Hollywood is a dangerous place to play…

W obliczu tego, że sezonu mogło w ogóle nie być, temat odejścia wielkiego Phila Jacksona (a precyzując próby zastąpienia go) był schowany gdzieś na dnie szuflady. Nie wiem jak Wy, ale ja oswoiłem się z myślą, że NBA wraca, w pełni żyję już okienkiem transferowym, gorączkowymi przygotowaniami w 3 różnych miejscach do jak najlepszego „zapowiedzenia sezonu” i powoli zapominam o lockoucie. Wypieram go z pamięci. Z resztą o tym jeszcze w ten weekend tekst na enbiej.pl.

Do rzeczy jednak – jako, że kibice Lakers już wiedzą, że odwiedzą w tym sezonie Staples Center już pewnie…zagryzają wargi z niepokoju. Bo jakim cudem Mike Brown – tak niedoświadczony i…wybacz Mike, ale kompletnie niecharyzmatyczny trener, może właściwie kierować tak skomplikowaną i trudną grupą zawodników? Przyjrzyjmy się bliżej:

Kobe Bryant – gracz posiadający być może najwyższe ego w całej NBA, może i całkiem słusznie z resztą, bo pewnie wciąż może ‚rzucać najwięcej punktów”, chociaż łydki już nie te, ale kto z grających w lidze graczy mógłby chociaż pomyśleć o zbliżeniu się do 81 punktów? „Black Mamba” jest troszkę zadufany, ale w ostatnich latach ta pewność siebie była pozytywna – pozwalała mu trafiać niewiarygodne rzeczy, ale też „Zen Master” swoją atencją ucinał złe wybory rzutowe i złe decyzje swojej gwiazdy. Jego confidence był idealnie wyważony.

Metta World Peace – najbardziej krnąbrny i nieprzewidywalny zawodnik ligi. W każdej chwili może obudzić się jego alter ego – Ron Artest, a stary dobry Ron niczym Mr Hyde lubi poddusić rywala na parkiecie albo pobić jakiegoś kibica. Pod wpływem kojącego Zena był jednak barankiem i najgorsze co zrobił to prężenie muskuł w San Antonio.

– Andrew Bynum – ogromny środkowy o trochę małym móżdżku. Lubię go, ale jakoś słuchając jego wypowiedzi odnoszę wrażenie, że kariera naukowa raczej nie dla niego. Jackson temperował go, schłodził jego młodą i porywczą głowę, skłonną do złych decyzji i frustracji. Andrew to przykład zawodnika potrzebującego mentora, w przeciwnym razie mógłby przez kontuzję być drugim Kwame Brownem. Nawet poważne urazy nie zrobiły z niego słabe gracza – jest solidnym środkowym z potencjałem na bycie w top 5 tej ligi na swojej pozycji (o ile w niej nie jest).

Matt Barnes w ostatnim roku kontraktu – Kolejny zawodnik, który ma na koncie starcie twarzą w twarz z obecnym kolegą z drużyny (hej, to spojrzenie w oczy Kobe’go to był klasyk), mnóstwo tatuaży i jeszcze więcej pomysłów, czego by tu nie przeskrobać. Mam wrażenie, że jest po prostu nadpobudliwy. W ostatnim sezonie jednak pod wpływem zbawczego wpływu Zena spokorniał i nie sprawiał większych problemów

Pau Gasol – tutaj występuje problem z drugiego bieguna – Hiszpan jest znakomitym i dobrze ułożonym graczem, ale potrzebuje motywacji. Wiecie, kopa w dupę. Pod jego adresem miliony razy padało słowo „soft”, czyli w wolnym tłumaczeniu „mięczak”. Właściwie pobudzony przez Jacksona jest jednak wielką siłą w NBA.

Luke Walton – prawdopodobnie największy zabijaka w zespole. Nie no, żartuję.

Sami widzicie, że oprócz góry talentu w Mieście Aniołów mamy też wybuchową mieszankę charakteru. Dlatego tak wielką sztuką jest prowadzenie mistrzowskich zespołów po brzegi wypchanych gwiazdami. To nie tylko taktyka. Myślicie, że oni nie wiedzą, jak mają grać? Nie wiedzą, w jakim systemie ofensywy dobrze funkcjonują? Nie wiedzą, jaką zagrywkę wybrać i co zrobić, że odciąć od podań Nowitzkiego? Wiedzą. Ale tutaj pojawia się druga strona medalu – ile już było porównywalnych w historii NBA zespołów pod względem talentu i ile z nich zmarnowało swoje szanse. Tu w grę zaczyna wchodzić charyzma trenera. Coś nieuchwytnego, imponderabilia. Coś nieempirycznego. Tej charyzmy, w moim odczuciu, Brown ma w porównaniu z Jacksonem mniej więcej tyle:

To nie jest osobisty pojazd na Mike’a Browna, bo to taki poczciwy gość, dobry wujek. Idealny do roli asystenta, czyli kogoś, kim był w Lakerlandzie Brian Shaw. Taki łącznik pomiędzy instytucją trenera-mentora, niedostępnego guru, a grupą graczy. Facetem, do którego można się zwrócić z „hej, mam problem ze swoimi minutami” albo „zagrywka pode mnie do końca mi nie pasuje”. Ale, do diaska, nie do roli prowadzącego najbardziej wybuchową paczkę w tej lidze, w dodatku, w najbardziej bezlitosnym mieście na świecie. Hollywood nie wybacza błędów. Kocha zwycięzców, niszczy przegranych. Jeżeli ktoś z was słucha hip-hopu, jest taki skład stamtąd zwący się La Coka Nostra. W moim ulubiony numerze rapują tak:

Keep an eye out for your girl, don’t let them devils take it away
Keep an eye out for your soul girl, Hollywood is a dangerous place to play
Keep an eye out for your soul girl, cuz nothing gets rid of the stain

Myślę, że ten refren, który nota bene należy do Evidence’a, idealnie oddaje tę sytuację. Moim zdaniem Brown będzie żałował tego, na co się porwał. Plamy w postaci konfliktu z Bryantem się nie pozbędzie. Nie chcę być złym prorokiem LA. Może nawet zaliczą udany sezon. To nie jest niemożliwe. W chwili obecnej wydaje mi się jednak, że to niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu. W prowincjonalnym Cleveland mógł się zwyczajnie nie sprawdzić, media winę zwalały na karmę LeBrona Jamesa. W LA nikt sentymentów mieć nie będzie. Na jego miejscu dwa razy zastanowiłbym się, biorąc tę robotę.

The lights are bright, the strangers are high
Dreams are at stake, there’s no brakes on a dangerous ride
First you love it and you want it, go faster cause it’s a rush
Hit the gas, try to chase cause you want it but you can’t touch
The more that you speed and try to catch the further you fall
You scream for help and it seems nobody heard you at all

Mam nadzieję, że Brown nie popełnił błędu i nie dał się złapać w wyżej opisaną pułapkę. Życie przyspiesza, nadarza się wielka szansa. Czy ktoś byłby gotów odmówić? Pewnie niewielu.
Words of wisdom.

Nieprzypadkowo publikuję ten tekst. Nowy trener Los Angeles Lakers udzielił właśnie jednej z pierwszych wypowiedzi na temat swojej wizji prowadzenia zespołu, a raczej układu relacji z gwiazdami:

„To nie jest tak, że Gregg Popovich to szef, a Tim Duncan to po prostu zatrudniony. Oni wspaniale razem współpracują. To ja będę podejmował ostateczne decyzje (w LA).”

Tako rzecze Brown. Model współpracy Pop-TD a Brown-KB to niebo, a ziemia. Trenera San Antonio Spurs charakteryzują lata doświadczenia, wielki spryt, cwany, analityczny umysł i charyzma. Z drugiej strony Timmy to ułożony i spokojny lider. Jak w ogóle Brownowi mogło przyjść na myśl, żeby przenieść taki model na parkiet w Los Angeles? Hello?

 

To jest właśnie to, czego się obawiam. Żadnemu z wyżej opisanych zawodników nie można dać przejąć sterów w tej drużynie. Kobe jest typem gracza, który potrzebuje nad sobą bicza, ale nie takiego jak wydzierający się Tomas Pacesas, ale faceta, który wygrał wszystko, a i tak spojrzy na ciebie z pół-pogardliwą, pół-cwaniaczkowatą, grobową miną i sprawi, że się zawstydzisz, chociaż masz w kolekcji statuetkę MVP i 5 pierścieni mistrzowskich. To jest to „coś”, co miał Jackson. Jego oczy, jego spojrzenie. Działał na Michaela Jordana, działał na Shaquille’a O’Neala i działał na Kobe Bryanta. Trzej wielcy graczy, trzy wielkie osobowości. Jakże różne.

Jak ma zamiar utemperować go Brown? Trener, z którego nabijano się, że jedyną zagrywką w ataku jest podanie do LBJ’a (był taki fajny obrazek w sieci, poszukam i wrzucę tu, gdy znajdę)? Czy to może zadziałać? Na koniec – nie twierdzę, że Lakers czeka katastrofa. Są zbyt utalentowani, aby nie być przynajmniej w drugiej rundzie Playoffs. Twierdzę jednak, że to za słaby trener, aby poprowadzić ich do Mistrzostwa NBA. Nie twierdzę też, że Bryant nie powinien mieć głosu. Powinien. Ale chyba nie powinien też być traktowany jak kumpel, tak jak Bron Bron.

Kto nie słyszał, gorąco zachęcam:

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=6DKJCGm1kYw&w=585]

bartek

Łowca burz.

4 komentarze

  1. talarr pisze:

    Atykuł artykułem, ale nawiązanie do La Coka Nostry, genialne!

  2. Boban pisze:

    Tyle że refren śpiewa Everlast.

  3. talarr pisze:

    Tyle że Everlast jest czlonkiem La Coka Nostry, wiec o co chodzi?

  4. Boban pisze:

    To wiem, tylko że jest napisane źe Evidence „Myślę, że ten refren, który nota bene należy do Evidence’a”,czyli że co Evidence go napisał czy jak? Więc o co chodzi?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *