Wysocy wygrywają Mistrzostwa

Autor: Mateusz Trybulec

W tym artykule chciałbym wrócić do rozważań teoretycznych na temat budowania drużyny mistrzowskiej. Zająłem się tym problemem w dwóch artykułach wcześniej opublikowanych (Wielkość Dirka Nowitzkiego oraz Call of Duty). W pierwszym z nich wymieniłem cztery zasady budowania mistrzowskiej drużyny według Billa Simmonsa (The Book of Basketball).

Przypomnę:

 
1. Potencjalnych mistrzów buduje się wokół jednego wybitnego gracza. Nie musi to być super-hiper gwiazda ani ktoś, kto potrafi zdobywać punkty na zawołanie, ale ktoś, kto daje przykład, poświęca się na co dzień, pobudza wolę walki u kolegów z drużyny i podnosi ich na wyższy poziom. Lista najlepszych graczy w mistrzowskiej drużynie NBA od kiedy Magic i Bird dołączyli do ligi wygląda tak: Kareem (młody), Bird, Moses [Malone], Magic, Isiah [Thomas], Jordan, Hakeem, Duncan, Shaq (młody), Billups, Wade, Garnett, Kobe […].

2. Otaczasz tę gwiazdę jednym lub dwoma wybitnymi pomocnikami, którzy znają swoje miejsce w hierarchii drużyny, nie mają bzika na punkcie statystyk i wypełniają każdą możliwą lukę. Lista najlepszych pomocników od 1980: Magic, Parish/McHale, Kareem (starszy), Worthy, Doc [Julius Erving]/Toney, Dennis Johnson, Dumars, Pippen/Grant, Drexler, Pippen/Rodman, Robinson, Kobe (młody), Parker/Ginobli, Shaq (starszy), Pierce/Allen, Gasol […].

3. Mając taki szkielet, wypełniacie swoją drużynę wybitnymi zadaniowcami i/lub graczami z charakterem (za dużo by trzeba wymieniać, ale mam na myśli zawodników typu Robert Horry czy Derek Fisher), którzy znają swoje miejsce, nie robią błędów i nie będą niszczyć nieegoistycznego ducha drużyny, jak także zatrudniacie odpowiedni sztab szkoleniowy, który będzie dbał o utrzymanie nadrzędności wartości drużynowych nad indywidualnymi.

4. Trzeba być zdrowym na playoffy i zrobić sobie jeden lub dwa okresy odpoczynku.
W tym samym artykule udowodniłem jednak, że tegoroczni Dallas Mavericks nie do końca wpasowują się w sztywne ramy tych czterech zasad (zwłaszcza, jeśli chodzi o punkt drugi). Praktyka wskazuje jednak, że, w większości wypadków, budowanie drużyny na wyżej wymienionych fundamentach daje duże nadzieje na zdobycie pucharu Larryego O’Briena.

W Call of Duty pisałem o kolejnej cesze [nie dziwię się, że polski jest jednym z najtrudniejszych języków do nauczenia się przez obcokrajowca] mistrzów, to jest poczuciu obowiązku. Każdy zwycięski skład musi przeżyć chrzest ognia – w obliczu trudnej sytuacji (duża strata punktowa w ważnym meczu, serie przegranych spotkań, kontuzja kluczowego zawodnika, itp.) zmobilizować się, walczyć do ostatniej kropli krwi i, ku zdziwieniu wszystkich, zwyciężyć.

Wszystkie te założenia dotyczą jednak w większości strony mentalnej zawodników. Co mają jednak zrobić GM drużyn NBA, kiedy stają przez możliwością wyboru wielu zawodników z szansami na perspektywiczny rozwój? Oczywiście odpowiednia atmosfera w szatni będzie jednym a tych elementów, które trzeba będzie wziąć pod uwagę (a często bywa ignorowane). Kiedy jednak przychodzi dzień draftu lub otwarcia okienka transferowego, uwaga zarządu drużyny skupia się głównie na odpowiednim dobraniu koszykarzy pod względem umiejętności i pozycji (i jakie mają perspektywy dalszego rozwoju).

Upraszczając – wyobraźcie sobie drużynę, która nie ma jeszcze swojego franchise player i stara się odbudować skład (np. obecnie Cleveland Cavaliers lub Chicago Bulls przed przyjściem Derricka Rose’a). Poszczęściło im się w loterii draftowej i mogą losować z numer 1, a dodatkowo tegoroczny nabór do NBA zapowiada się wyjątkowo obiecująco i na każdej możliwej pozycji znajdzie się gracz o wysokich umiejętnościach koszykarskich. Kogo powinni wybrać?

Prawidłowa odpowiedź brzmi – to zależy [od tego jakimi zawodnikami dysponujemy]. Patrząc jednak ogólnie – jaka decyzja zwiększy nasze szanse na sięgnięcie po puchar Larryego O’Briena? Leo Florkowski w artykule opublikowanym na łamach The Bleacher Report zbadał (procentowo) jak wyglądały dotychczasowe drużyny mistrzowskie z podziałem na pozycje i charakterystykę zawodników. Zaczął on (podobnie jak ja to zrobiłem w poprzednich artykułach) od roku 1980, czyli epoki nowożytnej w historii NBA.

Amerykański analityk o swojsko brzmiącym nazwisku zauważył, że 30 mistrzowskich drużyn (artykuł był opublikowany w marcu tego roku – oczywiście my uwzględnimy także tegorocznych Mavericks) były zbudowane wokół trzech typów zawodników:

1. Dominujący wysoki.
2. Dynamiczny skrzydłowy.
3. Elitarny rozgrywający.


Pierwszy typ zawodnika charakteryzuje się wysoką skutecznością w zdobywaniu punktów, w zbiórkach i w obronie. 12 z 31 drużyn poprowadził do tytułu dominujący wysoki (Tim Duncan zdobył trzy pierścienie, Shaquille O’Neal dwa, Hakeem Olajuwon dwa, a Moses Malone, Kevin Garnett i Dirk Nowitzki po jednym).

Drugi typ zawodnika charakteryzuje się wysokimi zdobyczami punktowymi, dobrą grą na tablicach i skutecznością podań. 12 z 30 drużyn poprowadził do tytułu dynamiczny skrzydłowy (Michael Jordan sześć pierścieni, Larry Bird trzy, Kobe Bryant dwa (jako pierwsza opcja w ataku), a Dwyane Wade jeden).

Trzeci typ zawodnika charakteryzuje się skutecznością podań, wysokimi zdobyczami punktowymi i zdolnościami przywódczymi. Siedem drużyn mistrzowskich było budowanych wokół elitarnego rozgrywającego (Magic Johnson zdobył pięć pierścieni, a Isiah Thomas dwa).

Swoistym wyjątkiem wśród tych 31 mistrzowskich drużyn są Detroit Pistons z 2004 roku, którzy byli zbudowani wokół… defensywy. No co, a jak inaczej ich sklasyfikować?

Co do reszty, szanse rozkładają się w miarę podobnie:

Przyglądając się dokładniej drużynom budowanym wokół każdego z typów zawodników dostrzeżemy kilka ciekawych zależności:

1. W ośmiu z dwunastu drużyn, które wygrywały Finały pod wodzą dominującego wysokiego, drugą opcją w ataku był dynamiczny skrzydłowy (Shaq-Kobe, Malone-Erving, Olajuwon-Drexler, Duncan-Ginobli, Garnett-Pierce). Co więcej, w sześciu z tych siedmiu drużyn trzecią opcją był skuteczny snajper – Robert Horry, Ray Allen, Derek Fisher, Glen Rice i Andrew Toney. W jednym przypadku wysoki skrzydłowy wspierany był przez elitarnego rozgrywającego (San Antonio Spurs 2002-03), a w dwóch innych przez drugiego dominującego wysokiego (San Antonio Spurs 1998-99 oraz Houston Rockets 1993-94). W tym roku Dirk Nowitzki zdobył tytuł bez wybitnego partnera.

2. Z dwunastu drużyn prowadzonych do tytułu przez dynamicznych skrzydłowych, połowa miała dominującego wysokiego jako drugą opcję ofensywną (Bird-Parish/McHale, Kobe-Gasol, Wade-Shaq). Pięć z tych sześciu jako trzecią opcję wykorzystywało koszykarza dobrze broniącego na skrzydle lub w post (Ariza, Artest, Haslem, Parish i Cedric Maxwell). Pozostałe sześć drużyn było prowadzone przez duet dynamicznych skrzydłowych – mam tutaj oczywiście na myśli Michaela Jordana i Scottiego Pippena. Mieli oni zawsze solidne wsparcie w koszykarzu świetnie broniącym w post (Grant, Rodman).

3. Z siedmiu drużyn prowadzonych do tytułu przez elitarnych rozgrywających w czterech drugą opcją w ataku był dynamiczny skrzydłowy (Magic-Worthy, Isiah-Dumars), a w trzech dominujący wysoki (Magic-Abdul-Jabbar).

Spróbujmy zrobić jakąś wspólną klasyfikację. Jeżeli podzielić wszystkie mistrzostwa od 1980 roku według udziału poszczególnych typów zawodników (trzy rodzaje, które zostały wcześniej wymienione), to do 20 rękę przyłożyli dominujący wysocy, w 23 brali udział dynamiczni skrzydłowi, a tylko w 8 przypadkach byli to elitarni rozgrywający. Gdyby przyznać dodatkowe punkty wartości (jeżeli zawodnik był pierwszą opcją w ataku, otrzymuje dwa punkty, za drugą opcję przysługuje jeden punkt), to dominujący wysocy otrzymaliby 38 punktów, dynamiczni skrzydłowi 41 punktów, a elitarni rozgrywający tylko 15.

Mistrzostwa Chicago Bulls trzeba jednak wziąć w nawias (nie szybko pojawi się zawodnik, który będzie w stanie dorównać Michaelowi Jordanowi), więc dominujący wysocy mają (ogólnie) minimalnie większą zdolność generowania mistrzowskich drużyn. Co więcej, w połączeniu z dynamicznym skrzydłowym tworzą najbardziej morderczy duet NBA (13 mistrzostw).

Jak jednak widać, w więcej niż połowie przypadków, o tytule mistrza decydowały inne duety/tria. Chociaż statystyka nie faworyzuje w sposób wyraźny wysokich graczy, w świecie zawodowej koszykówki w Stanach Zjednoczonych teoria big men win championships jest równie powszechna jak offense wins games, defense wins championships. Niestety, tylko jedna z nich jest prawdziwa i, jak domyślacie się, nie mam na myśli pierwszej.

Dużo ważniejsze od ściągnięcia do drużyny dominującego wysokiego jest stworzenie wzajemnie uzupełniającej się ekipy koszykarzy. Niektóre układy mogą skutecznie funkcjonować, niektóre do tej pory nie sięgnęły po tytuł Larryego O’Briena. Leo Florkowski jest zdania, że Miami Heat w obecnym składzie także nie będą w stanie tego dokonać – dwóch dynamicznych skrzydłowych i przeciętny w obronie, lubiący grać na półdystansie wysoki. Według niego, najsłabszym ogniwem jest Bosh, który powinien zostać wymieniony na solidnego obrońcę. Na razie jego przewidywania się sprawdziły – przyszłość pokaże, czy miał rację.

1 Odpowiedź

  1. bargnani7 pisze:

    Jason KIdd i Shawn Marion przy duecie Spurs nie są przecież drewniakami. Nie do konca zgadzam się z autorem w 23/24 linijce tekstu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *