencji lidera gości Stephona Curry’ego (może wrócić do gry pod koniec tego tygodnia), miejscowi nie potrafili wykorzystać swojej teoretycznej przewagi na obwodzie. Debiutant Brandon Knight był daleki od swojego najlepszego występu, notując 3 celne rzuty na 8 prób. Rozgrywający zebrał 5 asyst, ale też zaliczył 3 straty. Niestety Lawrence Frank nie mógł też liczyć na dobrą dyspozycję dnia przy osobie Rodney’a Stuckey’a. Koszykarz, który w minioną jesień długo negocjował z Joe Dumarsem warunki nowej umowy, na razie mocno rozczarowuje na starcie 66 sezonu i tym razem trafił tylko 4 z 11 rzutów (często wędrując na linię, reperując swoje zdobycze punktowe – 14 oczek).

Na nic zdało się też rekordowe w sezonie – 20 oczek – Tay’a Prince’a.

Z kolei aż 13 niecelnych (liczone są wszystkie próby rzutów zza łuku) rzutów w tym sezonie ma na koncie Austin Daye (1-5 z gry w tym spotkaniu).

Najważniejszym fragmentem tego spotkania okazał się start czwartej kwarty. Podczas niej 6 z 10 seryjnie zdobywanych punktów odnotował Nate Robinson (łącznie 10 oczek). Niezawodny rezerwowy, już w drugim meczu od czasów przybycia do zespołu Marka Jacksona, okazuje się X-factor’em.

Miejscowi zaliczyli tylko 42% z gry i prezentowali się jeszcze gorzej od również przegrywających tej nocy, na swoim parkiecie, Nuggets (ci przegrali z Jazz i ekipa Utah podobnie jak Golden State wygrali swój pierwszy wyjazdowy mecz w sezonie). Warriors mieli aż 52%.

Ciekawostki: podczas ostatnich spotkań w Auburn Hills of Palace, była to dopiero 2 wyjazdowa wygrana w Detroit – Golden State Warriors. Ponadto David Lee przedłużył swoją serię double-double do 6 a w ostatnich meczach notuje średnie 19pkt i 12zb.

25 punktów i osiem zbiórek wywalczył dla Tłoków Greg Monroe. Drugoroczniak jest zdecydowanie najjaśniejszą postacią Pistons w obecnych rozgrywkach.

Wynik: Detroit Pistons – Golden State Warriors 91:99

Punktowali: G. Monroe 25, T. Prince 20, B. Gordon 15 oraz D. Lee 24, M. Ellis 22, B. Rush 12

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

1 Odpowiedź

  1. Piotr pisze:

    Mark Jackson ma ewidentnie słuszny koncept względem swoich podopiecznych. Goldeny jeszcze napsują krwi możnym tej ligi i nie tylko zresztą im! Zachód rośnie w siłę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *