Moje najlepsze i najgorsze draftowe jedynki

W nawiązaniu do wydarzenia sprzed tygodnia, które niektórzy z nas jeszcze analizują i przeżywają na swój sposób postarałem się o własne spostrzeżenia na temat najlepszych i najgorszych wyborów z numerem jeden, jakie przyszło mi obserwować. Analizując ostatnie 25 lat – gdyż mniej więcej większość tych graczy miałem okazję oglądać – pokusiłem się o poniższe uwagi. Zapraszam do lektury.

Za najlepsze wybory uznałem osoby Shaq’a (do Orlando, następnie do Lakers i Heat), Tima Duncana (do San Antonio) i Hakeema Olajuwona (podpora Rakiet, a przez lata w play off czy finałach potrafił do znudzenia ogrywać Davida Robinsona czy Shaqa..). O’Neal zdobył swoje cztery tytuły (trzy dla Lakers z Kobem), The Dream praktycznie w głównej mierze przyczynił się do dwóch historycznych pucharów dla Rockets, a Tim-Dun stał się człowiekiem, dzięki któremu Ostrogi zdobyły najwyższe laury aż 4 razy. Ciężko powiedzieć, kto jest, a kto był z nich najlepszy, ale sam bym przyznał pierwszeństwo Olajuwonowi, gdyż był najwszechstronniejszym graczem na swojej pozycji.

Drugą półkę dla mnie tworzą wszyscy wielcy, którzy otarli się o tytuł i mieli zaszczyt zagrać w finale ligi. Niektórzy z nich ciągle mają szansę na tytuł, gdyż kariera przed nimi stoi otworem lub nie porzucili koszykarskiego rzemiosła. Mam tu głównie na myśli LeBrona Jamesa (dwie przegrane szanse w finale NBA) i Allena Iversona (ciągle gdzieś przebąkuje ,że chciałby jeszcze zagrać w NBA). Na podobnym poziomie sklasyfikowałem Dwighta Howarda – nowego dominatora.

Ostatni poziom – ogromne perspektywy i wielki przegrany – tworzą dla mnie Derrick Rose (ROTY, MVP) i Blake Griffin (ROTY) czyli młode, już wielkie gwiazdy NBA. Niestety tym wielkim przegranym, który nie powąchał NBA Finals został Chris Webber (eks gracz Warriors,Wizards,Kings, Sixers i Pistons), którego bardzo ceniłem jako gracza, za jego widowiskowość w grze i świetny charakter. Oby Blake Griffin, który równie wysoko mi imponuje, nie skończył przygody w NBA z niczym..

Każdy kij ma dwa końce więc przyjrzyjmy się teraz największym ‘looserom’.

Najgorszy level jak dla mnie zaprezentowali Pervis Ellison, Kwame Brown i Michael Olowokandi.
Ci trzej byli postrzegani jako ratunek dla swoich słabych, wybierających ich ekip oraz gracze, którzy prawie wcale nie zachwycili fanów drużyn.

Jak może część z Was pamięta, przed tygodniem (kliknijcie na Pervis Ellison jeśli nie czytaliście) przy draftowych wpadkach zaprezentowałem gracza o nicku „Out of Service – Pervis”. Ellisona wybrano do Kings, zamiast choćby Seana Elliota (tytuł Mistrza ze Spurs i 2xAll Star Game) czy Glena Rice’a (MVP All Star Game i 1xtytuł w L.A.). Wiecie czym zasłynął Pervis? pewnego dnia dostał nagrodę za największy postęp, ale jak to się ma do tego, że był wielką nadzieją wybraną z numerem pierwszym draftu? jak słabo musiał grać by dostać nagrodę za największy postęp..będąc draftową jedynką!
Na tej samej drabince widzę słynne ciacho to jest Kwame’a the Cake’a Browna wylosowanego przez Jego Powietrzną Wysokość (w Charlotte szamani już odprawiają rytuały by niejaki Afrykańczyk o imieniu Bismack nie poszedł w jego ślady). Jordan postawił na Browna mimo możliwości pozyskania jednego z mistrzów ligi tj. Tysona Chandlera czy Pau’a Gasola.

Trzeci kąsek w tym gronie to Candy Man (cukierkowy chłopak) – Nigeryjczyk Mike Olowokandi – którego Clippers woleli wybrać przez samym Vincem Carterem czy MVP finałów Dirkiem Nowitzkim. Olowokandi swego czasu miał nawet wspomóc Garnetta i Sprewella w walce o tytuł najlepszego teamu Zachodu, ale grał równie przeciętnie co w ekipie z L.A., a z każdym krokiem oczekiwania w stosunku do niego malały. Dodam, że jak wchodził do NBA to miał blokować jak Manute Bol, zbierać jak Dikembe Mutombo, a grać w ataku jak Olajuwon..

Drugi rząd w tej słabszej kategorii prezentują dla mnie gracze, którzy borykali się (bądź nadal się borykają) z kontuzjami. Dla przykładu Danny Manning był wybierany jak gwiazda uczelni, a awansował nawet do składu Stanów Zjednoczonych na Igrzyska. Niestety zdrowie mu – tylko – pozwoliło na awans do All Star Game (2x). Podobna i żywa historia dotyczy dziś gracza Portland – Grega Odena. Większość z nas pewnie mocno trzyma kciuki za tego młokosa by w końcu mocno stanął na nogi i nawiązał swoją grą do wielkich centrów NBA. Klątwą Blazers zostaje draft 2007 roku, kiedy z drugim numerem można było wylosować Durantulę.

Popatrzmy jednak na ostatnią drabinkę tych najgorszych wyborów, których sklasyfikowałbym jako mocny spadek w hierarchii NBA z biegiem lat. Obaj byli czołowymi debiutantami pierwszego, swojego sezonu, ciągnęli w górę swoje ekipy, a my często podziwialiśmy ich w akcjach tygodnia. Nagle gdzieś w połowie ich kariery wyglądali jakby zabrakło im paliwa i nie mogli się odnaleźć by osiągnąć jakiś spektakularny sukces (mam tu na myśli finał NBA ze swoją ekipą w roli lidera drużyny). Może za szybko zaczęli swoje kariery w NBA?

Glen ‘Big Dog’ Robinson miał być pierwszym rookiem, który zarobi 100 mln USD (!) – na szczęście nowa umowa w ’94roku mocno ostudziła zapały rookies, którzy dostawali ogromne gaże nie prezentując jeszcze właściwie niczego w lidze.

Nasz bohater awansował do All Star Game, brylował między koszami w duecie z Vinem Bakerem (inny niespełniony talent z Milwaukee) i pchał w pierwszych swoich latach Kozły do przodu, wraz z Ray’em Allenem (awans do finału Konferencji i porażka z Sixers była szczytem możliwości ekipy Geroge’a Karla).

W pewnym momencie, kiedy Wielkiego Psa dopadły kontuzje, a gdy drużyna nie mogła ugrać nic więcej ponad drugą rundę play offs, to Robinsona wymieniono do Atlanty Hawks. Tam dograł 2002/2003 sezon, po czym przehandlowano go do Szóstek. Z roku na rok jego średnie spadały, by w swoim ostatnim sezonie w NBA (2004/5) zagościć na kilka spotkań w ekipie Spurs. Tam już jednak był wyłącznie zadniowcem i graczem dostającym małe minuty (8′ w play offs) do gry. Podobnie jak swego czasu Mitch Richmond (ostatnim tchem) w Lakers, zapisał się znikomym udziałem przy kolejnym tytule Ostróg.
Podkreślę, że średnia punktów w karierze Robinsona imponuje najbardziej w tym gronie spośród ‘ słabszych jedynek’ (20,7), jednak apetyty na grę Big Doga były znacznie większe, a zwłaszcza ,że za plecami w drafcie miał takich rywali jak Jason Kidd i Grant Hill.

W tym samym przedziale widzę Joe Smitha, gracza, który podpisał dużą ‚umowę pod stołem’ z Kevinem McHalem. Następnie na Wilki nałożono karę – zabrano im 5 następnych wyborów w drafcie i wlepiono mandat 3,5 mln USD! Po tej przygodzie i pierwszych trzech udanych latach Smith stał się wielkim podróżnikiem w NBA i praktycznie nic wielkiego nie osiągnął, zaliczając 12 klubów NBA. Jego średnie w karierze to 10pkt i 6zb i pewnie ujrzymy go na parkietach również za parę miesięcy.

Podsumowując trzeba będzie wskazać też największego wygranego i przegranego w kategorii zespołów.


Na piedestale stawiam w swoich rozważaniach Houston Rockets z wyborami graczy, którzy dali im tytuł tj. Hakeem Olajuwon, Sam Cassell i Robert Horry. Tuż obok (na równi) nich widzę słynnych Chicago Bulls z magiczną parą Jordan-Pippen (a tuż obok nich Horace Grant i B.J. Armstrong). San Antonio Spurs z Duncanem, Parkerem i Ginobilim też widzę w czubie najlepszych z najlepszych.

Po drugiej, ciemniej stronie stawiam L.A. Clippers z takimi chybionymi wyborami jak Olowokandi, Manning czy w końcu sprzedany pick Antonio McDyessa do Denver (za gotówkę) oraz oddany wybór (Kyriego Irvinga) do Cleveland.

Wielkiego teamu nie mogą zbudować też w Toronto, a z historii pamiętamy wybory (potem ucieczki) talentów – Damona Stoudemire’a, Vince’a Cartera czy Chrisa Bosha.

Jest też taki zespół, który losując świetnych graczy, traci ich z czasem. Mam tu na myśli Magików (Hardaway i O’Neal). Czy stracą innego wielkiego gracza jakim jest Howard?

Zapraszam do dyskusji.

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

6 komentarzy

  1. bargnani pisze:

    Sprawa jest prosta z Clippers – jeśli przez 40 lat (!) drużyna nie potrafi wygrać choć raz 50 spotkań w sezonie to znaczy, że przez 40 lat ktoś solidnie w piękną draftową noc dawał dupy. Wybory Gordona i Griffina dają im dziś nadzieję, ale czy to pierwszy raz?

    Co do Orlando to warto wspomnieć legendarny fuks w drafcie 93′ kiedy to mieli najlepszy bilans w lottery, 1 kuleczkę na 66 możliwych wówczas do wylosowania i… akurat ktoś ją wylosował.

    Ciężko mowić o „najlepszych” wyborach z jedynką, bo teoretycznie i tak powinni wychodzić z niej najlepsi gracze. Mierzy się raczej skalę niewypału albo patrząc na kariery graczy z dalszych picków. Chociażby patrząc na draft 2000 wybór Martina mógłby zostać uznany za jeden z najlepszych w historii patrząc na listę faili popełnionych zaraz po wyborze Nets i to, że z tego draftu wyszło ledwie 3 all starów.

    Warto też wspomnieć o słabych wyborach Bulls w ostatnich kilkunastu latach o czym zresztą kiedyś już gadaliśmy.

    No i jeszcze jedno – takie wybitne wybory jak Olowokandi i Brown usadziły na dnie ich drużyny na lata. (może w przypadku Wizards to lekka przesada, ale gdyby wyciągnęli Gasola czy chociaż Chandlera mieliby jakieś szanse by ugrać jeszcze coś z Mike’m w składzie).

  2. One Blink pisze:

    Howard nie byl Rookie Of The Year :)

  3. Lanfaust pisze:

    Wydaje mi się, że zapomniałeś o Davidzie Robinsonie moim zdaniem zalicza się bez dwóch zdań do pierwszej kategorii (nawet pomimo sponiewierania go jak psa przez Olajuwona na załączonym filmiku)
    do kategorii Manning & Co dorzuciłbym Larrego Johnsona Fantastyczne pierwsze 2-3 lata a później kontuzja i przeciętność. To samo się tyczy Brada Doughertyego

    Do Webbera dorzuciłbym Ewinga, który jest jedną z legend koszykówki bez pierścienia na palcu. Choć mam wątpliwość, czy nie powienien się on znależć pomimo braku mistrzostwa w jednym rzędzie z Duncanem czy Olajuwonem

  4. woy9 pisze:

    Robinsona pamiętam dobrze i dzięki za komentarz, ale uważam ,że Duncan i jego przyjście dało ten wymarzony tytuł Admirałowi. Niestety Ewing nie miał szansy grania drugich finałów kiedy cieniował Johnson przeciwko Spurs.

  5. bulls2006 pisze:

    dla mnie jednak Robinson, ale też Ewing to ta najwyższa półka jedynek draftu
    jako drużynę z najlepszymi wyborami – jednak SAS, wybory Ginobilego i Parkera to byli zawodnicy z nikąd, jak na warunki nba. Zwłaszcza Argentyńczyk – koniec drugiej rundy. Mimo,że prawie cały czas wybierają pod koniec pierwszej rundy i w drugiej to mają wielu zawodników przez siebie wybranych: Parker, Ginobili, był Hill, Blair, Splitter, zawodnik niedraftowany Neal, też Scola, choc ostatecznie nie zgrał u nich, inni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *