Bynum wraca, Lakers wygrywają, choć nie bez problemów

Los Angeles Lakers po słabym starcie – dwóch porażkach z rzędu – powoli się rozpędzają. Zanotowali trzecie zwycięstwo z rzędu, pokonując dziś Denver Nuggets we własnej hali 92:89. Wsparcie publiczności okazało się bardzo potrzebne, szczególnie w ostatnich minutach, bo Samorodki sprawiły dziś Jeziorowcom bardzo dużo kłopotów i mało brakowało, a Danilo Gallinari doprowadziłby do wyrównania. Niestety dla fanów Denver, Włoch spudłował prosty lay-up w kontrataku. Trzeba jednak powiedzieć, że tego zwycięstwa Lakers na pewno by nie odnieśli, gdyby nie powracający po czterech meczach zawieszenia Andrew Bynum. Środkowy był dziś bezsprzecznie najlepszym graczem Los Angeles. Kobe Bryant mimo dobrej linijki statystycznej trochę dziś zawodził.

Denver Nuggets (2-2) 89:92 Los Angeles Lakers (3-2)

(23:22, 22:24, 26:23, 18:23)

Wybaczycie mi chyba brak schematu, jakiego zwykle używam w recapach, ale dzisiaj rozpoczęliśmy już Nowy Rok, a to spotkanie było naprawdę bardzo ciekawe, więc przyda się Wam jego dość szeroki opis. Robiłem skrupulatne notatki podczas meczu (notowałem w Wordzie na bieżąco, żeby móc wrzucić szybkie podsumowanie) i chcę się teraz z Wami nimi podzielić:

George Karl wiedząc, że sam Nene nie podoła Andrew Bynumowi (rozpoczął sezon dopiero dzisiaj po czterech meczach zawieszenia) i Pau Gasolowi wystawił obok Brazylijczyka innego środkowego, Rosjanina Timofieja Mozgova.

Niestety i on miał na początku meczu problemy z kryciem Bynuma, który zaaplikował Samorodkom pierwsze sześć punktów swojej drużyny. Szkoleniowiec Denver przed meczem sprowadził ten mecz do pojedynku wzrostu Lakers z szybkością Nuggets. I skoro Bynum kończył wszystko pod koszem gości, to ci korzystali z wolniejszych powrotów do obrony podopiecznych Mike’a Browna i raz po raz napędzali szybkie ataki, większość z nich kończyli.

Lakers punktowali głównie w half-court offense, gdzie ich przewaga była naprawdę widoczna, po zejściu Bynuma, który w trakcie swojej gry w pierwszej odsłonie kilkoma naprawdę dobrymi manewrami (raz obrót, raz hak), gra tyłem do kosza była kontynuowana przez Gasola, również Fisher i Barnes coś trafili. Raz zdarzyła się nawet sytuacja, gdzie dwóch przecież wysokich graczy – Nene i Mozgov – przez brak komunikacji przegapili zbiórkę, przez co Barnes zebrał piłkę i łatwo skończył spod kosza.

Nuggets za to, tak jak wcześniej wspominałem, większość swojej gry ofensywnej skupiali na ‘transition’, a więc atakowali z kontry. Jeziorowcy specjalnie im tego nie utrudniali, bo a to Pau Gasol, a to Metta World Peace bo nieudanych akcjach leżeli przez kilka sekund na parkiecie, osłabiając swoją drużynę w obronie kolejnej kontry. Mike Brown tak żwawo gestykulował, chcąc pobudzić swoich graczy do powrotu, że gdyby mógł, sam załatałby dziurę w obronie. Takiej pracy rąk dawno u żadnego trenera nie wiedziałem.

Pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 23:22 dla Nuggets, ale:

a)      Andrew Bynum w 9 minut zdobył 10 punktów (miał 2 faule)

b)      Kobe Bryant nie trafił żadnego rzutu i nie zdobył punktu

Tak więc pomimo prowadzenia goście nie mogli być spokojni o swoje dalsze losy w tym spotkaniu.

Al Harrington i Chris Andersen razu pewnego tak zaciekle walczyli o zbiórkę w obronie, że piłka wyszła na aut. Sęk w tym, że obaj są graczami Nuggets, była to zbiórka w obronie, a w promieniu kilku metrów nie było żadnego Lakera. Ot, taka zabawna sytuacja.

Gdy Bynum i Bryant zasiedli na ławce, na parkiecie w żółtych koszulkach biegało czterech role-players i Pau Gasol. Widać, wokół kogo się w tym line-upie kręci ofensywa, i nie chodzi mi tu wcale o Jasona Kapono. Ani o Mettę World Peace – w skrócie MWP (nie mylić z MVP). Gasol raz po raz dostawał piłki na post-up, a nawet jeśli ‘klepał’ ktoś inny, to Hiszpan stawiał zasłony i generalnie był aktywny. Czasem chciał zbyt bardzo, pudłując albo popełniając kroki, ale każdemu się zdarza.

Druga kwarta to generalnie czas rezerwowych. I mimo, iż przez jakiś czas najlepszym grającym zawodnikiem był właśnie Gasol, to jednak lepszą i szerszą ławką dysponują Nuggets. I póki nie wrócił Kobe Bryant, goście tylko się rozpędzali kosztem zwalniających Lakers. – ale gdy Kobe wrócił do gry, obraz ataku Los Angeles diametralnie się zmienił. Widać było, że nie siedzi mu rzut, ale nawet nieskuteczny Kobe to gracz, który skupia całą defensywę przeciwnika. Zanim trafił pierwszy rzut (na około 3 minuty do końca pierwszej połowy, sprawdźcie w play-by-play jeśli chcecie) rozdał 5 asyst, przejmując oczywiście rozgrywanie. Ale gdy już trafił, to tak się rozpędził, że trafił 2 następne rzuty. Jednocześnie obrona Jeziorowców nauczyła się szybko bronić coraz rzadsze kontrataki (bo te wyprowadza się zazwyczaj po nietrafionych rzutach i stratach, a LAL zaczęli po prostu trafiać i bardziej dbać o piłkę) i można było oficjalnie stwierdzić, że Lakers przejęli kontrolę nad meczem. Wynik nie bardzo tę hipotezę odzwierciedlał (nadal było wyrównanie), ale to „Jezioranie” grali lepiej.

Where Amazing Happens. Sztandarowy slogan NBA miał potwierdzenie również w tym spotkaniu, bo w najmniej oczekiwanym momencie, gdy Kobe przestał rozgrywać i piłka zaczęła go omijać, Lakers znów zaczęli pudłować, co (wiemy już czemu) przełożyło się na widoczną poprawę gry Denver. Ale i tak to Jeziorowcy schodzili z jednopunktową przewagą  do szatni (46:45). Nuggets nie wyszli na prowadzenie tylko dzięki Mattowi Barnesowi, który najpierw powstrzymał kontratak przyjezdnych, by potem zablokować ostatni ich rzut (trójka Afflalo). Kluczem do powstrzymania Samorodków jest przede wszystkim obrona. Przecinanie, blokowanie, faulowanie z umiarem, wszystko, co wybije z rytmu podopiecznych trenera Karla, którzy są bardzo zależni od tego, jak poprzednio trafiali – albo są gorący albo zimni. Wiecie, o co chodzi, nie chcę używać zbyt dużo anglicyzmów.

W trzeciej odsłonie zaciętości nabrał pojedynek Mozgova z Bynumem. Na początku, owszem, Rosjanin ‘zdusił’ Bynuma, ale w trakcie kwarty środkowy Lakers miał dwie, następujące po sobie akcje – najpierw swoją agresywną obroną zmusił centra gości do straty, a potem z impetem zadunkował. To drugie uczynił jeszcze potem. Za każdym razem Mozgov przyglądał się temu. Rosjanin, może nieco sfrustrowany, chcąc na siłę się zrewanżować, faulował niepotrzebnie przy zasłonie, doprowadzając do trzeciej straty i czwartego przewinienia. Z całym szacunkiem dla 216 centymetrów Rosjanina, ale z Bynumem nie ma się co mierzyć. Po prostu różnica klas.

Choć czasem Dawid potrafi wygrać z Goliatem – Arron Afflalo sprawił trochę problemów samemu Kobe’mu Bryantowi wymuszając najpierw 3 rzuty wolne (spóźniony Bryant faulował rzucającego za trzy, ech, Kobe, nie jesteś już debiutantem), a potem robiąc również z jego ‘pomocą’ akcję 2+1. Jednocześnie w krótkim czasie zrobił dwie straty i nawet jego występ w stylu ‘prawie triple-double’ nie przynosił Lakers zbyt wiele korzyści. Po popełnieniu czwartego faulu Bryant zszedł na ławkę.

Wynik cały czas był wyrównany, a przewaga Jeziorowców wzrosła do 7 punktów dopiero wtedy, gdy na parkiet wkroczył nieśmiertelny line-up Gasol-McRoberts-World Peace-Kapono-Blake. To samo ustawienie zgubiło gospodarzy kilka minut później, gdy po trójce Rudy’ego Fernandeza musieli oddać prowadzenie, które dzierżyli przez prawie 6 minut. To tylko świadczy o tym, jak wyrównane było to spotkanie. Różnice między drużynami, jakie opisuję, widocznie się równoważą.

Zastąpienie Gasola Bynumem i pozostawienie tej samej czwórki rezerwowych problemu nie rozwiązało, bo gra toczyła się na obwodzie, gdzie Nuggets trafili 4 z 5 trójek (choć rozpoczęli od spudłowania 9 z 10), a w ataku nasz Andrew w jedynej swojej akcji popełnił kroki. Widocznie był zaskoczony dobrą obroną, jaką rzeczywiście prezentowali wówczas goście. W międzyczasie odrodził się jednak Steve Blake, który najpierw trafił z półdystansu, a potem w stylu ‘floateropodobnym’ doprowadził do jedynie dwupunktowej straty swojej drużyny przed czwartą kwartą (71:69).

W czwartej odsłonie Lakers starali się grać bliżej kosza (trudno tego nie robić przy 1-18 za trzy), gdzie Bynum kończył tak jak na samym początku. Później Kapono trafił za trzy, wrócił Kobe, również z trafieniem, lecz za dwa, jednak po drugiej stronie parkietu Nuggets dziurawili kosz trójkami, nie tak skutecznie, ale jednak trafienia Afflalo i Harringtona z lewego rogu, z tego samego miejsca, powinny dać do myślenia sztabowi Lakers – pozostało im niecałe 8 minut do końca, a przegrywali 78:81! Po upływie trzech minut nie było wcale lepiej – wręcz gorzej, bo przegrywali już 82:87. Kobe’mu wyraźnie nie szło, a po drugiej stronie spustoszenie siał.. Al Harrington. Na ratunek przybył najlepszy dziś Jeziorowiec – Bynum – który najpierw zdobył punkty, a potem wraz z Barnesem doprowadził do jump-balla. Ten sam duet zaistniał również w następnej akcji, jednak tylko Barnes był bohaterem pozytywnym, bo bardzo dobrze wybronił rzut Gallinariego. Bynumowi pozostało tylko zebrać piłkę, ale wyślizgnęła mu się ona z rąk. Kolejna akcja Nuggets tym razem zakończyła się punktami i to w jakim stylu – Nene wziął na plakat Barnesa.

Mecz nabierał tempa – Bynum, który wcześniej się nie popisał, zaledwie kilkadziesiąt sekund później kończy alley-layup’a będąc faulowanym. 3:14 do końca, 89:87 dla Lakers, ale to gospodarze są na fali wznoszącej. Publiczność w Staples Center oszalała raz jeszcze, gdy Nene po fenomenalnym podaniu od Andre Millera spudłował wsad.

Kolejna akcja gospodarzy i kolejna ich szansa na wyrównanie – Derek Fisher co prawda pudłuje ‘shot-clocka’ z 8-9 metrów, ale niesamowite poświęcenie sprawia, że Lakers nadal są przy piłce. Ale jak on to zrobił! Wyprzedził zarówno Ty Lawsona, jak i Andre Millera i rzucił się po piłkę. Siły wyższe doceniły wysiłki Lakers i modlitwy ich kibiców – wyrównanie nastąpiło po dwóch rzutach wolnych Bryanta, a prowadzenie dał Jeziorowcom Andrew Bynum, który najpierw zablokował z impetem Nene’go, a potem zdobył dwa punkty. Szansa na podwyższenie przewagi pojawiła się bardzo szybko, bo kilka sekund później, gdy Gasol zablokował Lawsona, ale Bryant nie trafił. Kobe nie trafił również potem, gdy Lawson spudłował dwa razy z linii. Ale, jak widać, Nuggets nie potrafili wyrównać lub wyjść na prowadzenie – zarówno rzut Harringtona, jak i Gallinariego nie dotarł do kosza. Pozostało 19 sekund do końca, Lakers, którzy mieli piłkę, prowadzili 91:89. Co za końcówka!

Dagger Bryanta zza łuku również nie wpadł, a Gallinari w kontrataku miał wielką szansę na wyrównanie, lecz nie trafił zaskakująco prostego lay-up’a. Nuggets zdążyli jeszcze faulować Kobe’go na sekundę przed końcem, a ten trafił tylko jedną z dwóch prób z linii. Ostatnia szansa dla Samorodków i.. Harrington nie trafił. Kevin Durant niestety nie gra w Denver. LAKERS WYGRYWAJĄ 92:89, ale tej wygranej nie byłoby bez Andrew Bynuma.

 

Andrew Bynum powrócił w rewelacyjnym stylu – miał 29 punktów, 13 zbiórek i trafił 13 z 18 rzutów z gry. Kobe’mu Bryantowi zabrakło tylko jednej asysty do triple-double (17 pkt, 10 zb, 9 ast), ale skuteczność Mamby była dzisiaj bardzo słaba (6-18 FG). W końcówce Kobe jak zwykle chciał wziąć ciężar gry na siebie, ale dzisiaj po prostu nie wpadało. Mało brakowało, a to właśnie Bryant ograbiłby swoją drużynę z wygranej, ale na szczęście dla Lakers ich rywale również nie trafiali w końcówce. Pau Gasol (17 pkt, 5 zb) wykorzystywał okazje (7-10 FG) w czasie, gdy był jedynym grającym w koszykówkę graczem w piątce ‚żółtych’ na parkiecie. Metta World Peace nie trafił żadnego z 8 rzutów, popełnił do tego 4 straty. Steve Blake poza jednym udanym epizodem (2-9 FG, 0-6 3pt) również grał słabiutko. Jedynie Josh McRoberts (6 pkt, 6 zb, 3-3 FG) wśród rezerwowych nie przynosił wstydu.

To, co było słabą stroną Jeziorowców, było z kolei dużą zaletą Nuggets – ich najlepszy gracz ‚pochodził’ z ławki rezerwowych. Mowa tu o Alu Harringtonie (21 pkt), który choć nie trafił rzutu na dogrywkę, ale nie trafiłby go nikt, kto nie nazywa się Kevin Durant. Po 13 punktów zdobyli Andre Miller, Arron Afflalo i Nene (8 zb). Timofiej Mozgov starał się w pojedynku z Bynumem wypaść jak najlepiej i wypadł całkiem dobrze (8 pkt, 10 zb, 4 blk), ale to, co robił dzisiaj Andrew, było naprawdę bardzo dobre.

– Lakers trafili tylko 2 z 24 trójek! Nuggets 7 z 26

– Deski należały dziś do Bynuma i Lakers – 50-36

 

Dzisiaj tak trochę recap na skróty, za co przepraszam, ale na następne recapy, już w roku 2012, poświęcę więcej czasu. Szczęśliwego Nowego Roku raz jeszcze!

Wojtek Żuławiński

Fan Orlando Magic, człowiek od statystycznych ciekawostek. Prawdopodobnie rekordzista świata w liczbie godzin spędzonych na basketball-reference.com.

3 komentarze

  1. fanNBA napisał(a):

    Oglądałem mecz ciekawy trzymający w napięciu do ostatniego rzuty Haringtona (na szczęście niecelnego) W LAL to trójki chyba już nigdy nie będą wchodzić. Taki Blake 0/6 i cały czas próbował i cały czas nie trafiał. MWP na SF to słaby pomysł znowu pudłował trójki gdy grał na PF grał post up wykorzystując swoje warunki fizyczne. Kobe strzelecko poniżej oczekiwań ale za to świetnie podawał.
    Ps. Mam pytanie czy może ktoś wie dlaczego Darius Morris jeszcze nie grał w LAL w tym sezonie NBA?? Kontuzja czy co?? bo przy tych PG jacy są w Lakers to naprawdę sporo mógłby pograć. Happy New Year!!

  2. El napisał(a):

    Dla mnie wszelkie rekordy bili dziś sędziowie. Nie ogarniali nic co dzieje się na boisku;]

  3. fred napisał(a):

    Enbijejowy nie wymięka w akcji… dzięki facet za fresch meat
    je lakers sa nienieskie kolnierzyki
    happy new year
    czekam na suns thunder doom…
    happy new year…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *