Robert Horry vs Glen Rice

Kolejna odsłona cyklu w którym przybliżam graczy niejednokrotnie niedocenianych. Wczoraj zacząłem od graczy obwodowych – Jasona Williamsa i Steve’a Francisa. Dzisiaj przesuwamy się trochę bliżej obręczy, ale mimo wszystko kluczową pozostaje umiejętność trafiania do kosza – szczególnie z dystansu.

Pierwszą postacią, którą chcę uhonorować jest Robert Horry. Popularny Big Shot Rob nie dostał swojego pseudonimu bez powodu. Mając go w drużynie zawsze można było być pewnym, że komu jak komu ale jemu ręka nie zadrży w ostatnich sekundach spotkania.

W czasie 16 lat na parkietach NBA mierzący 6’10” skrzydłowy zdobywał średnio 7.0 ppg i 4.8 rpg. Statystyki z pewnością nie rzucają na kolana, ale bez Horry’ego nie byłoby wielu fantastycznych momentów dla kibiców Rockets, Lakers czy Spurs. Co istotne – Robert zawsze potrafił się dostosować do gry zespołu. Nie domagał się kluczowej roli w drużynie choć w słabszych zespołach taka z pewnością by się mu należała. Potrafił grać niejako w cieniu Olajuwona, Drexlera, O’Neala, Bryanta, Duncana czy Parkera. Fantastyczny team-player i prawdziwy iceman w końcówkach. No i jeszcze jeden szczegół – Rob zdobył 7 mistrzowskich pierścieni.

Nieco inaczej przedstawia się historia Glena Rice’a. G-Money był urodzonym strzelcem. Do tej pory z uwielbieniem można patrzeć na to jak składał się do rzutów. Tak jak Horry spędził na parkietach najlepszej ligi świata szmat czasu szczycąc się aż 15 rozegranymi sezonami. W tym czasie jego statystyki osiągnęły poziom 18.3 ppg i 4.3 rpg. Kibice znają go z pewnością z gry dla Heat, Bobcats Hornets i Lakers

Rice był szczególnie groźny stojąc za linią rzutów za 3 punkty. W sumie trafił takich rzutów aż 1559 i zajmuje obecnie 11 miejsce na liście najlepszych strzelców dystansowych w historii. Został mistrzem grając w NCAA dla uczelni Michigan, a także mistrzem NBA z Los Angeles Lakers (2000). W 1997 roku wchodząc z ławki został MVP Meczu Gwiazd bijąc przy tym dwa rekordy. Zdobył 20 punktów w samej trzeciej kwarcie i 24 w całej drugiej połowie. Zawody zakończył z 26 oczkami w trakcie 25 minut gry i zdystansował takich tuzów jak Hakeem Olajuwon, Gary Payton, Grant Hill, Michael Jordan czy Anfernee Hardaway. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że obecnie Glen zajmuje się promocją walk MMA i jest właścicielem G-Force Fights z siedzibą w Miami.

Którego z nich bardziej cenicie i wybralibyście do swojej drużyny?

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

12 komentarzy

  1. stopa pisze:

    Glen Rice nigdy nie grał w Bobcats ;-) Tylko w jednym z bardziej popularnych w latach 90-tych w Polsce, zespole Hornets. Razem z Masonem, Divacem, Wesleyem tworzyli naprawdę fajny zespół, który oglądało z przyjemnością.

    • Bob pisze:

      :) Bez dwóch zdań – tak to jest jak się już człowiek przestawi na inną nazwę. Dzięki za czujność! :)

  2. nerd17 pisze:

    Horry bez dwoch zdanie. Powinien trafiac do HoF jako najlepszy six man w historii

  3. Xymu pisze:

    Naprawde obaj byli bardzo ciekawymi graczami :D mnie najbardziej sie podobal podklad do filmiku o glenie gucci mane – so icy (so stoooopid ) :D

  4. woy9 pisze:

    Rice to maszyna i poezja dla trenerów przy składaniu do rzutów za trzy.Horry był trójką w pierwszych sezonach.nie grał na koźle i słabo mijał stąd zmiana na czworkę.jednak jego akcje w nba Finals to miód na serce fana

  5. darkcore pisze:

    nie wiem kogo bym wybrał, to zależy od wielu czynników i kto byłby mi potrzebny. ogólnie Rice to była maszynka, niszczył swoimi rzutami. jego laska w pewnym momencie nakręciła go aby grał bardziej ofensywnie (taka jest niby historia jego kariery). Horry to bardziej uniwersalny gracz ale wiadomo czym się wsławił… gdybym nie miał w teamie dobrego punktującego brałbym Rice’a.

  6. darkcore pisze:

    kidd vs payton ;)

  7. Lanfaust pisze:

    Horry był niesamowity. Potrafił zrobić wszystko, a przede wszystkim potrafił się poświęcić dla zespołu. Był lepszym obrońcą niż Rice. Rice był świetnym strzelcem, ale miał duże braki w defensywie.
    Mam pytanie. Pamiętam, że podczas pierwszych finałów Horrego Szaranowicz mówił, że Horry w zespole ma przydomek Mr D. (od Defence) czy ktoś kojarzy ten przydomek?
    A co do wyboru. Rice , ale tylko wtedy gdybym nie miał w zespole dobrego strzelca. w pozostałych przypadkach – Horry

  8. woy9 pisze:

    Nie pamiętam o Mr.D a oglądałem finały 1994 i 1995 wiele razy z kaset z polskim komenatrzem.

    • Lanfaust pisze:

      Dzięki.
      Co do określenia Szaranowicza nie mówię na 100%, że padło to w finałach, bo nie pamiętam, ale na pewno podczas jednego z transmitowanych meczy Houston w tym sezonie w którym Rockets zdobywali po raz pierwszy tytuł.
      Ale cóż Włodziu zawsze był bardzo kreatywny:)

  9. Mac pisze:

    Mogę godzinami oglądać jak Rice składa się do rzutu Poezja!

  10. ketjoW pisze:

    Oglądanie buzzer beaters/game winning shots przez tyle lat w wykonaniu Horryego w najważniekszych meczach to DEJA VU :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *