Parszywa dwunastka

Autor: Jakub Kacprzak

Pamiętacie film „Parszywa Dwunastka”? Kapitalne kino wojenne, w którym doskonały major miał wybrać spośród więźniów tytułową dwunastkę, która miała ruszyć w samobójczą misję. I tak patrząc na nich postawiłem się w sytuacji, w której miałbym wybrać drużynę dwunastu koszykarzy, którzy nigdy nie zdobyli mistrzostwa NBA, choć na to zasługiwali zarówno talentem jak i ciężką pracą i osiągnięciami indywidualnymi. Usiadłem wygodnie w fotelu i zacząłem myśleć o „żołnierzach”, którzy indywidualnie byli niemal jak Rambo, z tą tylko różnicą, że stawali naprzeciw rzeczywistości i nie mieli niekończącej się amunicji. Poniższa drużyna składa się z graczy naprawdę wybitnych, którzy na zawsze zapisali się w historii ligi. Są wśród nich tacy, którzy karierę jeszcze kontynuują i tacy, którzy ją już zakończyli. Koszykarze niezwykli i różniący się od siebie pod wieloma względami. Oczywiście czymże byłaby drużyna gdyby nie trener. Oczywiście w mojej ekipie będzie to coach, który pomimo znakomitych zdolności również nie zasmakował mistrzostwa. Jesteście gotowi na moją „Parszywą drużynę”?

Rozgrywający

Steve Nash – Miałem pewien dylemat na tej pozycji. Zastanawiałem się kto bardziej zasługuje na miano. Czy Kanadyjczyk czy może John Stockton. Jednak po głębszym namyśle (nie…nie głębszym łyku drinka) stwierdziłem, że to obecny lider Phoenix Suns bardziej zasługuje na wyjście w pierwszej piątce. Genialny asystent, lider wszech czasów pod względem trafionychrzutów osobistych, dwukrotny MVP sezonu zasadniczego, który nigdy nie grał nawet w finale.Wydaje się to nieprawdopodobne gdy spojrzymy na to jak doskonale poczyna sobie na parkiecie ten rozgrywający. Dotychczas grał w zaledwie dwóch drużynach. Dallas Mavericks i PhoenixSuns. Wraz ze „Słońcami” osiągnął w jednym z sezonów najlepszy bilans i średnią zdobywanych punktów na mecz. Niestety nie przełożyło się to na zdobycie pierścienia. Przy Nashu wyrosło wiele gwiazd. Z jego genialnych podań (polecam filmiki z jego akcjami na YouTubie) korzystali DirkNowitzki, Shawn Marion, Amare Stoudemire, Vince Carter czy Joe Johnson. Czego więc brakuje sympatycznemu Steve’owi do mistrzostwa? Cóż z jednej strony na pewno szczęścia, a z drugiej też trenera, który zmobilizuje resztę zespołu, by dobrze wspierała kanadyjskiego playmakera.Zazwyczaj bowiem bywało tak, że gdy genialnie grał Nash z jednym zawodników to reszta jakośodstawała poziomem. Niestety wątpliwe jest, by w tym sezonie (jeśli oczywiście się on odbędzie)lider Suns mógł liczyć na tytuł. Coraz częściej przytrafiają mu się kontuzje, a i zespół z Arizony nie jest na tyle mocny, by liczyć się triumf. Możliwe więc, że na zawsze Nash pozostanie tym, który świetnie rozwija koszykarsko swych partnerów (przykład naszego Marcina Gortata jest tutaj jak najbardziej na miejscu), ale nie uda mu się zdobyć mistrzostwa.

Rzucający obrońca

Allen Iverson – Tutaj żadnych wątpliwości nie było. Genialny atakujący i solidny obrońca. Miał być tym dla Philadelphii 76’ers kim niegdyś Julius Erving czy Moses Malone. Niestety skończył jak Charles Barkley, a więc bez mistrzostwa. Choć był tego bardzo blisko. W 2001 roku doprowadził zespół do finału, w którym jednak został rozgromiony 1:4. Dla samego „Answera” był to znakomity sezon. Zdobył MVP sezonu zasadniczego, MVP Meczu Gwiazd i został królem strzelców. Niestety potem jego kariera była pochyłą równią. Obecnie Iverson jest na koszykarskim dnie. Po jego ekscesach podczas ostatniego sezonu w 76’ers nie chciała go już żadna drużyna. Teraz pozostaje bez klubu, bo turecki Besiktas również nie chciał z nim już współpracować. Ciężki charakter inieodpowiedni tryb życia sprawił, że z zawodnika, który mógłby być legendą stał się przykładem niestety zmarnowanego talentu. Mógł zdobyć mistrzostwo. Gdyby tylko nie częste ekscesy i kłótnie to zapewne nie znalazłby się w mojej „Parszywej drużynie”. I tak sobie myślę, że swym zaangażowaniem z początku kariery, twardością (do tej pory zastanawiam się jakim cudem się nie połamał po wielu starciach z większymi rywalami pod koszem) i umiejętnościami do Detroit Pistons z końcówki lat 80′ kiedy zdobywali dwa mistrzostwa. Bo co do tego, że był jednym z największych „bad boyów” XXI wieku w NBA chyba nie ma nikt wątpliwości, prawda?

Niski skrzydłowy

Reggie Miller – Tak wiem, że Miller to rzucający obrońca. Ale zasługuje, by wyjść w pierwszej piątce. Mistrz rzutów za trzy punkty i legenda Indiana Pacers. Nigdy nie grał w innym klubie.Toczył piękne pojedynki z Michaelem Jordanem i tak naprawdę to właśnie on, był chyba jedynym,który potrafił przeciwstawić się MJ’owi w tamtych czasach. Niesamowita technika rzutu i zdolności przywódcze dały mu zasłużone miejsce wśród legend NBA. Wraz z Pacers miał jednak pecha,który nazywał się Michael Jordan. Pomimo świetnego składu Reggie nie poprowadził w latach90′ swojej ekipy choćby do finału. Na drodze stawały „Byki”. Jednak miał jedną szansę. W 2000roku Pacers zagrali przeciwko LA Lakers. Na nieszczęście Millera okazali się zbyt silni. Reggie i spółka walczyli dzielnie, ale ostatecznie „Jeziorowcy” zwyciężyli 4-2. To był jedyny finał wjakim wystąpił. Jednak to właśnie jego pojedynki z Jordanem i genialna skuteczność rzutów za trzy dała mu sławę. Do 10 lutego 2011 roku dzierżył rekord w trafionych rzutach z 3 punkty (2560),który został mu odebrany przez Raya Allena. Nie był wybitnym obrońcom, ale potrafił skutecznie uprzykrzać życie rywalom. „Miller – killer” to bez wątpienia postać, jakiej dziś ciężko szukać wśród graczy NBA. Może trochę przypomina go Peja Stojaković, ale jedynie pod względem tego,że preferuje rzuty za trzy.

Silny skrzydłowy

Charles Barkley – Mój drogi Sir Charles. Pulchny i wygadany Chuck. Nie ma co ukrywać.Uwielbiam gościa! I jako koszykarza i jako komentatora. Podziwiałem go odkąd tylko zainteresowałem się NBA. Na taśmach i w TV często oglądałem jego genialną grę. Niestety poziomem wygadania i talentu dorównywał poziomowi pecha. Karierę zaczął w ekipie 76’ers, która zdobyła mistrzostwo, a w jej składzie występowały takie legendy jak Dr. J, Moses Malone, Maurice Cheeks, a trenerem był Billy Cunnigham. Niestety nie udało im się tego wyczynu powtórzyć. Barkley od razu dał się poznać jako walczak i twardziel. Pomimo niskiego wzrostu (wiele źródeł podaje różne informacje. Jedne mówią o 198 cm, a inne o 201) doskonale zbierał piłki. Jak sampotem powiedział jego technika była prosta. „Moja technika? Tak. Mówię sobie: po prostu zbierz tą cholerną piłkę Chuck!”. I tą „cholerną piłkę” zbierał doskonale. Tylko w swym debiutanckim sezonie miał średnią poniżej 10 na mecz. Przez 15 następnych lat nigdy nie zszedł poniżej tego poziomu. Najwięcej w jednym meczu zebrał 33 piłki, a było to w barwach Houston Rockets. Jego średnie statystyki z kariery wyniosły 22,1 pkt/11,7 zbiórki/1,5 przechwytu/0,8 bloku i 3,9 asysty.Jednak pech go nie opuszczał. W swym jedynym finale w barwach Suns trafił na szalejących Chicago Bulls, w których brylował nie kto inny jak Jordan. W 1996 roku postanowił przenieść się do Houston Rockets. Powód był oczywisty. „Rakiety” dwa razy z rzędu zdobyły mistrzostwo iliczyły na hat-trick. Wzmocnieni Barkleyem wydawali się murowanymi faworytami. Niestety niedoszli już nigdy więcej do finału…

Center

Patrick Ewing – Człowiek o wielkim sercu i pasji do gry. Jeden z najbardziej dominujących centrów w historii. Legenda New York Knicks. Dwukrotnie miał szansę na mistrzowski tytuł jednak na swojej drodze stanęły mu zespoły z Teksasu. Wpierw Houston Rockets w 1994 roku, a w1999 San Antoni Spurs. Ewing był liderem Knicks zarówno w ataku jak i obronie. Umiał doskonale rzucać z półdystansu oraz bezwzględnie karcić rywali blokami w defensywie. Jego pojedynki z Hakeemem Olajuwonem, Davidem Robinsonem czy Shaqiem były esencją koszykówki. Pamiętam jak było mi Ewinga szkoda gdy nabawił się poważnej kontuzji nadgarstka, która nie pozwoliła mu pomóc swemu klubowi pomóc w walce o najwyższe cele. Obecnie „Pat” jest trenerem centrów i asystentem Stana Van Gundy w Orlando Magic. Jak przyznał w wywiadzie ze mną Marcin Gortat,Ewing to niesamowity człowiek i doskonały szkoleniowiec. Nasz jedynak w NBA nie ukrywał, że to dzięki Patrickowi stał się lepszym koszykarzem. Ja „King Konga” zapamiętam jako lidera, który nigdy się nie poddawał. Był tytanem pracy i liderem, który zawsze motywował swoich kolegów.Osobiście bardzo żałuję, że nigdy nie było mu dane zwyciężyć w finałach.

Ławka rezerwowych

John Stockton, Pete Maravich, Chris Mullin, Karl Malone, Dikembe Mutombo, Grant Hill, Arvidas Sabonis – Ławka rezerwowych stworzona jest z graczy, którzy moim zdaniem nie odbiegali od poziomu pierwszej piątki. Jedyne wątpliwości miałem przy Stocktonie i Malonie.Szczególnie „Mailman” siedział mi w głowie. Jednak bardziej mimo wszystko szkoda było mi Chucka.

Trener

Byron Scott – jako zawodnik zdobył trzy mistrzowskie tytułu. Jako trener doprowadził New Jersey Nets do dwóch finałów z rzędu jednak obydwa przegrał. Aż dziw bierze, że szkoleniowiec nagrodzony nagrodą trenera roku. Prowadził także drużynę Zachodu w Meczu Gwiazd. Obecnie próbuje on odbudować Cleveland Cavaliers. Niestety początki były trudne. Seria 26 porażek zrzędu była najdłuższą w historii NBA.

Tak wyglądałaby moja drużyna. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że mistrzostwo zdobywali tacy zawodnicy jak Didier Ilunga-Mbenga (z LA Lakers grając łącznie w play-off przez 12 minut),Scott Brooks (z Houston Rockets), Żan Tabak (również z Rockets, bardziej znany z gry w Europie),niejaki Bison Dele (z Bulls), a także John Celestand, który został wybrany w drafcie 99′ przez Lakers i w tym samym sezonie zdobył z „Jeziorowcami” mistrzostwo. Co ciekawe od razu potem został oddany i nigdy więcej do NBA nie wrócił. Grał w Meksyku i Europie. Cóż. Nikt nie mówił,że sport zawsze musi rozdawać sukcesy w zależności od talentu.

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

9 komentarzy

  1. chudy pisze:

    malone zdecydowanie do pierwszej piatki! nigdy goscia nie lubilem ale czarles nie byl lepszy

  2. Marcin#10 pisze:

    Jeszcze Lebron dołączy za kilka lat do tego grona. ;)

  3. bargnani7 pisze:

    Co do PF jednak bym się nie zgodził. Malone – drugi w klasyfikacji wszechczasów,
    2x MVP, 2 razy w finale i co w starciu z Chuckiem chyba najważniejsze – 11 razy All-NBA First Team przy 5 nominacjach Barkley’a.

    Poza tym Chris Webber i George Gervin.

  4. talarr pisze:

    Wiem, że może cofam się już zbyt daleko w przeszłość, ale ja bym umieścił tu jeszcze Elgina Baylor’a. Sam fakt, że wyciągnął LA z najgorszej drużyny ligi do finałow NBA w 1 rok robi wrażenie. Poza tym, jego statystyki(27.4 ppg 13.5rpg 4.6apg) też robią wrażenie! Co więcej, poprowadził LA do finałów 8 razy! To więcej niż Malone, Barkley, Ewing, Stockton razem wzięci!

  5. pitrekk pisze:

    czołem,
    plus za pomysł i wykonanie, minus za błędy ortograficzne i stylistyczne.

    Jeśli chodzi o Bisona Dele to uważam, że wymienianie go jednym tchem z takimi graczami jak Mbenga czy Tabak jest nieporozumieniem. Przecież to on, jeszcze jako Brian Williams był jednym z ważniejszych ogniw chicagowskiej drużyny mistrzowskiej w 97.

    • ketjoW pisze:

      zgadza się, pamiętam że w w momentach kiedy przewagę zaczęło osiągać utah byłem zły na jacksona że za długo zwleka z wprowadzeniem dele za longleya.

    • ketjoW pisze:

      a w sezonach przed i po chicago miał staty na poziomie 16 punktów przy 51-54% 8-9 zbiórek, 2 asysty, blok i przechwyt.

  6. Rik pisze:

    Temat rzeka przewałkowany wzdłuż i wszerz.
    ” …. i genialna skuteczność rzutów za trzy dała mu sławę.” Miller nie miał genialnej skuteczności on po prostu rzucał dużo za 3 i miał mocne nerwy w końcówkach ale skuteczności rewelacyjnej nie miał. 45 miejsce na liście wszech czasów (pod względem skuteczności za 3) mówi wszystko. Co do Barkley’a to zdaje się miał 196 cm oficjalnie, a nieoficjalnie ten wzrost oscylował jeszcze w dół a nie w górę. Generalnie dużo tu gwiazd ostatnich lat, a są i inni Hall Of Famers bez tytułów, którzy powinni się tu znaleźć. Jednak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

    … i niestety podobnie jak poprzednik zwracam uwagę na ortografię, interpunkcję i stylistykę, bo niestety trochę słabo to wyszło.

    Pozdrawiam.

  7. Lanfaust pisze:

    ja dodam, że Brooks był bardzo wartościowym role Playerem. pamiętam go z finałów 94 i miał wkład w mistrzostwo. Większy niż Mullin w grę w finałach w Indianie. Zresztą to był bardzo inteligentny rozgrywający, co potwierdza teraz jako trener. Ciekawe są jego statystyki na http://www.basketball-reference.com/players/b/brooksc01.html mam namyśli staty „per 36 minut” one oddają najlepiej grę zawodników grających mało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *