Bulls postawili twarde warunki i awansowali do drugiej rundy

Pacers kończą drugą fazę sezonu z jedną wygraną. Bulls z kolei czekają na rozstrzygnięcie potyczki pomiędzy Magic i Hawks (minionej nocy Jastrzębie dostały tęgie lanie w Amway Center; o meczu wkrótce w szerszej relacji). Derrick Rose zagrał z bolącą kostką i skręconym stawem skokowym prowadząc, przy mocnej asyście Luola Denga, byczy team do domowej wygranej.

Podopieczni Toma Thibodeau ostro zabrali się do roboty i tuż po tip off’ie przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Rozpoczął mocnym uderzeniem i rzutem za trzy Boogans, a chwilę później Rose,Deng i Noah wyprowadzili gospodarzy na stan 12-2. Po przerwie na żądanie trenera Vogela obraz gry nie ulegał zmianie, a Byki trzymały bezpieczny dystans nad rywalem w postaci 9-10 oczek. Punkty spod rąk Rose’a (11 w tej kwarcie), Denga (7 pkt w pierwszej odsłonie) oraz Noaha (już 10 w pierwszej części) dały gospodarzom aż 36 punktów po 12 minutach i 11-punktową zaliczkę w stosunku do rywala.

Dalsza faza gry to akcje rezerwowych Chicago, na które dłużej niż cztery minuty nie mógł patrzeć popularny Tibs. Tylko Asik i Korver zdobyli punkty, a na szczęście rywale nie byli w stanie sforsować defensywy gospodarzy. Po czasie do gry wrócili Deng i Boozer, ale gra ich teamu w ogóle nie uległa poprawie. Kolejne trzy minuty to tylko i następne cztery oczka..time out Chicago!

Dopiero druga przerwa na żądnie nieznacznie poprawiła Byczą ofensywę. Akcje Denga i Rose’a dały domownikom 8 oczek zaliczki, ale i przegraną drugą kwartę (54-46). Udane zagrania Hansbrougha, Hibberta i Grangera pozwoliły Pacers przedłużyć nadzieje na mecz numer 6 w Indianapolis..

O ile dominacji z pierwszej kwarty na korzyść Bulls nie udało się przedłużyć w drugiej odsłonie domownikom, o tyle początek drugiej połowy przebiegał ciągle w podobnym rytmie jak druga kwarta i z korzyścią dla gości. Pacers próbowali zbliżyć się do rywala, wykorzystując swoich wieżowców – Hansbrougha i Hibberta. Sześć oczek centra Pacers i trzy punkty jego kolegi mocno wstrząsnęło United Center. Czas wzięty przez Tibsa i jego ostra reakcja na wynik 57-61 dla Bulls, tym razem przyniosły lepszy efekt. Hibbert popełnił błąd kroków, Hansbrough zbijał piłkę wpadającą do kosza, a Rose przebił defensywę gości dwoma trójkami z rzędu! Z czterech przewaga wzrosła do 12 punktów, a dwie minuty (między 6tą a 4tą) podkreśliły fakt dominacji Byków w tej serii. Jak dla mnie był to kluczowy moment spotkania, podczas, którego wszelkie marzenia Pacers na równą i dalszą walkę z najlepszą ekipą sezonu zasadniczego prysnęły niczym bańka mydlana..

Chwilę później o czas poprosił coach Vogel, ale jego uwagi poszły na marne, gdyż trzecią trójkę odpalił Derrick Rose! W końcówce trzeciej odsłony przewaga była naprawdę bycza, bo wynosiła już 19 punktów (84-65).

W ostatniej kwarcie rywalizacji Pacers z Bulls obraz gry przyjezdnych nie uległ już poprawie..co prawda próbował Danny Granger (jego dwie trójki dały zmniejszenie straty tylko i wyłącznie do minus 17stu), ale to było zbyt mało na szykujących się na dłuższą i mocniejszą przerwę w drugiej rundzie Bulls. Od siódmej minuty czwartej odsłony oglądaliśmy już tylko popisy rezerwowych gospodarzy z Korverem (13pkt), Watsonem (6pkt) i Asikiem (2pkt) w rolach głównych.
To oni dowieźli 27-punktową wygraną Bulls w ostatnim meczu serii, również wygranej (4-1) przech Windy City Team.

Uwagi: Carlos Boozer rozegrał tylko 16 minut i trafił jeden z pięciu rzutów z gry. Był to efekt stłuczenia dużego palca prawej stopy. Na drugą rundę powinien być w pełni zdrowy.

Media donoszą ,że lada dzień statuetka MVP powędruje w ręce Rose’a i z tytułu Debiutanta Roku wespnie się on po tytuł Najbardziej Wartościowego Gracza.

Po dwóch latach z bilansem 41-41, the Bulls awansowali w końcu gdzieś dalej niż tylko pierwsza runda dogrywek.

W spotkaniu numer 5 z Pacers wielką rolę i porównywalnie wszechstronną do Scottiego Pippena grę, pokazał Anglik Deng.

W czterech pierwszych grach serii Bulls z Pacers, Indiana prowadziła w każdym z czterech spotkań w przeciągu czwartej kwarty. Mecz numer 5 obalił tę serię.

MVP spotkania – wspólnie: Derrick Rose (25pkt i jego imponująca seria trzech trójek podczas trzech minut 3kw.) oraz Luol Deng (24pkt/6zb/7as/3przech.)

Najbardziej zawiódł oczekiwania: Mike Dunleavy Jr. (1/6 z gry i 4 oczka)

Zawiodło również rozgrywanie po stronie przyjezdnych: 20. strat w porównaniu z 14. gospodarzy. Ponadto Byki zaliczyły 27 asyst , a ich rywale 14.. zabrakło również skuteczności po stronie przyjezdnych. 39% przy 48% miejscowych to stanowczo za mało by marzyć o dodatkowym meczu, we własnej arenie – Conseco Fieldhouse

Wynik: 116:89 (36:25, 18:21, 30:19, 32:24)

Chicago: Derrick Rose 25, Luol Deng 24, Keith Bogans 15, Joakim Noah 14, Kyle Korver 13, Taj Gibson 10, C.J. Watson 6, Rasual Butler 3, Carlos Boozer 2, Omer Asik 2, Ronnie Brewer 2.

Indiana: Danny Granger 20, Tyler Hansbrough 14 (11 zb), Roy Hibbert 11, Dahntay Jones 10, Darren Collison 7, Paul George 7, Brandon Rush 7, A.J. Price 7, Mike Dunleavy 4, T.J. Ford 2, Jeff Foster 0, Josh McRoberts 0.

Woy

Największy i najstarszy Dinozaur na Enbiej.pl, współtwórca strony. Fan koszykówki z lat końcówki lat '80-tych oraz początku lat '90-tych ; show-time Lakersów czy mocnej defensywy Pistons oraz Knicks. Kibic Chicago Bulls oraz Magica Johnsona czy Scottiego Pippena.

7 komentarzy

  1. DeL pisze:

    no i świetnie DRose ma czas by wyleczyć kostke a Boozer razem z rekonwalescencja palucha moze przemyśli swoje zagrania i wklad jaki wnosi ( lub raczej nie wnosi ) do druzyny Byków

  2. Bob pisze:

    Wczoraj omal nie strzelilem sobie w stope wybierajac Booza do skladu w drive to the finals :D Carlos ostatnio jest najslabszym ogniwem druzyny zmieniajac na tym stanowisku wczesniejszego lidera – Keitha Boogansa.

  3. jaet pisze:

    CBooz zagrał fatalną serię. Szczerze mówiąc, to tak słabej gry Carlosa w PO nie pamiętam. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie już tylko lepiej, bo wiele gorzej być chyba nie może. Na szczęście na wyższy poziom wskoczył Taj Gibson i ta postawa Boozera przeszła dla zespołu stosunkowo bezboleśnie, przynajmniej w meczu nr 5. Czekamy na rywala, nie wiem czemu, ale mam przeczucie, że będzie to jednak Atlanta ;)…

  4. Woy9 pisze:

    Oby to byli Hawks inaczej z takim Boozerem i w konfrontacji z Magic nie ma co marzyć o finale..Gibson posturą i umiejetnościami da radę przeciwko Joshowi Smithowi;)

  5. GPRbyNBA pisze:

    Ten mecz był rozgrywany o właściwej dla amerykanów porze więc go nei przegapiłem. Dlatego też mogę powiedzieć że moim zdaniem momentem kulminacyjnym meczu był początek meczu.
    Czemu?
    Byki wyszły mocno zmotywowane i zaczęli wprost wyśmienicie. To ich wzmocniło, dało pewność rzutów. Widać było że w tym meczu będa oscylować w granicach skuteczności wynoszącej 50% a jeśli byki oscylują w granicach 50% (zamiast 40 jak w poprzednich meczach) to wygrywają.
    Dodatkowo swoim „wejściem” zdemotywowali graczy indiany a przecież to goście by wygrać grając w nie swojej hali potrzebowali pewności siebie.
    Po tym runie moim zdaniem indiana ani razu nie zagroziła Bykom. Nawet wtedy gdy zbliżyła się do nich na te 4 punkty. Czemu? Byki miały wtedy słabszą część meczu ale to byłą tylko słabsza „część” która po prostu się zdarza.
    Wielkie pochwały natomiast należą się Bogansowi za cztery 3 z rzędu – moim zdaniem swoim występem udowodnił że to on (zamiast Boozera) powinien wychodzić w pierwszym składzie.
    Boozer został ściągniety z boiska (po 4 swoim faulu) nie ze względu na swój uraz tylko dlatego że grał bardzo słabo.

  6. woy9 pisze:

    Ok,masz swoją teorię,ale cztery punkty były alarmem dla Tibsa.poza tym to Rose walnal imponujące clutch shots.nie rozumiem aluzji Boozera do Bogansa.obaj to starting five..moze Gibson to tak.

  7. GPRbyNBA pisze:

    yyy no tak
    to chyba zmęczenie po pracy
    czemyu mi przyszedł do głowy
    I dont know

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *