Wygrani – źle wybrani

Co roku pod koniec czerwca, kiedy opadną już emocje związane z walką o tytuł mistrzowski NBA, komisarz ligi David Stern podczas gali Draftu NBA wyczytuje kolejno nazwiska zawodników, którzy od najbliższego sezonu wzmocnią szeregi ligi.  Wyczytywanie oczywiście zaczyna się od pierwszego numeru, który to ma stać się przyszłą gwiazdą ligi i pomóc drużynie, która w poprzednich rozgrywkach radziła sobie słabo podnieść jej notowania w lidze. Stern wyczytuje kolejne numery, a za jego plecami widzimy przedstawicieli klubów, którzy gorączkowo konsultują telefonicznie ostateczny wybór danego klubu. Zazwyczaj największe oczekiwania są od graczy z pierwszej dziesiątki, późniejsze wybory dla przeciętnego widza są już mniej interesujące. To jest właśnie meritum całej loterii draftu.  Wczujmy się w to co czuje zawodnik wybierany pod koniec I rundy, nerwowo rozgląda się,  jego serce bije coraz mocniej, kiedy zaczyna się II runda większość z niewybranych jeszcze graczy w ogóle marzy, aby zostać wybranym, na to czekają oni, ich rodziny … i tutaj zaczyna się właściwa część mojego artykułu …

Od lat wiadomo, że numer wyboru nie decyduje o jakości zawodnika. Gdyby tak było to największa gwiazdą ligi nigdy nie zostałby Michael Jordan, ale nijaki Sam Bowie, o którym pewnie wielu z Was pewnie nie wie, że kiedykolwiek istniał w annałach ligi taki gracz. Historia  NBA pokazała, że zawodnicy wybrani z dalszymi pickami mogą odgrywać wiodącą rolę w rozgrywkach ligi.

Pierwszym przykładem jest nikt inny jak Dennis Rodman. „Robak” został wybrany z 27 numerem draftu w roku 1986 ( 3 numer II rundy, gdyż ówczesna I runda posiadała 24 nr. ) przez Detroit Pistons. Początkowo nic nie wskazywało na to, że młodzieniec z Oklahoma State Univ. odegra znaczącą role w ekipie z Rickiem Mahornem, Johnem Salley’em czy Billem Laimbeer’em na zblizonych mu pozycjach. Nic jednak mylnego, stał on się czołową postacią do tego stopnia, że z czasem pozbyto się Mahorna, a Dennis stał się częścią legendarnej ekipy Bad Boy z M-Town zdobywając dwa tytuły mistrzowskie. To był dopiero początek osiągnięć Rodmana.  Po rozstaniu z „Tłokami” oraz dwóch sezonach spędzonych w San Antonio Spurs ( gdzie z powodu wypadku na motorze stracił część sezonu 94-95) oddano go bez większego żalu do Chicago Bulls, którzy po powrocie Jordana potrzebowali do kontynuacji kolejnej mistrzowskiej sagi następcy dla Horace’a Granta – Rodman nadawał się znakomicie. Zdobył pod wodzą Philla Jacksona kolejne trzy pierścienie mistrzowskie, a także szokował kolejnymi kolorowymi fryzurami. Przyznam się, że nigdy nie widziałem tak zbierającego piłki z tablicy zawodnika. Uczynił z tego elementu prawdziwą sztukę, a jego statystyka 18,7 zbiórek na mecz z sezonu 1992-93 do dziś przyprawia mnie o zdziwienie ( przecież on miał tylko ok 203 cm!).  Przez 6 lat z rzędu plasował się na pierwszym miejscu wśród najlepiej zbierających ligi, poza tym wystąpił dwa razy w meczach gwiazd. Późniejsze epizody w LAL czy w Dallas nie przyniosły wielkich osiągnięć sportowych, ale napewno kontrowersyjne zachowanie ściągnęło więcej widzów na trybuny.

Tą samą uczelnię co Dennis Rodman ukończył John Starks. W przeciwieństwie do „Robaka” on jednak nigdy nie został nawet wybrany w drafcie. Jego przygoda z NBA zaczęła się gdy Golden State Warriors podpisali z nim kontrakt jako z wolnym agentem. W Oakland Starks w 36 meczach zdobył zaledwie 146 punktów i został zwolniony. Dopiero rok później ponownie jako bezrobotny zawodnik wzbudził zainteresowanie nowojorskich Knicks. To był strzał w 10!  Z czasem Starks pod okiem Pata Riley’a stał się czołową postacią drużyny obok Patrick’a Ewinga czy Charlesa Oaklay’a. Riley budował drużynę w oparciu o fighterów, którzy będą umierać za drużynę na boisku, będa walczyć o kazdą piłkę – John idealnie pasował do takiej koszykówki przez co pokochali go fani z MSG. Jego pojedynki z Jordan’em stały się absolutnymi klasykami ligi, a gonitwy Starksa za Raggie Miller’em przy owacyjnie reagującym Spike’u Lee do dziś wywołują ciarki na plecach długoletnich fanów ekipy z Nowego Jorku.  W czasie gry w Knickerbockers Starks wystąpił raz w ASG oraz został wybrany w sezonie 1996-97 najlepszym rezerwowym ligi, jednak zalicza się on także do kategorii zawodników, których statystyki nie oddają w pełni wkładu w grę jego drużyny. Jego przygoda z poważną koszykówką w NBA zakończyła się kiedy został wytransferowany do Warriors w zamian za Latrella Spreewela.

Kolejnym zawodnikiem, któremu nie dany był zaszczyt czynnego udziału w drafcie był Avery Johnson. Grę w NBA zaczynał w latach 1988-89 w ekipie z Seatlle, jednak prawdziwa kariera małego rozgrywającego rozpoczęła się kiedy po latach tułaczki po klubach NBA powrócił do San Antonio. Drużyna prowadzona przez Davida Robinsona potrzebowała playmakera z prawdziwego zdarzenia. Avery szybko po powrocie udowodnił władzą Ostróg, że doskonale nadaje się do tej roli. Filigranowy zawodnik o wielkim sercu. Mając ok 178 cm nie bał się wejść pod kosz, świetnie czujący tempo gry idealnie pasował do poukładanej koszykówki drużyny z Teksasu. Nieodłączną cechą jego gry były częste dyskusje z sędziami, zawodnikami czy trenerami – ale o znaczeniu jego postaci dla zespołu świadczy pseudonim „generał”. Kulminacją kariery AJ’a w lidze było mistrzostwo wywalczone w skróconym przez Lockout sezonie 1998-99. Późniejsze przygody nie były już tak udane dla Johnsona w Denver, Dallas czy GSW.  Dziś kontynuuje swoją przygodę z koszykówką jako trener ( obecnie NJ Nets )

Sam Cassel został wybrany przez Houston Rockets z numerem 24 draftu w roku 1993.  Przed urodzonym w Baltimore graczem w ówczesnym naborze wybrano między innymi takich graczy jak Luther Wright, George Lynch czy Rex Walters.  Mimo to w nadchodzącym sezonie najwięcej do powiedzenia miał właśnie młodzieniec wybrany przez Rakiety. Prowadzona przez Olajuwona drużyna do pierwszego mistrzostwa w historii klubu potrzebowała właśnie kogoś takiego jak on. Znana z gry inside-outside, posiadająca na obwodzie Kenny Smitha oraz Vernona Maxwella potrzebowała zmiennika dla tych graczy. Cassel wypełniał swą rolę znakomicie. Kiedy on pojawiał się wraz z Mario Ellie’m na parkiecie dodawał grze Rockets elementu szaleństwa. Potrafił seryjnie zdobywać punkty, kończył wejścia pod kosz niesamowitymi rzutami,  świetny strzelec z dystansu, a co najważniejsze nie bał się brać odpowiedzialności w najważniejszych meczach w Play-Off.  Swoją grę podobnie jak AJ ubarwiał licznymi dyskusjami i wybuchowymi reakcjami.. Do dziś pamiętam scenę z 7 meczu z 1994 roku przeciw Phoenix Suns kiedy po walce o piłkę wylądował za parkietem na Charles’ie Barkley’u – kiedy sędzia orzekł, że piłka należy się zespołowi Słońc Cassel tak wymownie zaczął gestykulować i krzyczeć na sędziego, że nie zauważył nawet klepiącego go w plecy Sir Charlesa, który w ten sposób prosił go, aby ten zszedł łaskawie z jego nogi … na której siedział.  Obrazek ten pokazuje jak wielkie serce wkładał w grę.  W Houston zdobył 2 mistrzostwa po czym odszedł do Suns w wymianie za Barkley’a. Kolejną drużyną w której był kluczową postacią było Milwaukee Bucks, gdzie obok Ray’a Allena oraz Glenn’a Robinsona należał do tzn. trójki muszkieterów „Kozłów”. W całej karierze zdobywał średnio 18,9 pkt. Patrząc przez pryzmat jego dokonań w NBA wybór w drafcie Sama powinien odbyć się co najmniej kilkanaście nr wczesniej, choć trzeba przyznać, że rocznik 1993 dał lidze tak silnych graczy jak Anfernee Hardaway, Allan Houston, JR Rider, Vin Baker czy Chris Webber – późniejsze gwiazdy ligi,  przy których Cassel nie ma się czego wstydzić.

Oprócz wymienionych powyżej w drafcie zdarzały się oczywiście inne zaniżone wybory, ale o nich przeczytacie w moich kolejnych artykułach.

Paweł Kołakowski

Od lat wierny kibic Houston Rockets i wielbiciel Charlesa Barkleya (głównie z czasów gry w Suns). Wychowany na transmisjach NBA w TVP2 wspominający z łezką w oku te godzinne transmisje w piątkowe popołudnia z komentarzem Szaranowicza i Łabędzia :). Ahh te lata 90-te :)

2 komentarze

  1. robak#91 pisze:

    Zatem czekam na wiecej ! :)

  2. robak#91 pisze:

    nie tak dawno ktos z bylych zasluzonych graczy nba (niestety nie pamietam kto) powiedzial ze Robak sprawil ,iz gra w defensywie stala sie sexy ;) czy jakos tak :) przed nim nie przywiazywano takiej wagi do obrony ,moj guru for life !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *