Drobnym drukiem – Tęsknię za Detroit Pistons

NBA, jak każda zawodowa liga, ma swoje najbardziej rozpoznawalne zespoły. Każdy kibic koszykówki z łatwością rozpozna logo Los Angeles Lakers, Boston Celtics czy New York Knicks. Klubem, który ja kojarzyłem z sukcesem przez ostatnie lata byli jednak Detroit Pistons.

Drużyna z upadającego miasta motoryzacji (siedziby Forda, GM i Chryslera – najpopularniejszych amerykańskich marek) była dla mnie synonimem zespołu wyrobników. Wszystko zaczęło się w latach 80 gdy po serii sezonów, w  których 20 wygranych było szczytem marzeń – Pistons trafili na perełkę w drafcie. Z nr 2 trafił do nich Isiah Thomas. Zeke wkrótce dostał bardzo solidnych pomocników w osobach Billa Laimbeera i Vinniego Johnsona.

W kolejnych latach z charakterystyczną dla Detroit determinacją drużyna powoli podnosiła się z kolan. W 1985 roku ponownie uśmiechnęło się do nich szczęście – z nr 18 draftu wybrali Joe Dumarsa. Po porażce w pierwszej rundzie Playoff z Hawks Thomas z trenerem Dailym postanowili, że drużyna musi przejść na bardziej agresywny styl gry.Przed sezonem 86/87 do zespołu trafiło trzech kolejnych ważnych graczy. John Salley (11 nr draftu), Adrian Dantley (wymiana z Utah) i niejaki Dennis Rodman (27 nr draftu). Z takim składem i agresywną grą nakierowaną na obronę Pistons szybko otrzymali przezwisko „Bad Boys„. Przygoda z Playoffami zakończyła się na Celtics w Finałach Wschodu – dodatkowo w trudnych okolicznościach – strata Zeke na korzyść Birda i punkty Johnsona dały C’s wygraną w meczu nr 5 i ostatecznie awans do wielkiego finału.

Kolejny rok to najlepszy bilans w historii zespołu (54 wygrane) i awans do finałów, w których czekali już LA Lakers. W drużynie z Miasta Aniołów grali wówczas m.in. Magic Johnson, James Worthy czy Kareem Abdul Jabbar. Przy prowadzeniu Pistons 3-2 finały powróciły do LA. W meczu nr 6 Pistons walczyli z całych sił. Thomas ustanowił rekord rzucając 25 punktów w samej trzeciej kwarcie i to grając ze skręconą kostką. Ostatecznie jednak Lakers wygrali to spotkanie po rzutach wolnych za wymyślony faul Laimbeera na Jabbarze. W meczu nr 7 Detroit się już nie podniosło.

Sezon 88/89 to jeszcze większy progres. Przeprowadzka do Palace of Auburn Hills. Wygranie 63 spotkań w sezonie zasadniczym i demolka rywali w Playoff dały Pistons upragnione pierścienie. Joe Dumars został MVP finałów, a po nich Kareem ogłosił zakończenie kariery.

Kolejny rok to ponownie świetny bilans w RS, epickie pojedynki z Chicago Bulls w finałach konferencji i mecze o tytuł z Portland Trail Blazers. Pistons przegrali spotkania u siebie by jednak wygrać wszystkie trzy mecze w Rip City – coś co nie zdarzyło się nigdy w historii. W meczu nr 6 Vinnie Johnson trafił na 0,07 sekundy do końca by dać Detroit kolejny tytuł.

Po tym przyszły chude lata. Kluczowi gracze albo przeszli na emeryturę (Thomas, Laimbeer), albo zostali wymienieni (Edwards, Johnson, Salley, Rodman). Skutek? Sezon 93/94 kończyli z bilansem 20-62

Po tym sezonie Detroit mieli szansę na szybką odbudowę – z nr 3 wybrali dynamicznego skrzydłowego Granta Hilla. Wiele nieprzemyślanych ruchów kadrowych i urazy Granta sprawiły jednak, że Pistons nie odzyskali dawnego blasku.

Przechodzimy teraz do ery, którą większość kibiców koszykówki pamięta już z ekranów komputerów. Joe Dumars został nowym szefem klubu i postanowił zarządzić przebudowę. Chcący odejść z Detroit Hill trafił do Orlando w zamian za Bena Wallace’a i Chucky’ego Atkinsa. Rok 2000 i 2001 to czas kolejnych zmian. Na stanowisku szkoleniowca zatrudniony został Rick Carlisle. Ta decyzja dała Pistons poprawę o ponad 20 wygranych w RS i pierwszy sezon z minimum 50 zwycięstwami od roku 1997.

Kolejny rok i kolejne fantastyczne decyzje Dumarsa. Zatrudnił wolnego agenta Chauncey’a Billupsa, z Wizzards ściągnął Richarda Hamiltona, a w loterii draftu wybrał Tay’a Prince’a. Z takim składem Pistons dotarli do finałów wschodu, gdzie jednak zostali zmiażdżeni przez Knicks.

Przed sezonem 2003/2004 trener Carlisle stracił pracę. Jako powody wymieniało się najczęściej problemy z Wallacem, ograniczanie czasu gry Prince’a i Okura i przede wszystkim dostępny na rynku był Larry Brown.

Z Brownem za sterem i Rasheedem Wallacem pozyskanym w wymianie – Pistons znów byli zespołem mistrzowskim. W finałach 2004 na ich drodze stanął gwiazdorski zespół Lakers z Bryantem, O’Nealem, Paytonem i Malone. Detroit nie stchórzyli. Wygrali 4-1 dominując LA (trzy spotkania wygrali przynajmniej 10 punktami), w meczu nr 3 pozwolili im na zdobycie zaledwie 68 (!) punktów. Chauncey Billups został MVP finałów, a William Davidson został pierwszym w historii prezesem, który zdobył tego samego lata tytuły z drużyną NBA i NHL.

Kolejny sezon także był udany, ale zakończył się porażką w finałach z San Antonio Spurs. Mimo to przed następnym sezonem w Detroit panowało przekonanie, że drużynę stać na następny puchar. Większość kibiców zapamiętała jednak sezon 2004/2005 za niespotykaną za oceanem bijatykę graczy Pacers z kibicami w Palace of Auburn Hills. Na Pistons spadło wiele kar i zawieszeń graczy. Wkrótce z posadą trenera pożegnał się Brown, którego zatrudnili Knicks. Jego miejsce zajął natomiast Flip Saunders.

Rok 2005/2006 to fantastyczny start (37-5), najlepszy bilans (64-18) w lidze i obecność Billupsa, Hamiltona i Wallace’ów w Meczu Gwiazd. Ostatecznie jednak marzenia Tłoków zniszczyli późniejsi mistrzowie – Miami Heat.

Kolejne dwa lata były także dobre, ale za każdym razem na drodze Pistons stawały inny potęgi Wschodu. Najpierw Cleveland Cavaliers, a później Boston Celtics. Po sezonie 2007/2008 pracę stracił Flip Saunders, a jego miejsce zajął Michael Curry. Resztę historii już znamy. Obecny sezon prowadzeni już przez trenera Kuestera (też jest na wylocie) gracze z Pistons zakończyli z bilansem 30-52. Ostatnie postacie z wielkich Pistons zbliżają się do końca kariery i oczekują albo wzmocnienia drużyny, albo transferu (Hamilton, Prince). Nowe nadzieje – Monroe i Daye rozwijają się powoli i na razie niestety nie rokuje to zbyt dobrze dla Detroit.

Po sezonie zapadła decyzja o zmianie właściciela. Jest nim teraz miliarder – Tom Gores. W związku z tym możemy się spodziewać głębokich zmian w zarządzie, sztabie szkoleniowym i w składzie zespołu. Czy koszykówka w zniszczonym przez kryzys finansowy mieście się odbuduje?

Mateusz Babiarz

Manager i biznesmen, a po godzinach pasjonat NBA. Od lat kibic San Antonio Spurs i Philadelphia 76ers. Fan Popovicha, ostrej gry dawnych Pistons i fryzur Andrew Bynuma.

8 komentarzy

  1. darkcore pisze:

    nie lubić pistonsów ;)

  2. bargnani pisze:

    Artykuł dobry, ale zabrakło mi tu wspomnienia o drafcie 03′ :D

  3. Bob pisze:

    Dzięki! Co tam Wade, Anthony, Bosh czy West – Darko Milicic :D

  4. bargnani pisze:

    Swoją drogą zdobycie picku Memphis było ruchem genialnym – sam wybór kompromitacją, ale co gdyby wybrali takiego Melo i ewentualnie mogli wówczas wymienić Tay’a, albo samego Anthony’ego? Może nie skończyłoby się na 1 tytule?

  5. Bob pisze:

    Gdyby wybrali kogoś z wymienionych przeze mnie graczy (głównie Melo lub Wade) to świat stałby przed nimi otworem i to nie tym czarnym co w tym momencie ;)

  6. bargnani pisze:

    Myślisz, że Melo wytrzymałby w Pistons przez 8 lat :D?

  7. Bob pisze:

    Byłby liderem drużyny walczącej o tytuł rok po roku. Nie widziałbym powodu dla którego miałby odejść. A nawet jeśli to Pistons mogliby otrzymać za niego cennych graczy i mieć z czego układać nową drużynę.

  8. saturn pisze:

    Przegapiłem drugi etap wielkości w Detroit.
    Mnie Pistons będą się zawsze kojarzyli pozytywnie z zespołem Bad Boys o który wiele lat odbijał się MJ. Zarówno Pistons jak i Bulls zawsze byli mi bliscy.
    Pierwsza mistrzowska drużyna z Detroit to niesamowity zespół z niezwykle szeroką ławka i dziwnymi choć znakomitymi zawodnikami. Thomas i Dumars, znakomici w obronie, wyglądający na boisku niemal identycznie, choć grający całkiem inną, uzupełniającą się koszykówkę. Thomas to wielki talent, fantazja i spontan, choć bardzo skuteczny. Dumars niezwykle poukładana, dopracowana i skuteczna, choć mało efektowna koszykówka. Wzajemnie się wymieniali na pozycjach PG i SG. Do kompletu na obwodzie atleta i weteran Johnson. Dawał znakomite zmiany tej dwójce. Na środku fałszywy center 210 cm Laimbeer. W obronie środkowy, w ataku często na obwodzie. Nigdy nie widziałem tak rzucającego za 3 centra. Wyciągał na obwód środkowych przeciwników. Waleczny i brutalny.
    Skrzydłowy, 213 cm James Edwards, też chyba fałszywy, bo w ataku grający typową koszykówkę centra, czyli tyłem do kosza. W obronie prawie nie istniał. No ale na skrzydle zbierał i bronił inny oryginał i atleta Rodman. Jego nie trzeba przedstawiać.
    Ławka pełna facetów, którzy w innym zespole grali by w startowej piątce. Oprócz Vinnie’ego, John Salley – trudno powiedzieć, czy to skrzydłowy, czy center, 6’11” wzostu, 7’8″ wingspan i 9’6″ standing reach to jedne z największych w historii ligi ramion. Pająk to dobre określenie dla niego.
    Niski skrzydłowy Mark Aguirre, z którym trochę kojarzy mi się Melo (popatrzcie na statystyki z przed Detroit, czy jak grał w Dallas), bardzo wszechstronny zawodnik, który mimo, że w Detroit wchodził z ławki to bez problemu brał na siebie ciężar gry. W Dallas był gwiazdą, w Detroit trybikiem machiny.
    Ci trzej dawali znakomite zmiany. Mieć w zespole aż 8 „pierwszo piątkowych” zawodników to duży luksus dla trenera. Grali bardzo waleczną, po za Thomasem niezbyt efektowną, ale skuteczną koszykówkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *