Rose Garden szczęśliwe po inauguracji

Szczęśliwe, bo ich pupile Trail Blazers pokonali Philadelphię 76ers 107:103. Jak w wielu meczach dziś, o końcowym rezultacie zadecydowała zacięta końcówka. Lou Williams do samego końca gonił Smugi, ale zabrakło trochę czasu. Inauguracja sezonu lepsza więc dla PTB.

Philadelphia 76ers (0-1) 103:107 Portland Trail Blazers (1-0)

(15:26, 29:22, 28:29, 31:30)

Przebieg spotkania

Blazers od początku meczu przeważali. Tylko raz dali Szóstkom poczuć smak prowadzenia (2:0), potem już kontrolowali przebieg spotkania. Dosyć szybko, bo jeszcze w pierwszej odsłonie, wypracowali sobie 13-punktową przewagę (26:13). W pierwszej kwarcie LaMarcus Aldridge miał tylko o 5 punktów mniej niż cała drużyna 76ers (10, 76ers 15).

W drugiej kwarcie coś się w szeregach PTB popsuło. Gospodarze dali się prawie doścignąć, run 18-7 znacznie wyrównał wynik, Blazers prowadzili 33:31, ale obronili prowadzenie, rozpoczynając ucieczkę. Szybko odskoczyli na bezpieczne wydawałoby się (bo przecież wcześniej stracili prawie 13-punktową zaliczkę) 9 punktów, na 3:54 do końca pierwszej połowy prowadząc 44:35. I znowu prawie dali się ograć, bo Sixers zdobyli 6 punktów z rzędu, ale Portland znów się obroniło, utrzymując po 24 minutach 4-punktowe prowadzenie (48:44).

Wydawałoby się, że wsad Eltona Branda dający pierwsze punkty w drugiej połowie dobrze wpłynie na nadal goniącą Filadelfię. Ale gdzie tam – zamiast iść za ciosem podopieczni Douga Collinsa znów dali się zepchnąć pod ścianę. Minuta wystarczyła, by Wes Matthews trafił 2 trójki, a Aldridge skończył nad Hawesem i Brandem spod kosza, i znowu goście mieli do odrobienia 10-punktowy deficyt. Tym razem nie było tak łatwo, bo gracze z Oregonu nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami lepiej bronili swojego kosza i do końca kwarty pozwolili na odrobienie tylko połowy różnicy – przed ostatnią odsłoną wynik na tablicy brzmiał 77:72.

Kibice w Rose Garden byli przekonani, że w czwartej kwarcie ich Blazers będą musieli dalej odpierać ataki ze strony gości. Ale gdzie tam – pierwsze 6 minut czwartej kwarty w wykonaniu graczy Nate McMillana było niemal perfekcyjne, a jako, że zdołowani 76ers nie potrafili trafiać do kosza – run 19-6 wytworzył największą przewagę Smug w tym meczu – 16 punktów różnicy i 6 minut do końca (96:80) – Portland mogło się trochę rozluźnić. Połowę pozostałego do końca czasu goście wykorzystali do zmniejszenia straty do 7 punktów. Na 2:54 do końca 76ers przegrywali już tylko 93:100, a to głównie za sprawą Andre Iguodali i Jrue Holiday’a. Wtedy do akcji włączył się Lou Williams. To on zdobył wszystkie 10 punktów Sixers w końcówce. Na 17 sekund do końca oba teamy dzielily już tylko 2 punkty (103:105), ale przy piłce byli prowadzący Blazers. Raymond Felton nie trafił jednego z dwóch danych mu rzutów osobistych, ale po drugiej stronie parkietu też było pudło – Andre Iguodala, który nie trafił trójki na 5 sekund do końca. Bliski zbiórki był Williams, ale Felton po złapaniu piłki popędził na kosz. Faulowany, również trafił jeden z dwóch rzutów z linii, ale 4-punktowa przewaga na 1.2 sekundy do końca na 99% gwarantuje wygraną. Tak też się stało, Jodie Meeks nie trafił rzutu rozpaczy i mecz zakończył się wynikiem 107:103 dla Portland Trail Blazers.

Najlepsi gracze

Ten mecz był przepełniony świetnymi występami indywidualnymi. Zacznę od zwycięskich Portland, których godnie reprezentowali głównie: LaMarcus Aldridge (25 pkt, 7 zb, 3 blk) i Gerald Wallace (21 pkt, 9 zb), a więc startujący skrzydłowi. Środkowy Marcus Camby miał 6 punktów, 13 zbiórek i 6 asyst, a obrońcy Wes Matthews (16 pkt, 8 zb) i Raymond Felton (12 pkt, 8 ast, 6 zb) mieli takie same – nie najlepsze – skuteczności z gry (4-14 FG). Z ławki rezerwowych były dwie strzelby – Nic Batum (10 pkt, 5 zb) i Jamal Crawford (12 pkt, 4 zb, 4 ast).

Batum i Crawford nie mieli jednak szans w starciu z rezerwową trójką 76ers – Lou Williams zdobył najwięcej, bo aż 25 punktów, a Evan Turner i Thad Young dodali po 10. Byli to jedyni rezerwowi, jacy wyszli na parkiet. Najsłabszym punktem startującej piątki był Jodie Meeks (0-4 FG), reszta zaś spisała się naprawdę dobrze, mam tu na myśli przede wszystkim Andre Iguodalę (22 pkt, 8 zb) i bliskiego triple-double Spencera Hawesa (10 pkt, 14 zb, 9 ast). Jrue Holiday miał 13/6/6, gdzie szóstki oznaczają niestety nie asysty i zbiórki lecz faule i straty. Elton Brand dorzucił 10 punktów i 8 zbiórek.

Kilka słów od autora

Biję się w pierś, że nie doceniałem Spencera Hawesa, uważając go za najsłabszy punkt rotacji 76ers. Dzisiejszy występ naprawdę zrobił na mnie wrażenie, ale Hawes wcześniej już, podczas gier presezonowych, pokazywał, że nie jest to jednorazowy wyskok. Marreese Speights sobie nie pogra.

Niech nie zdziwi Was, gdy 76ers słabo wystartują. Rozpoczynają przecież 5 meczami wyjazdowymi. A poza tym – w zeszłym sezonie podnieśli się z 3-13 i wskoczyli na 7. miejsce na Wschodzie.

Ciekawostki

Blazers wygrali 12. mecz otwarcia u siebie z rzędu.

To było jedyne spotkanie tych drużyn w tym sezonie.

 

Wojtek Żuławiński

Fan Orlando Magic, człowiek od statystycznych ciekawostek. Prawdopodobnie rekordzista świata w liczbie godzin spędzonych na basketball-reference.com.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *