Lakers żegnają się z marzeniami o pierwszym miejscu

Po porażce Lakers z Warriors jest już niemal pewne, że to San Antonio Spurs będą mieli najlepszy bilans w Konferencji Zachodniej.


Los Angeles Lakers (38-40) 23 15 17 32 87
Golden State Warriors (17-62) 14 29 29 23 95

Jeszcze tydzień temu o Lakers mówiło się samych superlatywach i ich genialnej dyspozycji. Dzięki niesamowitej serii wygranych po ASG wydawało się, że będą jeszcze w stanie dogonić Spurs. Ostatnie dwie porażki z Nuggets i Jazz ostudziły znacząco nastoje w LA, a dzisiejsza porażka z Warriors ostatecznie rozstrzygnęła sprawę pierwszego miejsca na Zachodzie.

Pierwszą kwartę LAL rozpoczęli z takim animuszem jakby chcieli roznieść „Wojowników” w pył. Wygrali to 12 minut 23-14. Nie pozwolili trafić pierwszych siedmiu rzutów GSW i zatrzymali ich na ledwie siedmiu trafieniach w tej kwarcie na 29 rzutów z gry (24.1% FG).

Phila Jacksona w tym momencie pewnie bardziej interesowało to jak radzą sobie Spurs z Kings (SAS wygrali 124-92). Tymczasem druga kwarta to popis Warriors i wygrana 29-15 i prowadzenie po pierwszej połowie 43-38. Świetną partię rozgrywał Monta Ellis (26 pkt., 6 ast.), którego wspomagali Stephen Curry (20 pkt., 6 zb., 5 ast.) i dominujący na tablicach David Lee (22 pkt., 17 zb., 5 ast., 4 prz.).

Lakers zrobili coś co jest najgorszą opcją grania przeciwko Golden State. Wdali się w wymianę ciosów, a taka taktyka najbardziej pasowała gospodarzom. Mimo fatalnej skuteczności z gry w całym meczu (36-93, 38.7% FG) Warriors właśnie podkręcali co i rusz tempo swoich ataków i oddawali szybkie rzuty grając swoją koszykówkę. Phil Jackson był wściekły, że jego doświadczony zespół dał się wciągnąć w taką grę.

Trzecia kwarta rozpoczęła się od wyrównanej gry punkt za punkt po czym od stanu 54-50 GSW zanotowali run 20-5 wchodząc do ostatecznej rozgrywki z przewagą 19 „oczek” (74-55).

Lakers mimo niezłego spotkania w wykonaniu Andrew Bynuma (13 pkt., 17 zb., 5-5 FG) przegrali walkę na tablicach, a zwłaszcza na bronionej gdzie pozwolili Warriros zebrać aż 18 piłek. Przyczyną tylu ofensywnych zbiórek gospodarzy jest głównie „miękka” gra Pau Gasola (18 pkt., 7 zb.), który miewa mecze jak ten kiedy zupełnie odpuszcza i nie podejmuje walki z wysokimi graczami przeciwnych drużyn. Na jego tle wręcz dominatorem był David Lee, a kolejny raz pokazał się Lou Amundson (11 pkt., 5 zb.). Rezerwowy center Golden State jest jednym z najlepszych zadaniowców na swojej pozycji. Nie odpuszcza żadnemu rywalowi i jest w stanie skoczyć po każdą piłkę. Hiszpan przekonał się w tym meczu co znaczy grać z nim na plecach. Oczywiście trzeba także zauważyć, że niscy gracze LAL zbyt często ignorowali swoich wysokich co przełożyło się na zaledwie 16 oddanych przez nich rzutów w całym meczu. Gasol i Bynum z 15 oddanych rzutów z linii trafili ledwie 7.

Zwycięstwo dla gości próbował ratować jeszcze Kobe Bryant (25 pkt., 10-20 FG), który w przeciągu zaledwie dwóch minut zdobył 10 punktów z rzędu i zmniejszył stratę LAL do ośmiu  „oczek” (82-90). Na zegarze pozostawało jeszcze 2:15 do końca i mogliśmy liczyć na ciekawa końcówkę. Kolejny raz jednak dał o sobie znać ten zły KB 24, który sam chce rozstrzygać losy meczów w crunch time. Dwa niecelne rzuty i strata rozwiały marzenia kibiców Lakers i ich trzecia porażka z rzędu stała się faktem.

Warriors są dla mnie mimo swojego ujemnego bilansu jednym z pozytywnych zaskoczeń tych rozgrywek. Już teraz mają na swoim koncie 35 wygranych czyli o dziewięć więcej niż w poprzednim sezonie. GSW pod wodzą Keitha Smarta dalej grają dosyć szaloną koszykówkę, ale zdarzają się już pojedyncze mecze kiedy bronią na całkiem przyzwoitym poziomie, a dzięki takim walczakom jak choćby Amundson mogą w następnych rozgrywkach włączyć się nawet do walki o play-off.

Lakers stracili aż 17 piłek z czego 14 w trzy pierwsze kwarty. Taka ilość strat przy szybko grających Warriors to samobójstwo i prosta droga do porażki. Te straty dały gospodarzom 19 łatwych punktów.

Lakers: R. Atest 2, P. Gasol 18, A. Bynum 13, K. Bryant 25, D. Fisher 6 – L. Odom 8, M. Barnes 10, S. Blake 0, S. Brown 5.

Warriors: D. Lee 22, D. Wright 10, E. Udoh 0, M. Ellis 26, S. Curry 20 – V. Radmanovic 4, A. Thornton 2, L. Amundson 11, R. Williams 0.

Piotr Gładczak

Miłośnik NBA od prawie 20 lat. Tropiciel ciekawostek statystycznych i wielbiciel NBA lat 90-tych. Nauczyciel WF i właściciel firmy gomaster.pl.

5 komentarzy

  1. Bob pisze:

    GSW to dla mnie najwieksze rozczarowanie sezonu. Jak team z trzema tak utalentowanymi graczami jak Ellis, Curry i Lee + rozwijajacy sie Wright moze grac tak slabo… Ale za wczorajsza wygrana maja mega plus u mnie. Go Spurs! :)

  2. bargnani pisze:

    Warriors zagrali świetną pierwszą połowę, co najważniejsze z bardzo dobrą, wręcz świetną jak na nich obronę. Są na 4 miejscu w lidze jeśli chodzi o tracone punkty, w dodatku tylko w 28 meczach zbierali lepiej od rywala (styl, bo styl, ale fakt też faktem jest…). W takiej sytuacji nawet z tak niesamowitym potencjałem ofensywnym nie da się wygrywać każdego meczu. Gdyby doszło do skutku ściągnięcie Nene wtedy GSW z miejsca staliby się pewniakiem do PO.

    Golden State i tak są jedną z tych drużyn, które ogląda się najlepiej – Ellis i Curry potrafią dosłownie wszystko, jeśli chodzi o ofensywę to chyba najbardziej nieograniczony duet guardów w NBA.

  3. woy9 pisze:

    brakuje tam Jerry Sloana on by ich ułożył;)

  4. Mac pisze:

    Co się dzieję z Lakers? Zadyszka tuz przed Playoffs? Mam nadzieję, że tylko po to, aby w decydującej fazie biec na pełnym gazie ;).

  5. Trzeba pamiętać jeszcze, że mają przed sobą mecze ze Spurs, Blazers i Thunder. 6 porażek w ostatnich 7 meczach? Raczej nie bo z San Antonio pewnie wygrają, ale OCK i Blazers będzie ciężko pokonać więc może być bardzo słaba końcówka sezonu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *